A serca w sobie ludzkiego nie miała
1 głos
| Spis treści utworu |
|---|
| A serca w sobie ludzkiego nie miała |
| Strona 2 |
Dobrosułka szła przez pole, między złotymi kłosami. Szła posapując,
krokiem nieco ociężałym, jako że gorąc był okrutny i narzędzia ciężkie
ze sobą targała. Co i rusz przystawała, coby pot z czoła ogarnąć
i włosy, w kosy płowe splecione, na plecy odrzucić, a postękiwała przy tym
i klęła z cicha, jako że sama jedna z robotą została. Słonko sunęło
po błękitnym niebie i już prawie z samej góry na świat spozierało,
głaszcząc pola swoimi promieniami, aż powietrze zdawało się drgać lekko od
tej pieszczoty. Dobrosułka spojrzała tęsknie w stronę brzózek, co za
ostatnimi rzędami pszenicy bielały i rzucały na ziemię upragniony cień.
Przyspieszyła, ale kilku kroków nie uszła, gdy stanęła jak wryta.
Tuż przed nią, w małym poletku wyżętego
zboża, leżała na brzuchu Nawoja, Dobrosułki siostra rodzona, młodsza
o dwie wiosny, co się w połowie roboty gdzieś zapodziała, że aż do teraz
nijak jej nie szło wzrokiem ułowić. Zapaskę aż po same uda podkasała, nogi
w kolanach ugięła i majtała nimi radośnie w powietrzu. Siostry widzieć nie
mogła, bo plecami do niej leżała, z główką jasną na dłoniach podpartą
i oczami modrymi wlepionymi w Mysława, co obok niej się wyciągnął i cosik
jej szeptał do ucha.
— Próżnujcie tak dalej, nikt płakać nie
będzie, jak was baba żelaznym zębiszczem ucapi – warknęła na nich
Dobrosułka, aż oboje zerwali się na nogi, przestraszeni. Nie czekając aż
coś do niej rzekną, puściła narzędzia, co je do tej pory w dłoni
ściskała i szybko ruszyła przed siebie, bo i patrzeć na nich nie chciała
i strach był dłużej w polu zostawać, jako że się rzeczywiście pora
południcy zbliżała.
— Dobroś! – krzyczała za nią
Nawoja – Dobroś, czekaj no! Ale ona ani myślała przystawać czy nawet
spoglądać za siebie. Dłonie w piąstki zacisnęła, usta w wąską kreskę
zwarła i szła szybkim krokiem, a wściekła była okrutnie. I wcale nie
o to, że się Nawojka w zbożu wylegiwała, miast w pracy pomóc, nie o to,
że ją samą z robotą zostawiła, jeno o te szeptania sekretne,
o spojrzenia miłosne. Boć to przecie nieraz zwierzała się Nawojce ze swoich
wzdychań i tęsknot, z uczuć gorących, jakie od zeszłego lata do Mysława
żywiła. A siostra pocieszała ją, a doradzała, a wróżby czynić
pomagała. I nijak by Dobrosułce w głowie nie postało, że tak z niej
zadrwi okrutnie, sama za jej plecami Mysława uwodząc.
Cały dzionek już o niczym innym rozmyślać
nie mogła, a żal głęboki i wściekłość takie jej łzy rzewne na oczy
cisnęły, że się raz wraz chować musiała w miejsca ustronne, coby się
wypłakać do woli. Nawoja znów gdzieś przepadła, ale to Dobrosi nie
smuciło, jako że jej wcale oglądać nie chciała. Dopiero wieczorem, gdy znad
rzeki szła z praniem, zobaczyła siostrę siedzącą przed chatą i bawiącą
rodzeństwo najmłodsze, Świechnę i Niemoja. I taka w niej naraz złość
wezbrała, że mokre szmaty precz od siebie odrzuciła i biegiem ruszyła w ich
stronę , jakby chciała Nawoję z rozpędu na ziemię powalić.
— Tak się z nimi zabawiasz słodko jak się
i ze mną bawiłaś, ścierwo! – wrzasnęła – a to ciekawam kiedy im ta
miłość siostrzana kością w gardle stanie!
Nawoja pochyliła się ku dzieckom i rzekła
im spokojnie, coby już się spać kładły, a potem spojrzała prosto w gniewne
oczy Dobrosułki.
— Dobroś, ja nic nie winowata. Siądź sobie
i odetchnij nieco, a ja ci zaraz rzeknę jak to wszystko było.
— Przecie żem sama widziała jak było! Taka
z ciebie siostra ukochana, co najpierw moich płaczów słucha a rady dobre
daje a potem się z moim lubym we zbożu pokłada!
— Żeby on był twoim lubym, toby cię
jeszcze musiał chcieć!
— Zechciałby, gdybyś nam w drogę nie
wlazła jak jakie bydlę!
— Temu do bydlęcia bliżej, kogo nikt
całować nie chce! – rzekła jej Nawoja ze złością i zniknęła we
wnętrzu chaty.
Dobrosułka twarz dłońmi zakryła i od
płaczu się zatrzęsła, zupełnie sama przed chatą zostawszy. Zmierzchało,
świerszcze hałasowały i zagłuszały Dobrosine łkania.
Mrok coraz gęściejszy spowijał świat,
zmieniając wszystkie barwy w szarości, a potem w czarne cienie. Kiedy
nieszczęśliwa dziewczyna przetarła wreszcie oczy i odsłoniła je,
z początku nic nie widziała, tylko ciemne zarysy krzewów i chat. Potem coś
błysnęło leciutko, zaszemrało i czarny jakiś kształt przesunął się w
mroku. Dobrosułka westchnęła tylko, biorąc to za zwidy jakieś, i już
miała do chaty się chować, kiedy tuż przed nią stanęło złe.
Wyglądało jak przykurczona, chuda starucha, w
łachmany obleczona, z łbem omotanym szmatą. W pomarszczonej twarzy ziała
czarna jama, paszcza paskudztwa, w której połyskiwał jedyny ząb. Powyżej
nieco garbił się krótki nochal, a znad niego łypało na przerażoną
dziewkę jedno ślepie, wielkie i wyłupiaste, od którego wszystkie myśli jej
się mieszać zaczęły.
— Taką krzywdę ci smarkula wyrządziła,
taką krzywdę – odezwał się stwór.
— Kochanka mojego dla siebie wzięła –
poskarżyła się Dobroś płaczliwie.
— Siostrze rodzonej!
— A jak łgała, jak zapewniała, że mi
szczęśliwości życzy?
— I sama teraz szczęśliwa ma być, kiedy
tobie z żalu serce pęka? Nie dla niej miłowanie i pieszczoty, sama
cierpieć powinna, coby swoją winę pojęła!
— Pojmie, nie pojmie, to za jedno, kochanka
mi i tak nie odda.
— Jak chłopak bez dziewki zostanie to sam
sobie inszej poszuka! – tak jej licho odrzekło i rozpłynęło się gdzieś
w ciemnościach.
Dobrosułka stała chwilę, skołowana, nie
wiedząc, czy się jej od tych nieszczęść we łbie nie zaczęło mieszać.
Rozglądała się, ale staruchy jednookiej nigdzie już nie mogła dostrzec.
Otrząsnęła się nieco i po cichu, by nikogo nie zbudzić weszła do chaty
i w ubraniu padła na posłanie.
Ale zasnąć wcale nie mogła. Przewracała
się z boku na bok i ciągle myślała o tym, co jej licho powiedziało.
Upłynęło tak trochę czasu, aż w końcu usłyszała ruch jakiś, i choć
niewiele w ciemnościach widziała, była pewna, że to Nawoja się z chaty
wymyka. Wstała i po omacku ruszyła za nią.
Nawojka szła szybko i coraz bardziej się
oddalała. Wreszcie zatrzymała się, tuż nad rzeką, przy maleńkim
zagajniczku. Pewnikiem tu na Mysława czeka, pomyślała sobie Dobrosułka,
podkradając się bliżej.
— Nie dla niej pieszczoty a kochania –
usłyszała nagle tuż przy uchu szept licha.
— Nie dla niej ?powtórzyła – nie dla
niej? dla mnie to wszystko? – mamrotała tak sobie cicho, a jej ręce
sięgnęły między płowe włosy, odpinając czółko skórzane, na którym
srebrne kabłączki połyskiwały i pobrzękiwały tak jakoś złowrogo.
— Dla mnie! Dla mnie! – krzyknęła
wyskakując z cienia i całkiem zaskoczonej Nawojce pasek skórzany na szyję
zarzucając.
— Dobroś! Dobroś! – szeptała Nawojka,
jako że okrzyk żaden nijak się nie chciał ze ściśniętego gardła
wydobyć. I zanim trzeci raz jej imię wyrzekła, głowa jej opadła i całe
ciało zawisło na Dobrosinym pasku bez życia.
I chciała Dobrosułka zapłakać nad sobą
i nad siostrą, ale wiedziała, że czasu na to nie ma, bo w każdej chwili
mógł się Mysław pojawić. Chwyciła martwą pod ręce i jęła ciągnąć
ją wzdłuż rzeki, by wreszcie ciało wrzucić do wody, w miejscu gdzie nurt
był silny, aby sobie precz popłynęło.
Ledwie kilka chmurek zdążyło się wedle
miesiąca przesunąć, kiedy do zagajnika dotarł Mysław, zdyszany nieco po
biegu. Rozejrzał się, a że nigdzie Nawojki nie dostrzegł, zaczął ją
cichym głosem wołać po imieniu. Żadnej odpowiedzi nie usłyszał, tylko
plusk jakiś odległy. Ani chybi wodniki sobie przy miesiączku harcują –
tak sobie pomyślał i usiadł na ziemi, swojej kochanki wyczekując.
Nocka była ciepła, pogodna, a ziemia wciąż
jeszcze od żaru nagrzana. Dobrze mu się tak siedziało w ciemnościach, ale w
końcu zdjął go niepokój srogi o dziewczynę, której wciąż nie było.
Może się jej po drodze co złego przytrafiło – dumał sobie, ale zaraz tę
myśl odepchnął. A może zaspała? Albo czekała tu prędzej i poszła
sobie, jego spóźnieniem zniecierpliwiona?
— Pewnikiem tak było – mruknął, wstał,
otrzepał gacie parciane i poszedł do siebie spać.
A już z samego rana szukał Nawojki, żeby
sobie wyjaśnili, czemu im schadzka nie wyszła. Nie było jej nigdzie w polu,
nie było przy rzece, nawet nie widział coby się wedle chałupy kręciła.
Snuł się cały dzień zatroskany, że się gdzie przed nim kochanka ukrywa,
kiedy wreszcie po południu napatoczył się na Dobrosułkę, co od lasu kosze
owoców niosła.
— Czekaj, Dobrosia! – zawołał na nią
ale ona tylko kroku przyspieszyła – Zaczekaj! A gdzie to Nawojka?
Dziewczyna zatrzymała się, odwróciła do
niego i nie patrząc mu w oczy, bąknęła:
— Nikt nie wie. W nocy gdzieś znikła
i dotąd nie wróciła.
Mysław oczy wytrzeszczył, bo nijak mu się to
nie chciało w głowie pomieścić.
— Ale jak to?… A szukał jej kto?
Recenzja redakcji
Mit Odrodzony! Najlepsza opowieść prozą w I Literackim Konkursie BASNIE.PL. Kapituła jak w każdej konkursowej pracy, tak i tu dopatrzyła się niedostatków: raz to niepewność, kto główny bohater, raz, niespójność logiczna, lecz czekali bodaj kiegoś fantazmatu wymarzonej literatury, nie zaś dzieła żywej reakcji, boć ta opowieść odpowiedziała na temat konkursu trafnie i płynnie jak niemal żadna inna.
Aktualność, temat przemawia do dzisiejszego czytelnika (wieczny). Mit, oryginalne przedstawienie demonicznej hierarchii od zła czystego - Licha, do wtórnego - Rusałki, rodzonej nam w czasie opowieść obrazami sprawnego języka z okresu (innego, nie starego - bo dopatrzono się stylu języka z różnych, do siebie nie przystających czasów). A w samej prozie, wyjątkowo trafnie dobierane opisy - częściej smacznie krótkie (np. "tkało się nowe ciało, ze szlamu, wody i tataraku").
Jeśli teraz, mówić o zadowoleniu naszego pięciogłowego szydercy czytelni, chyba wszystkie głowy były by zadowolone, gdyby tylko publiczność miała szanse czytać wcześniej tę opowieść. Tymczasem cieszą się nie lada cztery głowy.
[red. b.k.]
Komentarze 1 z 1
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.




Bartosz Kowa
20 Listopad 2009, 03:18
Więcej! Więcej! Chcemy więcej! Opowiedz nam inne historyje, prosimy...
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu