Porońcowa Noc

Marcin Dolata Wyróżniony w I Konkursie Literackim BASNIE.pl za "Porońcowa Noc" publikacja 19 Listopad 2009, 19:44 Poprawki 19 Listopad 2009, 19:44 Gatunek Mity, prasłowiańskie Czytano 804 razy
0 głosów

Dochodziło późne popołudnie. Bartnik Domarad kończył właśnie swą pracę przy zbieraniu miodu. Spojrzał z wielką czcią na świeżo wydobyte, podłużne plastry miodu, potem rzucił okiem na śniot, który uprzednio odwiesił z boku na specjalny kołek zwany hwozdownią. Śniot był to wałek dębowy, przecięty wzdłuż na pół, mający chronić barć przed szkodnikami, takimi jak dzięcioł chociażby. Z powrotem wdrapał się na sosnę przy pomocy leziw1 i zajrzał do środka. Obejrzał raz jeszcze krzyżaki, dzięki którym pszczoły mogły gospodarować na dwóch poziomach plastrów. Oględziny wypadły pomyślnie, Domarad nie zauważył jakichkolwiek uszkodzeń, więc postanowił zabezpieczyć dziuple. W tym celu zamontował śniot na dwu hakowato zakończonych kołkach wbitych nad i pod barcią, po czym gderając i klnąc plugawie, zsunął się na ziemię. Teraz pozostało mu już tylko zabezpieczyć barć przed grubymi niedźwiedziami, które były strasznie łase na Domaradowy miód. Pamiętał, jak kilkanaście kat temu, pewnej nocy jeden z nich dobrał się do niechronionej dziupli i wyżarł cały złoty nektar. Co prawda zasłużona kara go dosięgła, gdyż w kilka dni później kniaź ubił zwierza na polowaniu, ale miód przepadł.
Mężczyzna chwycił leżący nieopodal kloc drewna i przywiązał go na sznurze, zwisającym z konaru, tuż przy dziupli. Rzecz ta nazywała się samobitnią, a działała w taki sposób, że kiedy niedźwiedź odchylał kloc, by dostać się do pszczół, ten wracał na miejsce i uderzał go w głowę. Działało prawie zawsze, strasznie irytując brunatnego złodziejaszka. Domarad odetchnął z ulgą i schował do skórzanej torby fajkę bartniczą, której używał do podkurzania pszczół przed dobraniem się do plastrów. Wziął pod pachę wiaderko z miodem i ruszył w kierunku chałupy. Szedł przez knieję wolnym krokiem, gwiżdżąc sobie dla rozrywki. Mężczyzna miał bartnictwo we krwi, jego ojciec był bartnikiem, jego dziad, a także pradziad. Wszyscy jak jeden mąż od zawsze pracowali w pocie czoła przy pszczołach. I syn Domarada, wnuk i prawnuk również mieli być bartnikami.

Chata bartnika składała się z dwóch pomieszczeń. Pierwsza część służyła za izbę mieszkalną; znajdowały się tam ławy i stołki, czy krosno do przędzenia tkanin. Na ścianie zawieszony był wielki topór, pamiątka po dziadzie z bitew, w których kmieć walczył z Węgrami na południu. Na środku izby mieściło się palenisko, otoczone gładkimi kamieniami. Wokół niego stały gliniane garnce i misy z tłuczkami. Druga izba służyła do spania. Cała rodzina spała na dużym legowisku, które było umieszczone na podwyższeniu i wyścielone słomą, sianem oraz zwierzęcymi skórami.
Kiedy bartnik wszedł do środka, jego młoda, brzemienna żona Bogumiła, córa jednego z wojów kniaziowskich, przyrządzała strawę. Oprócz niej i Domarada mieszkała tu jeszcze matka męża Gosława, ojcu zaś zmarło się ze trzy lata temu. Dziewczyna obrzuciła bartnika przelotnym spojrzeniem i uśmiechnęła się, po czym wróciła do swojego zajęcia. Miała zaledwie kilkanaście wiosen na karku, w długie włosy barwy słomy, opadające z wdziękiem na ramiona wpleciono wianek z kwiecia polnego. Głowę zdobiło kilka kabłączków skroniowych, przyczepionych do wełnianego paska, oplatającego głowę. Jej brzuch był duży, nabity, a jak bartnik przekonywał, w środku siedział mały junoch.
— Miód żeś przyniósł ? stwierdziła. ? Aż w izbie już pachnie.
— I nie dziwota, bo dobry, lipowy ? odrzekł bartnik i rozsiadł się na zydelku. ? Będzie smakowity miód pitny, oj będzie. Dziś jeszcze przed zmierzchaniem wleje do rondelka, z wodą z rzeki zmieszam i podgotuję nad paleniskiem.
Przeczesał dłonią długie, rozpuszczone brązowawe włosy. Był to postawny chłop, szeroki w barach. Na skórze widać było wiele śladów po pszczelich żądłach, zwłaszcza na prawym przedramieniu.
— Do mięsiwa kopru mi trzeba ? powiedziała Bogumiła, zaglądając do koszyka, by sprawdzić, czy tam aby nie uchowało się trochę przyprawy.
— W borze żem widział, niedaleko perunowego kwiatu rosną.
— Pójdę w takim razie.
— Ino chybcikiem, bo w brzuchu mi burczy. A ślinka cieknie, kiedy na sarninę patrzę ? Domarad oblizał wargi.
— Przed zmierzchem na pewno wrócę ? dziewczyna wyjrzała na dwór, po czym weszła w las.

Bogumiła podążała leśnym duktem. Po kilkunastu krokach zapadła w chaszcze na wschód od ich sadyby. Kierowała się do małego jaru, gdzie podczas ostatniej kupały natknęli się na perunowe kwiecie, czyli kwiat paproci. Przeszła obok zwalonego pnia, minęła Domaradowe barcie i zeszła powoli zboczem. Już była na dole, w jarze, kiedy poczuła nagle ukłucie bólu, skurcz. Straciła równowagę i upadła, raniąc przy tym nogę na ostrych kamieniach i tłukąc kostkę. Zacisnęła zęby i spróbowała wstać, ból jednak nasilił się, a w głowie zakręciło się. Dziewczyna oparła głowę o kępę trawy i jęknęła. Po dobrym kwadransie poczuła się znacznie lepiej, zdołała usiąść. Była strasznie roztrzęsiona swoją słabością, której nigdy w takim stopniu nie okazywała. Spojrzała z troską na swe brzemię, poczuła delikatne kopnięcia płodu. Z wielkim trudem podniosła się, poraniona noga ugięła się pod nią. Niebo tymczasem pokryły czerwono ? pomarańczowe plamy, słońce zachodziło za horyzont, zmierzch zbliżał się wielkimi krokami.
Dziewczyna chwyciła niewielki patyk, leżący obok pobliskiego drzewa i podparła się nim. Skoro już tutaj była, nie chciała wracać bez kopru. Ostrożnie stawiając kroki, powoli przeszła wzdłuż jaru. Perunowe kwiecie porastało przeciwległe wyjście z jaru, u stóp wylotu widniał dziki koper. Bogumiła zebrała kilka pokaźnych garści na zapas i wsunęła wszystko do kieszeni. Stękając i gderając, wróciła drogą, którą przyszła. Najwięcej trudu i bólu przysporzyło jej wydostanie się z jaru. Kostka była już cała sina, a opuchła tak, że ledwo się w bucie mieściła. Nie mogła liczyć na żadną pomoc, Domarad nawet nie usłyszałby jej wołania. Owszem, w końcu zacząłby się denerwować i ruszyłby za nią, wszak wiedział, dokąd się udała. Bogumiła nie chciała jednak czekać. Zebrała się w sobie i zaczęła gramolić się na górę.
Kiedy wreszcie jej się udało, niebo wyraźnie pociemniało. Noc jeszcze nie nadeszła, było widno, ale słońce zdążyło skryć się już za linią horyzontu. Na niebie widać było pierwsze gwiazdy. Dziewczę szło przez knieję z nadąsaną miną, tak szybko, na ile pozwalała jej kostka.
Los był paskudny i sprawił, że Bogumiła pobłądziła wśród leśnych ostępów. Kierowała się w stronę barci jej męża, jednak musiała przeoczyć gniazda pszczół, umiejscowione w lipowych dziuplach. Leśnego duktu również nie było nigdzie widać. Przez pewien czas kluczyła na oślep między drzewami, mając nadzieję, że ujrzy jakieś znane, charakterystyczne miejsce. Nic takiego jednak się nie wydarzyło, dziewczyna wydawała się być coraz bardziej zrozpaczona. Harda Łużyczanka, córka Wita, chłopa z Dobryługu czuła bezsilność, która stopniowo ją ogarniała. W końcu usiadła na kamieniu. Zaszlochała cichutko.
Las wydał się jej nagle nieznajomy i wrogi. Nigdy jeszcze się w nim tak nie czuła, choć mieszkała przy kniei od dzieciństwa. W nastającej ciemności wielkie i potężna drzewa wyglądały upiornie, patrzyły na dziewczyną z wysoka, jakby obca im była w tym lesie, jakby jej obecność w borze była wysoce niepożądana. Gdzieś w koronie zahuczała sowa, ptak zowiący.
Jednak i ona zamilkła po chwili. Dookoła roztoczyła się głucha cisza, słychać było jedynie szum liści i wysokich traw, kołysanych podmuchami chłodnego wiaterku. W powietrzu unosił się intensywny zapach mięty, dało wyczuć się też inne leśne zapachy, jak chociażby woń mchu dębowego czy wszechobecnej sosny.
W pobliskich krzakach coś zaszeleściło i zachrobotało. Dziewczyna momentalnie poderwała głowę i spojrzała w tamtym kierunku.
— Hej! Jest tam kto?! ? zawołała głośno, a na dźwięk jej głosu z pobliskiego drzewa zerwała się chmara nietoperzy. Nikt jej jednak nie odpowiedział. Za to świerszcz rozpoczął swój koncert, przerywając leśną ciszę. Niebo było bezchmurne, jedynym źródłem światła były księżyc i gwiazdy, rzucając mętną, słabą poświatę. Dziwny odgłos, dochodzący gdzieś z otaczających dziewczynę chaszczy, powtórzył się. Tym razem Bogumiła była już pewna, że nie przesłyszało jej się, i że nie był to tylko wymysł jej wyobraźni, mocno pobudzonej samotnym pobytem w borze. Chwyciła patyk, którym się podpierała i uniosła na wysokość piersi, dzierżąc jak pałkę.
— Niech no jakaś nocna zjawa się nawinie ? mruknęła pod nosem, by dodać sobie odwagi.
Czuła, że coś krąży bezszelestnie wokół niej. Nie była w stanie orzec, cóż to jest. Myślała, że jest to zwierz jakiś, ale nawet skradający się chyłkiem wilk w końcu nastąpiłby na gałązkę, która pękła z trzaskiem, zwłaszcza, że za dnia było upalnie i sucho. W takich warunkach trudno polować, nawet drapieżnikowi. Choć i tak nie była w stanie odrzucić lawiny obrazów, które mimowolnie pojawiały się w jej głowie; ona sama rozrywana przez stado wygłodniałych wilczurów, niedźwiedzia, czy wilkołaka. Na samą myśl, że mogłaby być to jakaś strzyga, oblewał ją zimny pot. Zaraz jednak przypomniała sobie Żyrosława, młodego cieślę z Dobryługu.
— Strzygów i inszych potworzysk nie ma ? mawiał Żyrosław za każdym razem, kiedy go kto spytał, a starsi patrzyli nań wtedy krzywym wzrokiem. Później gadano w okolicy, że tak musiał zaleźć za skórę tym gadaniem, że go wreszcie jakaś strzyga na wyrąbie przydybała i ukatrupiła. W każdym razie zwłoki wyglądały podobno strasznie. Dziewczyna miała przedziwne wrażenie, że te tajemnicze chroboty i szelesty były celowe i właśnie ją miały wystraszyć. Rozglądała się dookoła, obracając się powoli w miejscu. Kolejny odgłos sprawił, że niemal serce podeszło jej do gardła. Odruchowo cofnęła się kilka kroków, przy czym nie mogła zauważyć niewielkiego wgłębienia w poszyciu. Runęła jak długa na ziemię, która szczęściem usłana była ściółką i miękką trawą. Mimo tego poraniona noga i opuchnięta kostka zaprotestowały ostrym, rwącym bólem. Nie zwracając na niego uwagi, dziewczyna podniosła się na kolana. To, co ujrzała sprawiło, że zamarła w bezruchu ze zdziwienia. Pod drzewem stał jakiś mężczyzna, tak przynajmniej zdawało jej się na początku. Zdawał się być od niej o co najmniej głowę niższy. Nie miał włosów, był łysy, a głowa jego miała kształt jajowaty. Postąpił kilka kroków do przodu, jak gdyby chciał, by Bogumiła przyjrzała mu się dokładnie. Kiedy stanął w świetle księżyca, dziewczyna dostrzegła, że w ogóle natura nie obdarzyła go szyją, a łeb osadziła na zdeformowanym korpusie. Jedna ręka była wykrzywiona pod dziwnym kątem, a na odsłoniętej piersi widniały szpecące bruzdy, wypustki i szramy. Oczy stwora były małe, a źrenice błyszczały zielonym blaskiem. Na twarzy brakowało mu nosa. Bogumiła jęknęła cicho. Widok tej wynaturzonej istoty napawał ją wstrętem, ohydą i odrazą, ale przede wszystkim strachem.
— Nie lękaj się, dziewko ? stwór rozwarł paszczę, zaleciało stęchlizną i smrodem. Jego zęby były czarne, omszałe, a w przerwach między nimi widać było jakieś resztki strawy, chyba mięsa. I krwi.
— Odejdź! Zostaw mnie, odmieńcze! ? krzyknęła dziewczyna, cofając się na czworakach. Stwór nie robił sobie nic z jej słów i ruszył krzywym krokiem w jej kierunku. Wyciągnął ku niej rękę, a właściwie łapę uzbrojoną w dwa ostre, zakrzywione pazury.
— Wiem, co nosisz w sobie? Czuję smak młodego życia ? wycharczał potwór, wlepiając ślepia w brzuch kobiety i oblizując się. Glutowata ślina zmieszana z ropą pociekła obficie po jego brodzie. Bogumiła podążyła oczyma za jego wzrokiem i z przerażeniem odkryła, z kim ma do czynienia. Żadna zmora, żaden lesij, czart czy bies, żadne licho czy też nawet bebok. Był to najprawdziwszy poroniec, postrach brzemiennych niewiast. Dziewczyna podjęła decyzję w ułamku sekundy. Jej ręka z patykiem wystrzeliła w górę i pacnęła szybującą w powietrzu łapę demona. Rozsierdzona chwyciła leżący kamień, zagrzebany w poszyciu i rzuciła nim, celując w porońcowe krocze. Stwór odskoczył, krzycząc z bólu, a był to krzyk paskudny i długo roznosił się po lesie. Bogumiła nie bez trudu dźwignęła się na proste nogi, po czym zaczęła szaleńczo i rozpaczliwie uciekać w gąszcz. Chciała ukryć się gdzieś między drzewami lub w krzakach. Poroniec tymczasem miotał głośno tylko sobie znane klątwy i przekleństwa. Po chwili jednak opamiętał się i ruszył w pogoń, znikając bezszelestnie za zbiorowiskiem jodeł i sosen. Dziewczyna nie zdołała ubiec daleko, z oczu obficie płynęły jej łzy, wywołane bólem opuchniętej kostki. W końcu przystanęła i obejrzała się za siebie. Demona nie było widać, ani słychać, wiedziała już jednak, że stwór potrafi poruszać się bezszelestnie. Wątpiła też, by zaniechał pościgu, pewnie rzadko spotyka po zmroku brzemienne niewiasty. Składała w duchu modły Perunowi, by w tej chwili stwór nie obserwował jej z daleka, gdyż wypatrzyła dobre miejsce do ukrycia. Strasznie kulejąc, dowlokła się do zarośli, które obrastały szczelnie rozłożystą wierzbę. Rzuciła się między wielkie korzenie, wystające ponad poszycie i legła między nimi. Chwyciła gałąź borówkowego krzewu i przykryła się nim, by stać się zupełnie niewidocznym z zewnątrz. Teraz mógł ją wypatrzyć tylko ktoś, kto wszedłby na jeden z konarów i spojrzał prosto w dół.
Miała nadzieję przeczekać w swojej kryjówce do rana i dopiero potem, w świetle słońca szukać drogi do domu.
To była złudna nadzieja.

Łapa porońca pojawiła się niewiadomo skąd i niewiadomo kiedy. Dziewczyna nie zdążyła nawet pisnąć ze strachu, gdyż demon zwalił się na nią całą masą i przygwoździł, a raczej wdusił w ziemię. Próbowała się wyrywać, nawet gryźć, ale poroniec wpakował jej skostniały łokieć do ust.
— Już mi nie uciekniesz ? wysyczał cicho, plując jej przy tym do ucha. Chłodnym pazurem przeczesał jej włosy i odgarnął za głowę, uśmiechając się lubieżnie, jak chłop na sianku, patrzący na rozkraczoną przed nim młódkę. Bogumiła jęknęła, kiedy poczuła tak silny ból, jakiego w życiu nie doświadczyła. Oczy wyskoczyły jej niemal z orbit. Demon swoimi pazurami sprawnie rozciął jej brzuch. Widziała, jak poroniec grzebie w jej wnętrznościach, widziała jak powoli i brutalnie, wyciąga za głowę małe, jeszcze nie w pełni rozwinięte dziecko. Widziała jakby przez mgłę, jak dziecko porusza nóżkami i rączkami, jak demon oblizuje spękane wargi i zbliża rozwartą paszczę do maleńkiej główki. Widziała, jak sczerniałe zęby wgryzają się w skórę niemowlaka. Nic więcej już nie zobaczyła. Gwiazdy pojawiły jej się przed oczyma, zemdlała.

Ocknęła się. Było przyjemnie ciemno. Bogumiła czuła, że leży na posłaniu, słoma drażniła jej dłoń. Leniwie uniosła powieki i spojrzała wprost przed siebie. Ujrzała strzechę. Dziwnie znajomy widok, oglądała go każdego ranka, kiedy nastawał świt. W powietrzu unosił się intensywny zapach miodu. Pachniało też fiołkami. Słyszała stłumioną melodię, wygwizdywaną przez kogoś na zewnątrz. Nie wiedziała, co u licha się dzieje. Zaraz przypomniało jej się to, co przeżyła nocą.
Poroniec i pożarte dziecko.
Chciała krzyknąć, ale z suchego gardła nie dobył się żaden dźwięk. Miast tego usiadła gwałtownie i dłońmi dotknęła swego brzucha. Był taki, jak uprzednio. Nabrzmiały i gruby, jak u każdej przyszłej matki. Nie czuła też pod palcami żadnej blizny, rany czy rozcięcia. Zaraz też sięgnęła poranionej nogi. Opuchlizna kostki również znikła. A może nigdy jej nie było? Co to ma znaczyć, pomyślała dziewczyna. Zsunęła się niezgrabnie z posłania. Ze zdziwieniem odkryła, że czuj e się całkiem dobrze. W żadnym wypadku nic jej nie dolegało, chodź jeszcze niedawno była na skraju śmierci i wyczerpania. Dziwne.
Spostrzegła stołek zbity z sosnowych deseczek. Stał na nim garnuszek koziego mleka, a obok niego leżała wiązka fiołków. Bogumiła uśmiechnęła się lekko, myśląc o tym, kto zostawił tu te kwiaty. Wzięła garnuszek i zwilżyła suche gardło. Po ugaszeniu pragnienia poczuła się strasznie głodna.
— Domaaarad! ? krzyknęła radośnie, czując jak wraca jej dobry humor. Przez chwilę nasłuchiwała.
— Idę, już idę skowronku! ? odpowiedział jej głos męża. Słyszała, jak otwiera drzwi i wchodzi do chaty, jak pędzi przez izbę i wpada do pomieszczenia z legowiskiem.
— Kwiatuszku mój, wreszcie się przebudziłaś ? rzekł na powitanie i uśmiechnął się szeroko. Przysiadł koło niej. ? Martwić się już poważnie począłem.
— Co się stało? Pamiętam straszne rzeczy ? powiedziała cicho. ? Sama już nie wiem, co jest jawą, a co snem?
— Nie ma dużo do opowiadania. Pamiętasz, jakem wrócił od barci, a tyś po koper do lasu poszła? No więc wyszłaś szybciutko, a ja za tobą, bo plastry miodu chciał żem oporządzić. Wychyliłem więc głowę na słońce, które powoli zmierzało ku horyzontowi. Patrzę, a ty uszłaś jeno parę kroków, zatoczyłaś się i bęc na ziemię. Padłaś jak zabita, więc pobiegłem co sił w nogach. Przysiadam i spojrzałem, a ty tylko omdlałaś. Wziąłem cię tedy delikatnie na ręce i do izby zaniosłem.
— A w lesie nocą nie byłam? Pewny jesteś? ? dopytywała się Bogumiła.
— Przysiąc mogę, żeś od tamtej pory aż do teraz na posłaniu leżała bezpiecznie. Ale gdy spałaś, to rzucałaś się strasznie ? dodał bartnik po chwili namysłu. ? I krzyczałaś tak głośno, aż się obudziłem.
— I co było dalej?
— A co ma być? Pokrzyczałaś, pokrzyczałaś, bo i pewnikiem śniły ci się jakieś okropieństwa, a potem zasnęłaś kamiennym snem i do jutrzni spokój był.
Dziewczyna odetchnęła głośno, choć nadal nie była do końca przekonana. Ten sen był taki realistyczny, tak prawdziwy?
Bez słowa przytuliła się do męża, a ten objął ją swoją wielką ręką.

Trzy miesiące minęły, jak z bicza trzasnął. Nim Bogumiła się obejrzała, naokoło okien poupychano ciernie, kolczaste i parzące rośliny. Na progu zawisł łańcuch czosnku, a pod nim ustawiono misę z solą. W nowej kołysce, zbitej pewnego wieczoru przez Domarada, umieszczono ostre narzędzie, w tym przede wszystkim noże. Wszystko to miało uchronić dziecko przed nieszczęściami i atakami złych mocy, wszakże wcale często złośliwe demony znęcały się nad maluchami bądź wykradały je z matczynych objęć.
Matka bartnika Gosława powoli szykowała się już do wyprawienia uczty, która zwyczajowo odbywała się trzeciego dnia po narodzinach. Wedla tradycji oczekiwano podczas niej przybycia Roda i Rodzanic. Rod wyznaczał dziecku jego przyszłe dzieje, szczęście oraz nieszczęście, długie życie bądź szybką śmierć. Nie bez kozery gadano, że Rod siedzi w chmurach i rzuca ziemne grudy, z których rodzą się ludzie. Rodzanicami zaś nazywano trzy jego pomocnice, które były boginiami losu ludzkiego.
Połogu Bogumiły spodziewano się lada dzień. I w końcu nadszedł, z dawna oczekiwany.

Krzyki dziewczyny słychać było w całej okolicy. Gdyby ktoś zakradł się teraz w pobliże bartniczej sadyby, usłyszałby je z całą pewnością. Spostrzegłby też jednak, że głosy nagle ucichły, jakby ktoś odjął mowę matce. Gdyby miał czelność podejść bliżej i zajrzeć przez uchylone okiennice do wnętrza, ujrzałby milczącego bartnika, który dotąd miotał się rozgorączkowany po izbie. Zobaczyłby też jego żonę, rozkraczoną na legowisku, w pokrwawionym gieźle i w szmatach. Zauważyłby Gosławę, klęczącą między nogami młódki, trzymającą jakieś zawiniątko i tępo się w nie wpatrujące. Wyczułby panującą rozpacz.
Ale w okolicy nie było nikogo.

– Nie? Nie ? załkała cicho Bogumiła. Domarad stał w miejscu jak wryty, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Gosława otwarcia płakała, a łzy obficie kapały na zawiniątko. W rękach trzymała owinięte szmatkami nowonarodzone dziecko. Dziecko, które nie oddychało, martwe dziecko.
— Już nic nie da rady się zrobić ? Domarad przemógł się i ścisnął dłoń żony. ? Podaj mi je, matko. Wziął martwe niemowlę i odchylił szmatki. Malutka twarzyczka była nieruchoma, a powieki zamknięte. Na główce nie znajdował się ani jeden włosek, na brzuszku zaś widniały plamy krwi z odciętej pępowiny. Zagryzł zęby z bezsilnej złości. Za co, za jakie grzechy ich to spotkało? Gotów był wybiec na dwór i bluźnić, przeklinać ile sił w płucach, chciał krzyczeć, wyżyć się na czymś, chociażby siekierą na pniu drewna, czuł jak wszystko się w nim gotuje. Jego syn pierworodny?
Wyniósł dziecko na zewnątrz. Bezładne ciało złożył ostrożnie na drewnianej ławie. Musiał zająć się pochówkiem. Chciał zdążyć przed zapadnięciem zmierzchu, wątpił jednak, by mu się to udało. Powinien zebrać chrust na stos, by oddać noworodka oczyszczającemu ogniowi. Potem trzeba było wykopać dół i umieścić w nim garniec ze szczątkami. Domarad wziął się do pracy.
Tak jak się spodziewał, noc zastała go, kiedy usypywał gałęzie, porąbaną kłodę i liście na kupie. Z westchnieniem stwierdził, że dokończy jutro. Powlókł się powoli do chałupy, by sprawdzić, jak się czuje żona. Może była to po prostu nieuwaga, a może los tak chciał, że kiedy drzwi domostwa zatrzasnęły się za bartnikiem, truchło dziecka zostało na ławie, na zewnątrz.
Księżyc świecił wysoko. Było bezwietrznie i ciepło, wręcz duszno. Nocną ciszę przerywało jedynie urywany płacz i zawodzenie kobiety, dochodzące z głębi chaty. Ale i ono po jakimś czasie ucichło. Tymczasem zawiniątko nagle się poruszyło. Ni stąd, ni zowąd zsunęło się na ziemię i silnie zadrgało. W cieniu sadyby zaczęły dziać się jeszcze większe dziwy. Małe dzieciątko momentalnie urosło do rozmiarów niewielkiego człowieczka. Wyglądało okropnie, ciało zdeformowało się strasznie podczas tej przemiany.
Stwór rozejrzał się gorączkowo i umknął w ciemny las.
Poroniec wyruszył na swoje pierwsze łowy.

Komentarze RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Twoja ocena wraz z komentarzem mogą być pierwsze. Nie żałuj sobie.

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF
Zaloguj się by zarządzać prywatnymi zakłądkami. Nie masz konta - zarejestruj się.

Losowy tytuł - loteria nieocenionych przez Ciebie. Oceniaj i korzystaj z funkcji do odszukiwania nieczytanych opowieści.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi