A serca w sobie ludzkiego nie miała
2 głosy
| Spis treści utworu |
|---|
| A serca w sobie ludzkiego nie miała |
| Strona 2 |
– Wszyscy szukają. Matka lamentuje, dziecki małe przestrachane. Ociec
rozeźlony, szuka jej wszędzie. Ja sama w lesie szukałam i nic, tylko te
maliny znalazłam.
Na te słowa odwrócił się Mysław od niej
i jął biec przed siebie, pełnym głosem Nawojkę wołając. A Dobrosułka
stała tak jeszcze chwilę, wycierając rękawem łzy, co to jej nagle do oczu
napłynęły. Przecie to moja siostrzyczka była, mówiła sobie w myślach.
I co ja takiego zrobiłam, co ja zrobiłam?
Ale za późno już było na żale, bo ciało
Nawojki, sine całe i sztywne, płynęło już sobie het, het, niesione przez
wartką rzekę. A gdzieś po drodze wyleciała z ciała Nawojkowa duszyczka,
świetliczek maleńki, i zaplątała się w trzcinie. Tkwiła tam dni całe
i noce, nie mogąc się uwolnić i do Nawii odejść, jako że dziewka zmarła
za szybko i za sprawą siostry rodzonej. A tymczasem wokół duszyczki tkało
się nowe ciało, ze szlamu, wody i tataraku. I nie minął miesiąc od tych
wydarzeń okrutnych w zagajniku, kiedy się Nawojka pod postacią rusałki
wreszcie uwolniła. W niczym nie przypominała już tej dziewki, którą była
za życia – wysoka bardzo, o skórze bieluchnej, jakby jej nigdy słonko nie
pieściło. Miast jasnych prostych włosów miała zielone fale, a tak ciemne,
że się prawie czarne wydawały. Takoż czarne były jej oczy, wielkie
i połyskliwe, a usta czerwone i pełne. Odzienia żadnego na sobie nie
miała, ale nie marzła wcale i dobrze jej tak było. Oddychać za to
potrafiła tak na powietrzu jak i w wodzie głęboko, gdzie całe dnie niemal
spędzała.
Mysław przez kilka dni jeszcze szukał
Nawojki, a tak ją nawoływał głośno i zapalczywie, że gardło zdarł sobie
doszczętnie. Ciężko mu było, bo kochał ją niemożebnie i nijak się nie
mógł pogodzić z tym nagłym jej zaginięciem. W końcu tak się poczuł
bezsilny, że wszelka nadzieja go odeszła i przestał ją wołać, tylko snuł
się czasem wieczorami nad rzeką, koło tego zagajnika gdzie się spotkać
mieli i wzdychał tęsknie.
Dobrosułce także lekko nie było. Sumienie
gryzło ją okrutnie, po nocach spać nie mogła, słysząc, że w kącie licho
siedzi przycupnięte i rechocze. Raz wraz błyskało tylko wielkie ślipie albo
ten ząb złośliwie wyszczerzony.
— Idź sobie! Zostaw mnie wreszcie! –
syczała na nie Dobrosia głosem stłumionym, coby nikogo nie zbudzić. Ale ono
nie chciało sobie pójść i co noc w tym samym kącie się czaiło
i rechotało.
Aż przyszła w końcu taka nocka, wietrzna
i ponura, kiedy poczuła Dobroś, że dłużej tego nie zdzierży. Zerwała
się z posłania i wybiegła z chaty, w gieźle samym, z włosem
rozpuszczonym i obłąkanymi oczami, i biegła tak przez wieś, na zmianę
Nawojkę wołając i odpędzając od siebie złe licho, co krok w krok za nią
biegło i wciąż się śmiechem zanosiło. Gdzieś daleko przed sobą, ponad
mokradłami, co się popod lasem rozciągały zobaczyła światełka
maleńkie.
— Pójdę sobie precz od ciebie –
powiedziało jej licho – ale ty lepiej idź siostrę o wybaczenie prosić.
Tam pod lasem duszyczki jakieś fruwają, biegnij do nich, bo pewnikiem
i Nawojkę swoją tam znajdziesz.
I posłuchała go Dobrosułka, bo stwór
faktycznie odwrócił się i w ciemnościach zniknął. Pobiegła co tchu
poprzez łąki na te mokradła, aż włosy za nią na wietrze furkotały, a
cały czas imię zamordowanej siostrzyczki krzyczała. Ale znów źle zrobiła,
że tych podszeptów słuchała, bo licho nigdy nikomu dobrze nie radzi. Nie
było Nawojki wśród tych ogników maleńkich, a tylko dusze złych ludzi, co
tak ją zaczęły zwodzić, tak jej drogę myliły na bagnach, że w końcu
padła na ziemię, do cna wykończona. I nigdy już stamtąd Dobrosia do dom
wrócić nie miała.
Dziwna to była noc. Wiatr gnał po niebie
chmury, raz wraz miesiączek zakrywając, i śpiewał cicho w koronach drzew.
A że wiał od tych mokradeł, gdzie Dobrosułka ducha wyzionęła, niósł ze
sobą ich zapach butwiejący, co się z wonią ziół i siana świeżego
mieszał. I było coś w tym powietrzu, co Mysławowi spać nie dawało. Długo
chodził między chałupami, aż go w końcu tęsknota nad rzekę pognała, w
owo miejsce gdzie kiedyś na Nawojkę czekał. Usiadł tam sobie tak jak wtedy
i zadumał się głęboko. Naraz coś plusnęło gdzieś w oddali. Spojrzał
tam, z zamyślenia wyrwany, ale nic nie dostrzegł i znów sobie o wodnikach
pomyślał albo o zwierzu jakimś. Ale plusnęło znowu, tym razem bliżej
i cień jakiś nad wodą przepełznął. Wstał i miał iść już sobie, gdy
coś na niego wodą chlusnęło. Spojrzał w stronę tataraku, co przy brzegu
rósł, i aż gębę rozdziawił ze zdumienia. Stała tam dziewka jakaś,
urodna nieziemsko, calutka goła, a że miesiąc akurat zza chmur wyszedł, to
widział ją bardzo wyraźnie.
— Chodź do mnie – rzekła do niego
i rączkę białą ku niemu wyciągnęła – chodź, już się więcej nie
musisz smucić. Chciał jej co odpowiedzieć ale tak był zaskoczony i jej
urodą oczarowany, że słowa z siebie nie mógł wydusić
— Chodź, chodź! – zawołała śpiewnie a
on stał jeszcze i bił się z myślami swoimi. Przecie już nie ma Nawojki,
mówił sobie, przecie już nie wróci! I podszedł kilka kroków, chwytając
dłoń tak delikatną, jakby się miała zaraz w powietrzu rozwiać. Spojrzał
dziewce w jej oczy czarne i nijak już się od nich uwolnić nie mógł,
nagłą błogością ogarnięty. Przywarł do niej, usteczka czerwone wargami
obejmując i dłoń we włosach wilgotnych zanurzając. A ona mu się
z objęć wymykała i coraz głębiej w wodę uciekała ze śmiechem.
— Chodź, miły – wołała go, a potem
z pluskiem zanurzała się, wielką uciechę w tym znajdując.
A była to przecie Nawojka, przez rzekę po
śmierci odmieniona. Rozpoznała swojego kochanka i szczęście w niej wielkie
wezbrało.
Droczyła się tak z nim, niepomna, że on jej
poznać nie może. Aż w końcu dała mu się złapać i oboje zatonęli w
pieszczotach rozkosznych. I nie myślała Nawojka – rusałka o tym, że to
przecie tylko człowiek śmiertelny, gdy go wśród łaskotek pod wodę
ciągnęła. Ani on, w kibić jej smukłą zapatrzony, nie wiedział nawet kiedy
mu tchu zabrakło. I jeszcze tylko przez chwilę, zanim mu całkiem oczy
zgasły, zobaczył w tej piękności włosy płowe i skórę opaloną, i ten
nosek lekko zadarty, i oczy błękitne. I może przez to lżej było
z żywotem się żegnać, kiedy mu się woda do płuc wdarła.
Nawojka widząc, jak Mysława siły żywotne
opuszczają, wyciągnęła go na brzeg, ale nic już zrobić nie mogła.
Skuliła się pod tym drzewem, gdzie on kiedyś czekał na nią, głowę jego do
siebie przyciągając, i zapłakała żałośnie nad losem okrutnym, nad swoją
śmiercią zbyt wczesną, nad tym kochaniem, co życie odbierało, nad swoim
potępieniem wiecznym. A że serca już nie miała ludzkiego w sobie,
poprzysięgła mścić się srogo za swoją niedolę. I od tej nocy zawsze już
wabiła do siebie chłopców, co się wieczorami nad rzeką przechadzali, aby
ich wśród pieszczot pod wodę wciągać.
A licho patrzyło na to wszystko, w mroku
ukryte, i swój ząb ohydny szczerzyło. A kiedy już dosyć oko ludzkim
nieszczęściem nacieszyło, poszło sobie w świat. I chodzi tak do dziś,
smutki i zgryzoty jak chorobę roznosząc, i tylko patrzy, komu co by złego
podszepnąć.
A kto wie czy teraz się gdzieś tutaj w
ciemnościach nie czai?
K O N I E C
.Recenzja redakcji
Mit Odrodzony! Najlepsza opowieść prozą w I Literackim Konkursie BASNIE.PL. Kapituła jak w każdej konkursowej pracy, tak i tu dopatrzyła się niedostatków: raz to niepewność, kto główny bohater, raz, niespójność logiczna, lecz czekali bodaj kiegoś fantazmatu wymarzonej literatury, nie zaś dzieła żywej reakcji, boć ta opowieść odpowiedziała na temat konkursu trafnie i płynnie jak niemal żadna inna.
Aktualność, temat przemawia do dzisiejszego czytelnika (wieczny). Mit, oryginalne przedstawienie demonicznej hierarchii od zła czystego - Licha, do wtórnego - Rusałki, rodzonej nam w czasie opowieść obrazami sprawnego języka z okresu (innego, nie starego - bo dopatrzono się stylu języka z różnych, do siebie nie przystających czasów). A w samej prozie, wyjątkowo trafnie dobierane opisy - częściej smacznie krótkie (np. "tkało się nowe ciało, ze szlamu, wody i tataraku").
Jeśli teraz, mówić o zadowoleniu naszego pięciogłowego szydercy czytelni, chyba wszystkie głowy były by zadowolone, gdyby tylko publiczność miała szanse czytać wcześniej tę opowieść. Tymczasem cieszą się nie lada cztery głowy.
[red. b.k.]
Komentarze 4 z 4
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

1 Na samym początku brak mi choćby skrótowej charakterystyki postaci... Dopiero w dalszej części można się domyślić, że nie jest to stara baba (jak można by się początkowo sugerować jej zachowaniem) lecz prawdopodobnie młoda dziewczyna. Moim zdaniem do poprawy przez autora... Trochę nierównomierne śledzenie postaci głównego bohatera - ni to Dobrosulka, ni to Nawoja ni to Myslaw...

2 Drobny zgrzyt - być może również do poprawy, doszlifowania przez autora - we fragmencie gdy Mysław czekał na Nawojkę. Wołał ja po imieniu, a jak usłyszał plusk wody przypisał go wodnikowi... OK, ale każdy inny myśląc o dziewczynie i słysząc plusk przypisywany wodnikowi, od razu zastanowił by się czy to może nie dziewczyna zostaje właśnie wciągana przez demona... Tym czasem ten 'siadł sobie na ziemi' i czekał dalej... Dopiero po pewnym czasie ogarnęły go obawy - czy on był ociężały umysłowo czy jak?

3 Generalnie jednak praca ma potencjał, spory plus za klimat mitu, a także za wierne przedstawienie postaci licha czy rusałki. Ocena mogłaby być znacznie wyższa gdyby poprawić zaznaczone wyżej niedociągnięcia.
Koniecznie należałoby się zwrócić do autora (przed szersza publikacja pracy) o doszlifowanie wymienionych wyżej niedociągnięć, bo inaczej powieść traci na wiarygodności, głębi... Generalnie jednak widziałbym ja w zbiorze antologii.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.






Bartosz Kowa
20 Listopad 2009, 03:18
Więcej! Więcej! Chcemy więcej! Opowiedz nam inne historyje, prosimy...
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu