Znicze

Anna Wołosiak publikacja 19 Listopad 2009, 21:03 Poprawki 20 Listopad 2009, 02:17 Gatunek Mity, prasłowiańskie Czytano 4710 razy
1 głos
Spis treści utworu
Znicze
Strona 2
Strona 3

Nad kołyską wyrósł nagle jakiś cień. Pochylił się, jakby obserwując dziecko – a po chwili wyparował. Po prostu rozpłynął się w powietrzu.
Dziewczynka zasnęła, uspokojona.

Jeszcze przed wschodem słońca, koguta wyrwał ze snu straszliwy, rozdzierający krzyk. Ludzie wyglądali z domów i wychodzili na drogę, żeby – zwyczajem wszystkich ludzi świata – wspólnie deliberować nad czymś, o czym nie mieli pojęcia.
Matka Wozgrzy leżała przy kołysce. Spódnicę miała uwalaną w popiele, a po policzkach płynęły jej nieprzerwanym strumieniem łzy. Mąż kobiety stał przy piecu i usiłował zebrać myśli.
— Niemożliwe. To wiatr – oznajmił w końcu z całym zdecydowaniem, na jakie było go stać.
— Sam jesteś wiatr! – wrzasnęła matka, podnosząc do mężczyzny szare od popiołu pięści, po czym znów zaniosła się szlochem. – Moje dziecko! Zgubione! Na bogów, a prosiłam, powtarzałam, żebyś sprawdził wszystkie wejścia!
— Sprawdziłem, uspokój się. Nic się nie stało – oponował bez przekonania ojciec, aż wreszcie machnął na wszystko ręką, podszedł do kołyski i wyjął z niego słodko śmiejącą się dziewczynkę. – Jaki tam z ciebie dwudusznik, moje maleństwo… – wyszeptał do dziecka, bujając je na rękach. – To tylko wiatr, przecież nie będziemy aż tak przesądni. Żadne Zdusze nie byłyby na tyle głupie, żeby wejść w moją małą. Tatuś od razu by przepędził, o tak!

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi i do środka wszedł, nie czekając na zaproszenie, zdyszany, szczupły młodzieniec cuchnący potem i końmi.
— Psze pana, psze pana! Kołbiowie dali odpowiedź!
Matka poderwała się z podłogi i przypadła do gościa. Zaczęła szarpać go gwałtownie za ramiona i domagać się wyjaśnień. Chłopiec z trudem wyrwał się oszalałej kobiecie, stanął w bezpiecznej odległości za stołem i powiedział:
— Czerwony świt to znak, że zeszłej nocy zstąpiły Znicze. Ale wedle wszelakich znaków, żaden z nich nie opuścił stanowiska. Kołbiowie ustalili więc, że to sam Miłorod znalazł drogę.
W tym momencie młody człowiek musiał przerwać, bo matka znów zaskowyczała obłąkańczo, łapiąc się za głowę i padając na kolana.
— Są pewni – – zapytał grobowym tonem ojciec Wozgrzy.
— Na tyle, na ile w ogóle mogą być pewni. Twierdzą, że Miłorod zstąpił, żeby odzyskać to, co utracił w młodości. Powiedzieli też, że jeśli tamtej nocy narodziło się jakieś dziecko, należy je… – w tym momencie chłopiec zawiesił głos i spojrzał w milczeniu na kołyskę, a potem powiódł wzrokiem po rodzicach dziewczynki. – Czy ona urodziła się…? – zaczął niepewnie, ale mężczyzna mu przerwał:
— Wyjdź.
— Ale psze pana, tak nie można! Musimy ją… No psze pana!
— Wyjdź i ani słowa komukolwiek! – ryknął ojciec, zasłaniając dłońmi uszy Wozgrzy.

W kilka dni później na coraz bardziej czerwieniejącym niebie dało się zobaczyć dziewięć rozpalonych punktów z ognistymi ogonami, zbliżających się do ziemi. Niebawem znikły gdzieś na linii lasu.
Tego było za wiele – kilku mężczyzn złapało na podwórku chłopca, którego wysłali do kapłanów, i wycisnęło z niego odpowiedzi. Kiedy tylko po wsi rozeszła się wiadomość, że Wozgrza jest dzieckiem narodzonym podczas równonocy wiosennej, natychmiast zaczęły się wędrówki do domu rodziców dziewczynki. Minuta po minucie, godzina po godzinie ignorowali oni nieustające łomotanie w drzwi i konspiracyjne skrobanie w okna. Matka nie przestawała płakać, miotając się po sypialni, a ojciec chodził w tę i z powrotem po dziennym pokoju, kołysząc w ramionach małą. Dziadek zamknął się w sobie i bujał się w fotelu na biegunach, mamrocząc tylko od czasu do czasu coś, co brzmiało jak ?niedobra wróżba, mówiłem – i ?głupi, głupi, głupi?. Tylko kilkuletni syn niczego nie rozumiał i siedział u stóp dziadka, bawiąc się kawałkiem patyka i kilkoma kamieniami, bojąc się o cokolwiek zapytać. Zaś sama Wozgrza najczęściej spała i wydawało się, że w całej wsi to ona jest najspokojniejsza.

– Wojtek, wydój kozę. Potrzebujemy mleka dla małej, a mama nie czuje się najlepiej – powiedział do syna mężczyzna, kładąc ostrożnie dziewczynkę w kołysce i siadając z ciężkim westchnieniem przy stole.
Chłopiec wziął wiadro i bez słowa pobiegł do niewielkiej obórki, gdzie dwie kozy, nie zważając na otaczający je chaos, przeżuwały zwiędniętą trawę. Jednak dziecko przystanęło zdziwione i upuściło blaszane wiadro na ziemię.
Odkąd Wojtek pamiętał, jego rodzina miała zawsze jedną kozę. Białą, posłuszną, z nieco kaprawym spojrzeniem. Tymczasem obok niej stał rosły, szary kozioł. Podniósł wzrok na chłopca i przemówił meczącym głosem:
— Znowu nie-esie-esz coś dla małe-ej, co?
— No… Mleko.
— Czy ty się-ę je-eszcze-e w ogóle-e liczysz w te-e-j rodzinie-e?
— Jak to – – chłopiec zastygł w skłonie, z rękami wyciągniętymi do leżącego wiadra.
— Wozgrza to, Wozgrza tamto. A ty? – Kozioł przekrzywił łeb i splunął trawą. – Nie-e je-est łatwo mie-eć siostrę-ę, dookoła które-ej wszyscy bie-egają.
— Wcale nie wszyscy biegają.
— Kie-edy ostatnio bawiłe-eś się z Kacpre-em i Matiuszą?
— Skąd wiesz? – Wojtek wyprostował się i wytrzeszczył szeroko oczy.
— Trze-eba pilnować Wozgrzy. A obie-ecali ci, że-e bę-ędzie-esz mógł się-ę bawić z Kacpre-em i Matiuszą. Obie-ecali! – Kozioł groźnie przeorał kopytem ziemię i potrząsnął łbem.
Nagle z domu rozległ się krzyk i chłopiec odwrócił się w stronę drzwi:
— Wojtek, co tak długo?! Mała musi zjeść!
Dziecko chwyciło wiadro i zwróciło się na powrót do kozła – ale już go tam nie było. Stara koza spokojnie przeżuwała swoją trawę.

Matka położyła się wreszcie do łóżka i zamknęła zmęczone, podkrążone oczy. Jej piersią wstrząsał od czasu do czasu nerwowy szloch, ale kobieta była już zbyt wyczerpana, żeby dłużej lamentować.
Właśnie zasypiała, kiedy poczuła mocny zapach bzu. Podniosła się z pościeli i rozejrzała się po pokoju, po czym skierowała wzrok za okno – na wietrze kołysał się spokojnie czarny bez i szumiał drobnymi listkami. Matka Wozgrzy podeszła do parapetu wyciągając dłoń w stronę rośliny, której – mogła przysięgać na wszystkie świętości – przed chwilą wcale tu nie było.
— Chce ci ją odebrać, a ciebie wpędzić w sszszaleńsztwo! – zaszumiało coś nagle między gałązkami.
Kobieta cofnęła rękę.
— Co – – spytała zaskoczona.
— Odbierze ci ją. Wpędzi cię w sszszaleńsztwo.
— Kto mówi – Kto odbierze?!
— Ty dobrze wiesszsz…
W tym momencie wyczerpanie dało o sobie znać i matka dziewczynki straciła przytomność, bezwładnie opadając na podłogę.

Następnego dnia z samego rana rozległ się trzask gwałtownie otwieranych drzwi i kobieta stanęła w pokoju dziennym. Bez słowa podeszła do kołyski i chciała wyjąć z niej córkę, ale wśród kołderek znalazła tylko trochę piasku. Omiotła spojrzeniem pomieszczenie: dziadek spał w swoim fotelu. U jego stóp drzemał Wojtek. Ogień huczał cichutko w piecu. Rozwścieczona kobieta wielkimi krokami przebyła pokój i wyszła na zewnątrz – po raz pierwszy od wielu dni.
Poraziło ją słońce. Opędziła się od wszystkich sąsiadów, którzy w jednej chwili do niej przypadli i zaczęli szarpać za rękawy i skraje spódnicy, po czym pędem puściła się w stronę lasu, wołając wniebogłosy:
— Bydlaku, dopadnę cię! Oddaj mi moje dziecko!

Słysząc krzyki, ojciec wraz z Wozgrzą w ramionach wychylił się z obory. Dostrzegł oddalającą się sylwetkę żony, krzyczącej niezrozumiałe groźby najwyraźniej pod jego adresem. Dokończył dojenie kozy i wrócił do chaty.
Tam z kolei od razu został zaatakowany przez syna, który – ciągnąc ojca za nogawki – zaczął jęczeć:
— Tato, chcę wyjść!
— Już o tym rozmawialiśmy…
— Obiecaliście, że będę mógł wychodzić! Chcę się pobawić!
— Skarbie, sam widzisz, że sytuacja…
— Ciągle tylko Wozgrza i Wozgrza! O mnie już nikt nie pamięta! Chcę iść na spacer do lasu, chcę się bawić z Kacprem i Matiuszą! Chcę nad rzekę! – Wojtek coraz bardziej podnosił głos.
— Wojtek, twoja siostra…
— Mam dość mojej siostry! Nienawidzę mojej głupiej siostry! Po co w ogóle wam ona?! – uniesiony złością i rozgoryczeniem chłopiec kopnął krzesło i wybiegł z domu.

Ojciec położył małą w kołysce i westchnął.
— Tato, też chcesz mi nawrzucać i pogalopować do lasu – – spytał z gorzkim uśmiechem, podnosząc wzrok na starca drzemiącego w bujanym fotelu.
— Głupi, głupi, głupi – wymamrotał nieoczekiwanie dziadek i zamilkł. Najwyraźniej jednak nie zdradzał ochoty do eskapad na zewnątrz, co było zresztą dość rozsądne biorąc pod uwagę fakt, że przed domem wciąż czekał rozentuzjazmowany tłum bliższych i dalszych sąsiadów, jak również całkiem obcych ludzi, którzy zauważyli, że coś się dzieje, więc dołączyli z czystej ciekawość. Przebijanie się przez tę ciżbę było dobre dla młodych, ale nie dla poważnych, starszych osób.
Mężczyzna zaczął podgrzewać w niewielkim rondelku mleko, gdy tymczasem staruszek zwlókł się ze swojego miejsca i podszedł do kołyski, gdzie leżała Wozgrza.



Komentarze 1 z 1 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Bartosz Kowa
20 Listopad 2009, 04:41

No! Redakturka opowiada. Czekałem tego. Dużo bym nawytykał, ale jak już kiedyś redakturka pisała, komentarz czytelni ma strasznie ograniczoną długość. ;) 
Zacznę jedno: Potwierdza się iż pierwsze zdanie, gdy opisowe, kasuje zainteresowanie fabułą, chyba, że jest go ze trzy słowa najwyżej. Lepiej zaczynać akcją, lub zapowiedzią co będzie, działo się. Albo już stoi dotąd, że powoduje dalsze. To wniosek naukowy, który naprawdę warto praktykować za amerykańskimi filmowcami. A dalej opisy kwiatków plecione w fabułę. Tak lepiej toczyć przed okiem dzisiejszej wyobraźni. Chyba że opis niebagatelny, czego tu, przypadkiem brakło.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Ty też opowiadaj! Publikuj i zarządzaj tekstami. Przeczytaj przewodnik i prezentuj się, rozwijaj dzięki uwagom czytelników. Zostań bajarzem.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi