Porońcowa Noc
Dochodziło późne popołudnie. Bartnik Domarad kończył właśnie swą
pracę przy zbieraniu miodu. Spojrzał z wielką czcią na świeżo wydobyte,
podłużne plastry miodu, potem rzucił okiem na śniot, który uprzednio
odwiesił z boku na specjalny kołek zwany hwozdownią. Śniot był to wałek
dębowy, przecięty wzdłuż na pół, mający chronić barć przed szkodnikami,
takimi jak dzięcioł chociażby. Z powrotem wdrapał się na sosnę przy
pomocy leziw1 i zajrzał do środka. Obejrzał raz jeszcze krzyżaki, dzięki
którym pszczoły mogły gospodarować na dwóch poziomach plastrów. Oględziny
wypadły pomyślnie, Domarad nie zauważył jakichkolwiek uszkodzeń, więc
postanowił zabezpieczyć dziuple. W tym celu zamontował śniot na dwu hakowato
zakończonych kołkach wbitych nad i pod barcią, po czym gderając i klnąc
plugawie, zsunął się na ziemię. Teraz pozostało mu już tylko zabezpieczyć
barć przed grubymi niedźwiedziami, które były strasznie łase na Domaradowy
miód. Pamiętał, jak kilkanaście kat temu, pewnej nocy jeden z nich dobrał
się do niechronionej dziupli i wyżarł cały złoty nektar. Co prawda
zasłużona kara go dosięgła, gdyż w kilka dni później kniaź ubił zwierza
na polowaniu, ale miód przepadł.
Mężczyzna chwycił leżący nieopodal kloc
drewna i przywiązał go na sznurze, zwisającym z konaru, tuż przy dziupli.
Rzecz ta nazywała się samobitnią, a działała w taki sposób, że kiedy
niedźwiedź odchylał kloc, by dostać się do pszczół, ten wracał na
miejsce i uderzał go w głowę. Działało prawie zawsze, strasznie irytując
brunatnego złodziejaszka. Domarad odetchnął z ulgą i schował do
skórzanej torby fajkę bartniczą, której używał do podkurzania pszczół
przed dobraniem się do plastrów. Wziął pod pachę wiaderko z miodem
i ruszył w kierunku chałupy. Szedł przez knieję wolnym krokiem, gwiżdżąc
sobie dla rozrywki. Mężczyzna miał bartnictwo we krwi, jego ojciec był
bartnikiem, jego dziad, a także pradziad. Wszyscy jak jeden mąż od zawsze
pracowali w pocie czoła przy pszczołach. I syn Domarada, wnuk i prawnuk
również mieli być bartnikami.
Chata bartnika składała się z dwóch pomieszczeń. Pierwsza część
służyła za izbę mieszkalną; znajdowały się tam ławy i stołki, czy
krosno do przędzenia tkanin. Na ścianie zawieszony był wielki topór,
pamiątka po dziadzie z bitew, w których kmieć walczył z Węgrami na
południu. Na środku izby mieściło się palenisko, otoczone gładkimi
kamieniami. Wokół niego stały gliniane garnce i misy z tłuczkami. Druga
izba służyła do spania. Cała rodzina spała na dużym legowisku, które
było umieszczone na podwyższeniu i wyścielone słomą, sianem oraz
zwierzęcymi skórami.
Kiedy bartnik wszedł do środka, jego młoda,
brzemienna żona Bogumiła, córa jednego z wojów kniaziowskich,
przyrządzała strawę. Oprócz niej i Domarada mieszkała tu jeszcze matka
męża Gosława, ojcu zaś zmarło się ze trzy lata temu. Dziewczyna obrzuciła
bartnika przelotnym spojrzeniem i uśmiechnęła się, po czym wróciła do
swojego zajęcia. Miała zaledwie kilkanaście wiosen na karku, w długie włosy
barwy słomy, opadające z wdziękiem na ramiona wpleciono wianek z kwiecia
polnego. Głowę zdobiło kilka kabłączków skroniowych, przyczepionych do
wełnianego paska, oplatającego głowę. Jej brzuch był duży, nabity, a jak
bartnik przekonywał, w środku siedział mały junoch.
— Miód żeś przyniósł ? stwierdziła. ?
Aż w izbie już pachnie.
— I nie dziwota, bo dobry, lipowy ? odrzekł
bartnik i rozsiadł się na zydelku. ? Będzie smakowity miód pitny, oj
będzie. Dziś jeszcze przed zmierzchaniem wleje do rondelka, z wodą z rzeki
zmieszam i podgotuję nad paleniskiem.
Przeczesał dłonią długie, rozpuszczone
brązowawe włosy. Był to postawny chłop, szeroki w barach. Na skórze widać
było wiele śladów po pszczelich żądłach, zwłaszcza na prawym
przedramieniu.
— Do mięsiwa kopru mi trzeba ? powiedziała
Bogumiła, zaglądając do koszyka, by sprawdzić, czy tam aby nie uchowało
się trochę przyprawy.
— W borze żem widział, niedaleko perunowego
kwiatu rosną.
— Pójdę w takim razie.
— Ino chybcikiem, bo w brzuchu mi burczy.
A ślinka cieknie, kiedy na sarninę patrzę ? Domarad oblizał wargi.
— Przed zmierzchem na pewno wrócę ?
dziewczyna wyjrzała na dwór, po czym weszła w las.
Bogumiła podążała leśnym duktem. Po kilkunastu krokach zapadła w
chaszcze na wschód od ich sadyby. Kierowała się do małego jaru, gdzie
podczas ostatniej kupały natknęli się na perunowe kwiecie, czyli kwiat
paproci. Przeszła obok zwalonego pnia, minęła Domaradowe barcie i zeszła
powoli zboczem. Już była na dole, w jarze, kiedy poczuła nagle ukłucie
bólu, skurcz. Straciła równowagę i upadła, raniąc przy tym nogę na
ostrych kamieniach i tłukąc kostkę. Zacisnęła zęby i spróbowała
wstać, ból jednak nasilił się, a w głowie zakręciło się. Dziewczyna
oparła głowę o kępę trawy i jęknęła. Po dobrym kwadransie poczuła
się znacznie lepiej, zdołała usiąść. Była strasznie roztrzęsiona swoją
słabością, której nigdy w takim stopniu nie okazywała. Spojrzała
z troską na swe brzemię, poczuła delikatne kopnięcia płodu. Z wielkim
trudem podniosła się, poraniona noga ugięła się pod nią. Niebo tymczasem
pokryły czerwono ? pomarańczowe plamy, słońce zachodziło za horyzont,
zmierzch zbliżał się wielkimi krokami.
Dziewczyna chwyciła niewielki patyk, leżący
obok pobliskiego drzewa i podparła się nim. Skoro już tutaj była, nie
chciała wracać bez kopru. Ostrożnie stawiając kroki, powoli przeszła
wzdłuż jaru. Perunowe kwiecie porastało przeciwległe wyjście z jaru,
u stóp wylotu widniał dziki koper. Bogumiła zebrała kilka pokaźnych
garści na zapas i wsunęła wszystko do kieszeni. Stękając i gderając,
wróciła drogą, którą przyszła. Najwięcej trudu i bólu przysporzyło jej
wydostanie się z jaru. Kostka była już cała sina, a opuchła tak, że ledwo
się w bucie mieściła. Nie mogła liczyć na żadną pomoc, Domarad nawet nie
usłyszałby jej wołania. Owszem, w końcu zacząłby się denerwować
i ruszyłby za nią, wszak wiedział, dokąd się udała. Bogumiła nie
chciała jednak czekać. Zebrała się w sobie i zaczęła gramolić się na
górę.
Kiedy wreszcie jej się udało, niebo wyraźnie
pociemniało. Noc jeszcze nie nadeszła, było widno, ale słońce zdążyło
skryć się już za linią horyzontu. Na niebie widać było pierwsze gwiazdy.
Dziewczę szło przez knieję z nadąsaną miną, tak szybko, na ile pozwalała
jej kostka.
Los był paskudny i sprawił, że Bogumiła
pobłądziła wśród leśnych ostępów. Kierowała się w stronę barci jej
męża, jednak musiała przeoczyć gniazda pszczół, umiejscowione w lipowych
dziuplach. Leśnego duktu również nie było nigdzie widać. Przez pewien czas
kluczyła na oślep między drzewami, mając nadzieję, że ujrzy jakieś znane,
charakterystyczne miejsce. Nic takiego jednak się nie wydarzyło, dziewczyna
wydawała się być coraz bardziej zrozpaczona. Harda Łużyczanka, córka Wita,
chłopa z Dobryługu czuła bezsilność, która stopniowo ją ogarniała. W
końcu usiadła na kamieniu. Zaszlochała cichutko.
Las wydał się jej nagle nieznajomy i wrogi.
Nigdy jeszcze się w nim tak nie czuła, choć mieszkała przy kniei od
dzieciństwa. W nastającej ciemności wielkie i potężna drzewa wyglądały
upiornie, patrzyły na dziewczyną z wysoka, jakby obca im była w tym lesie,
jakby jej obecność w borze była wysoce niepożądana. Gdzieś w koronie
zahuczała sowa, ptak zowiący.
Jednak i ona zamilkła po chwili. Dookoła
roztoczyła się głucha cisza, słychać było jedynie szum liści i wysokich
traw, kołysanych podmuchami chłodnego wiaterku. W powietrzu unosił się
intensywny zapach mięty, dało wyczuć się też inne leśne zapachy, jak
chociażby woń mchu dębowego czy wszechobecnej sosny.
W pobliskich krzakach coś zaszeleściło
i zachrobotało. Dziewczyna momentalnie poderwała głowę i spojrzała w
tamtym kierunku.
— Hej! Jest tam kto?! ? zawołała głośno,
a na dźwięk jej głosu z pobliskiego drzewa zerwała się chmara nietoperzy.
Nikt jej jednak nie odpowiedział. Za to świerszcz rozpoczął swój koncert,
przerywając leśną ciszę. Niebo było bezchmurne, jedynym źródłem
światła były księżyc i gwiazdy, rzucając mętną, słabą poświatę.
Dziwny odgłos, dochodzący gdzieś z otaczających dziewczynę chaszczy,
powtórzył się. Tym razem Bogumiła była już pewna, że nie przesłyszało
jej się, i że nie był to tylko wymysł jej wyobraźni, mocno pobudzonej
samotnym pobytem w borze. Chwyciła patyk, którym się podpierała i uniosła
na wysokość piersi, dzierżąc jak pałkę.
— Niech no jakaś nocna zjawa się nawinie ?
mruknęła pod nosem, by dodać sobie odwagi.
Czuła, że coś krąży bezszelestnie wokół
niej. Nie była w stanie orzec, cóż to jest. Myślała, że jest to zwierz
jakiś, ale nawet skradający się chyłkiem wilk w końcu nastąpiłby na
gałązkę, która pękła z trzaskiem, zwłaszcza, że za dnia było upalnie
i sucho. W takich warunkach trudno polować, nawet drapieżnikowi. Choć i tak
nie była w stanie odrzucić lawiny obrazów, które mimowolnie pojawiały się
w jej głowie; ona sama rozrywana przez stado wygłodniałych wilczurów,
niedźwiedzia, czy wilkołaka. Na samą myśl, że mogłaby być to jakaś
strzyga, oblewał ją zimny pot. Zaraz jednak przypomniała sobie Żyrosława,
młodego cieślę z Dobryługu.
— Strzygów i inszych potworzysk nie ma ?
mawiał Żyrosław za każdym razem, kiedy go kto spytał, a starsi patrzyli
nań wtedy krzywym wzrokiem. Później gadano w okolicy, że tak musiał
zaleźć za skórę tym gadaniem, że go wreszcie jakaś strzyga na wyrąbie
przydybała i ukatrupiła. W każdym razie zwłoki wyglądały podobno
strasznie. Dziewczyna miała przedziwne wrażenie, że te tajemnicze chroboty
i szelesty były celowe i właśnie ją miały wystraszyć. Rozglądała się
dookoła, obracając się powoli w miejscu. Kolejny odgłos sprawił, że niemal
serce podeszło jej do gardła. Odruchowo cofnęła się kilka kroków, przy
czym nie mogła zauważyć niewielkiego wgłębienia w poszyciu. Runęła jak
długa na ziemię, która szczęściem usłana była ściółką i miękką
trawą. Mimo tego poraniona noga i opuchnięta kostka zaprotestowały ostrym,
rwącym bólem. Nie zwracając na niego uwagi, dziewczyna podniosła się na
kolana. To, co ujrzała sprawiło, że zamarła w bezruchu ze zdziwienia. Pod
drzewem stał jakiś mężczyzna, tak przynajmniej zdawało jej się na
początku. Zdawał się być od niej o co najmniej głowę niższy. Nie miał
włosów, był łysy, a głowa jego miała kształt jajowaty. Postąpił kilka
kroków do przodu, jak gdyby chciał, by Bogumiła przyjrzała mu się
dokładnie. Kiedy stanął w świetle księżyca, dziewczyna dostrzegła, że w
ogóle natura nie obdarzyła go szyją, a łeb osadziła na zdeformowanym
korpusie. Jedna ręka była wykrzywiona pod dziwnym kątem, a na odsłoniętej
piersi widniały szpecące bruzdy, wypustki i szramy. Oczy stwora były małe,
a źrenice błyszczały zielonym blaskiem. Na twarzy brakowało mu nosa.
Bogumiła jęknęła cicho. Widok tej wynaturzonej istoty napawał ją
wstrętem, ohydą i odrazą, ale przede wszystkim strachem.
— Nie lękaj się, dziewko ? stwór rozwarł
paszczę, zaleciało stęchlizną i smrodem. Jego zęby były czarne, omszałe,
a w przerwach między nimi widać było jakieś resztki strawy, chyba mięsa.
I krwi.
— Odejdź! Zostaw mnie, odmieńcze! ?
krzyknęła dziewczyna, cofając się na czworakach. Stwór nie robił sobie nic
z jej słów i ruszył krzywym krokiem w jej kierunku. Wyciągnął ku niej
rękę, a właściwie łapę uzbrojoną w dwa ostre, zakrzywione pazury.
— Wiem, co nosisz w sobie? Czuję smak
młodego życia ? wycharczał potwór, wlepiając ślepia w brzuch kobiety
i oblizując się. Glutowata ślina zmieszana z ropą pociekła obficie po
jego brodzie. Bogumiła podążyła oczyma za jego wzrokiem i z przerażeniem
odkryła, z kim ma do czynienia. Żadna zmora, żaden lesij, czart czy bies,
żadne licho czy też nawet bebok. Był to najprawdziwszy poroniec, postrach
brzemiennych niewiast. Dziewczyna podjęła decyzję w ułamku sekundy. Jej
ręka z patykiem wystrzeliła w górę i pacnęła szybującą w powietrzu
łapę demona. Rozsierdzona chwyciła leżący kamień, zagrzebany w poszyciu
i rzuciła nim, celując w porońcowe krocze. Stwór odskoczył, krzycząc
z bólu, a był to krzyk paskudny i długo roznosił się po lesie. Bogumiła
nie bez trudu dźwignęła się na proste nogi, po czym zaczęła szaleńczo
i rozpaczliwie uciekać w gąszcz. Chciała ukryć się gdzieś między
drzewami lub w krzakach. Poroniec tymczasem miotał głośno tylko sobie znane
klątwy i przekleństwa. Po chwili jednak opamiętał się i ruszył w pogoń,
znikając bezszelestnie za zbiorowiskiem jodeł i sosen. Dziewczyna nie
zdołała ubiec daleko, z oczu obficie płynęły jej łzy, wywołane bólem
opuchniętej kostki. W końcu przystanęła i obejrzała się za siebie. Demona
nie było widać, ani słychać, wiedziała już jednak, że stwór potrafi
poruszać się bezszelestnie. Wątpiła też, by zaniechał pościgu, pewnie
rzadko spotyka po zmroku brzemienne niewiasty. Składała w duchu modły
Perunowi, by w tej chwili stwór nie obserwował jej z daleka, gdyż
wypatrzyła dobre miejsce do ukrycia. Strasznie kulejąc, dowlokła się do
zarośli, które obrastały szczelnie rozłożystą wierzbę. Rzuciła się
między wielkie korzenie, wystające ponad poszycie i legła między nimi.
Chwyciła gałąź borówkowego krzewu i przykryła się nim, by stać się
zupełnie niewidocznym z zewnątrz. Teraz mógł ją wypatrzyć tylko ktoś,
kto wszedłby na jeden z konarów i spojrzał prosto w dół.
Miała nadzieję przeczekać w swojej kryjówce
do rana i dopiero potem, w świetle słońca szukać drogi do domu.
To była złudna nadzieja.
Łapa porońca pojawiła się niewiadomo skąd i niewiadomo kiedy.
Dziewczyna nie zdążyła nawet pisnąć ze strachu, gdyż demon zwalił się na
nią całą masą i przygwoździł, a raczej wdusił w ziemię. Próbowała
się wyrywać, nawet gryźć, ale poroniec wpakował jej skostniały łokieć do
ust.
— Już mi nie uciekniesz ? wysyczał cicho,
plując jej przy tym do ucha. Chłodnym pazurem przeczesał jej włosy
i odgarnął za głowę, uśmiechając się lubieżnie, jak chłop na sianku,
patrzący na rozkraczoną przed nim młódkę. Bogumiła jęknęła, kiedy
poczuła tak silny ból, jakiego w życiu nie doświadczyła. Oczy wyskoczyły
jej niemal z orbit. Demon swoimi pazurami sprawnie rozciął jej brzuch.
Widziała, jak poroniec grzebie w jej wnętrznościach, widziała jak powoli
i brutalnie, wyciąga za głowę małe, jeszcze nie w pełni rozwinięte
dziecko. Widziała jakby przez mgłę, jak dziecko porusza nóżkami
i rączkami, jak demon oblizuje spękane wargi i zbliża rozwartą paszczę do
maleńkiej główki. Widziała, jak sczerniałe zęby wgryzają się w skórę
niemowlaka. Nic więcej już nie zobaczyła. Gwiazdy pojawiły jej się przed
oczyma, zemdlała.
Ocknęła się. Było przyjemnie ciemno. Bogumiła czuła, że leży na
posłaniu, słoma drażniła jej dłoń. Leniwie uniosła powieki i spojrzała
wprost przed siebie. Ujrzała strzechę. Dziwnie znajomy widok, oglądała go
każdego ranka, kiedy nastawał świt. W powietrzu unosił się intensywny
zapach miodu. Pachniało też fiołkami. Słyszała stłumioną melodię,
wygwizdywaną przez kogoś na zewnątrz. Nie wiedziała, co u licha się
dzieje. Zaraz przypomniało jej się to, co przeżyła nocą.
Poroniec i pożarte dziecko.
Chciała krzyknąć, ale z suchego gardła nie
dobył się żaden dźwięk. Miast tego usiadła gwałtownie i dłońmi
dotknęła swego brzucha. Był taki, jak uprzednio. Nabrzmiały i gruby, jak
u każdej przyszłej matki. Nie czuła też pod palcami żadnej blizny, rany
czy rozcięcia. Zaraz też sięgnęła poranionej nogi. Opuchlizna kostki
również znikła. A może nigdy jej nie było? Co to ma znaczyć, pomyślała
dziewczyna. Zsunęła się niezgrabnie z posłania. Ze zdziwieniem odkryła,
że czuj e się całkiem dobrze. W żadnym wypadku nic jej nie dolegało, chodź
jeszcze niedawno była na skraju śmierci i wyczerpania. Dziwne.
Spostrzegła stołek zbity z sosnowych
deseczek. Stał na nim garnuszek koziego mleka, a obok niego leżała wiązka
fiołków. Bogumiła uśmiechnęła się lekko, myśląc o tym, kto zostawił
tu te kwiaty. Wzięła garnuszek i zwilżyła suche gardło. Po ugaszeniu
pragnienia poczuła się strasznie głodna.
— Domaaarad! ? krzyknęła radośnie, czując
jak wraca jej dobry humor. Przez chwilę nasłuchiwała.
— Idę, już idę skowronku! ? odpowiedział
jej głos męża. Słyszała, jak otwiera drzwi i wchodzi do chaty, jak pędzi
przez izbę i wpada do pomieszczenia z legowiskiem.
— Kwiatuszku mój, wreszcie się
przebudziłaś ? rzekł na powitanie i uśmiechnął się szeroko. Przysiadł
koło niej. ? Martwić się już poważnie począłem.
— Co się stało? Pamiętam straszne rzeczy ?
powiedziała cicho. ? Sama już nie wiem, co jest jawą, a co snem?
— Nie ma dużo do opowiadania. Pamiętasz,
jakem wrócił od barci, a tyś po koper do lasu poszła? No więc wyszłaś
szybciutko, a ja za tobą, bo plastry miodu chciał żem oporządzić.
Wychyliłem więc głowę na słońce, które powoli zmierzało ku horyzontowi.
Patrzę, a ty uszłaś jeno parę kroków, zatoczyłaś się i bęc na ziemię.
Padłaś jak zabita, więc pobiegłem co sił w nogach. Przysiadam
i spojrzałem, a ty tylko omdlałaś. Wziąłem cię tedy delikatnie na ręce
i do izby zaniosłem.
— A w lesie nocą nie byłam? Pewny jesteś?
? dopytywała się Bogumiła.
— Przysiąc mogę, żeś od tamtej pory aż
do teraz na posłaniu leżała bezpiecznie. Ale gdy spałaś, to rzucałaś się
strasznie ? dodał bartnik po chwili namysłu. ? I krzyczałaś tak głośno,
aż się obudziłem.
— I co było dalej?
— A co ma być? Pokrzyczałaś,
pokrzyczałaś, bo i pewnikiem śniły ci się jakieś okropieństwa, a potem
zasnęłaś kamiennym snem i do jutrzni spokój był.
Dziewczyna odetchnęła głośno, choć nadal
nie była do końca przekonana. Ten sen był taki realistyczny, tak
prawdziwy?
Bez słowa przytuliła się do męża, a ten
objął ją swoją wielką ręką.
Trzy miesiące minęły, jak z bicza trzasnął. Nim Bogumiła się
obejrzała, naokoło okien poupychano ciernie, kolczaste i parzące rośliny.
Na progu zawisł łańcuch czosnku, a pod nim ustawiono misę z solą. W nowej
kołysce, zbitej pewnego wieczoru przez Domarada, umieszczono ostre narzędzie,
w tym przede wszystkim noże. Wszystko to miało uchronić dziecko przed
nieszczęściami i atakami złych mocy, wszakże wcale często złośliwe
demony znęcały się nad maluchami bądź wykradały je z matczynych
objęć.
Matka bartnika Gosława powoli szykowała się
już do wyprawienia uczty, która zwyczajowo odbywała się trzeciego dnia po
narodzinach. Wedla tradycji oczekiwano podczas niej przybycia Roda i Rodzanic.
Rod wyznaczał dziecku jego przyszłe dzieje, szczęście oraz nieszczęście,
długie życie bądź szybką śmierć. Nie bez kozery gadano, że Rod siedzi w
chmurach i rzuca ziemne grudy, z których rodzą się ludzie. Rodzanicami zaś
nazywano trzy jego pomocnice, które były boginiami losu ludzkiego.
Połogu Bogumiły spodziewano się lada dzień.
I w końcu nadszedł, z dawna oczekiwany.
Krzyki dziewczyny słychać było w całej okolicy. Gdyby ktoś zakradł się
teraz w pobliże bartniczej sadyby, usłyszałby je z całą pewnością.
Spostrzegłby też jednak, że głosy nagle ucichły, jakby ktoś odjął mowę
matce. Gdyby miał czelność podejść bliżej i zajrzeć przez uchylone
okiennice do wnętrza, ujrzałby milczącego bartnika, który dotąd miotał
się rozgorączkowany po izbie. Zobaczyłby też jego żonę, rozkraczoną na
legowisku, w pokrwawionym gieźle i w szmatach. Zauważyłby Gosławę,
klęczącą między nogami młódki, trzymającą jakieś zawiniątko i tępo
się w nie wpatrujące. Wyczułby panującą rozpacz.
Ale w okolicy nie było nikogo.
– Nie? Nie ? załkała cicho Bogumiła. Domarad stał w miejscu jak wryty,
nie mogąc wykrztusić ani słowa. Gosława otwarcia płakała, a łzy obficie
kapały na zawiniątko. W rękach trzymała owinięte szmatkami nowonarodzone
dziecko. Dziecko, które nie oddychało, martwe dziecko.
— Już nic nie da rady się zrobić ? Domarad
przemógł się i ścisnął dłoń żony. ? Podaj mi je, matko. Wziął martwe
niemowlę i odchylił szmatki. Malutka twarzyczka była nieruchoma, a powieki
zamknięte. Na główce nie znajdował się ani jeden włosek, na brzuszku zaś
widniały plamy krwi z odciętej pępowiny. Zagryzł zęby z bezsilnej
złości. Za co, za jakie grzechy ich to spotkało? Gotów był wybiec na dwór
i bluźnić, przeklinać ile sił w płucach, chciał krzyczeć, wyżyć się
na czymś, chociażby siekierą na pniu drewna, czuł jak wszystko się w nim
gotuje. Jego syn pierworodny?
Wyniósł dziecko na zewnątrz. Bezładne
ciało złożył ostrożnie na drewnianej ławie. Musiał zająć się
pochówkiem. Chciał zdążyć przed zapadnięciem zmierzchu, wątpił jednak,
by mu się to udało. Powinien zebrać chrust na stos, by oddać noworodka
oczyszczającemu ogniowi. Potem trzeba było wykopać dół i umieścić w nim
garniec ze szczątkami. Domarad wziął się do pracy.
Tak jak się spodziewał, noc zastała go,
kiedy usypywał gałęzie, porąbaną kłodę i liście na kupie.
Z westchnieniem stwierdził, że dokończy jutro. Powlókł się powoli do
chałupy, by sprawdzić, jak się czuje żona. Może była to po prostu
nieuwaga, a może los tak chciał, że kiedy drzwi domostwa zatrzasnęły się
za bartnikiem, truchło dziecka zostało na ławie, na zewnątrz.
Księżyc świecił wysoko. Było bezwietrznie
i ciepło, wręcz duszno. Nocną ciszę przerywało jedynie urywany płacz
i zawodzenie kobiety, dochodzące z głębi chaty. Ale i ono po jakimś
czasie ucichło. Tymczasem zawiniątko nagle się poruszyło. Ni stąd, ni
zowąd zsunęło się na ziemię i silnie zadrgało. W cieniu sadyby zaczęły
dziać się jeszcze większe dziwy. Małe dzieciątko momentalnie urosło do
rozmiarów niewielkiego człowieczka. Wyglądało okropnie, ciało zdeformowało
się strasznie podczas tej przemiany.
Stwór rozejrzał się gorączkowo i umknął
w ciemny las.
Poroniec wyruszył na swoje
pierwsze łowy.
Komentarze
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Twoja ocena wraz z komentarzem mogą być pierwsze. Nie żałuj sobie.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.


