Znicze
1 głos
| Spis treści utworu |
|---|
| Znicze |
| Strona 2 |
| Strona 3 |
Nad kołyską wyrósł nagle jakiś cień. Pochylił się, jakby obserwując
dziecko – a po chwili wyparował. Po prostu rozpłynął się w powietrzu.
Dziewczynka zasnęła, uspokojona.
Jeszcze przed wschodem słońca, koguta wyrwał ze snu straszliwy,
rozdzierający krzyk. Ludzie wyglądali z domów i wychodzili na drogę,
żeby – zwyczajem wszystkich ludzi świata – wspólnie deliberować nad
czymś, o czym nie mieli pojęcia.
Matka Wozgrzy leżała przy kołysce.
Spódnicę miała uwalaną w popiele, a po policzkach płynęły jej
nieprzerwanym strumieniem łzy. Mąż kobiety stał przy piecu i usiłował
zebrać myśli.
— Niemożliwe. To wiatr – oznajmił w
końcu z całym zdecydowaniem, na jakie było go stać.
— Sam jesteś wiatr! – wrzasnęła matka,
podnosząc do mężczyzny szare od popiołu pięści, po czym znów zaniosła
się szlochem. – Moje dziecko! Zgubione! Na bogów, a prosiłam,
powtarzałam, żebyś sprawdził wszystkie wejścia!
— Sprawdziłem, uspokój się. Nic się nie
stało – oponował bez przekonania ojciec, aż wreszcie machnął na wszystko
ręką, podszedł do kołyski i wyjął z niego słodko śmiejącą się
dziewczynkę. – Jaki tam z ciebie dwudusznik, moje maleństwo… –
wyszeptał do dziecka, bujając je na rękach. – To tylko wiatr, przecież
nie będziemy aż tak przesądni. Żadne Zdusze nie byłyby na tyle głupie,
żeby wejść w moją małą. Tatuś od razu by przepędził, o tak!
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi i do środka wszedł, nie
czekając na zaproszenie, zdyszany, szczupły młodzieniec cuchnący potem
i końmi.
— Psze pana, psze pana! Kołbiowie dali
odpowiedź!
Matka poderwała się z podłogi i przypadła
do gościa. Zaczęła szarpać go gwałtownie za ramiona i domagać się
wyjaśnień. Chłopiec z trudem wyrwał się oszalałej kobiecie, stanął w
bezpiecznej odległości za stołem i powiedział:
— Czerwony świt to znak, że zeszłej nocy
zstąpiły Znicze. Ale wedle wszelakich znaków, żaden z nich nie opuścił
stanowiska. Kołbiowie ustalili więc, że to sam Miłorod znalazł drogę.
W tym momencie młody człowiek musiał
przerwać, bo matka znów zaskowyczała obłąkańczo, łapiąc się za głowę
i padając na kolana.
— Są pewni – – zapytał grobowym tonem
ojciec Wozgrzy.
— Na tyle, na ile w ogóle mogą być pewni.
Twierdzą, że Miłorod zstąpił, żeby odzyskać to, co utracił w młodości.
Powiedzieli też, że jeśli tamtej nocy narodziło się jakieś dziecko,
należy je… – w tym momencie chłopiec zawiesił głos i spojrzał w
milczeniu na kołyskę, a potem powiódł wzrokiem po rodzicach
dziewczynki. – Czy ona urodziła się…? – zaczął niepewnie, ale
mężczyzna mu przerwał:
— Wyjdź.
— Ale psze pana, tak nie można! Musimy
ją… No psze pana!
— Wyjdź i ani słowa komukolwiek! –
ryknął ojciec, zasłaniając dłońmi uszy Wozgrzy.
W kilka dni później na coraz bardziej czerwieniejącym niebie dało się
zobaczyć dziewięć rozpalonych punktów z ognistymi ogonami, zbliżających
się do ziemi. Niebawem znikły gdzieś na linii lasu.
Tego było za wiele – kilku mężczyzn
złapało na podwórku chłopca, którego wysłali do kapłanów, i wycisnęło
z niego odpowiedzi. Kiedy tylko po wsi rozeszła się wiadomość, że Wozgrza
jest dzieckiem narodzonym podczas równonocy wiosennej, natychmiast zaczęły
się wędrówki do domu rodziców dziewczynki. Minuta po minucie, godzina po
godzinie ignorowali oni nieustające łomotanie w drzwi i konspiracyjne
skrobanie w okna. Matka nie przestawała płakać, miotając się po sypialni, a
ojciec chodził w tę i z powrotem po dziennym pokoju, kołysząc w ramionach
małą. Dziadek zamknął się w sobie i bujał się w fotelu na biegunach,
mamrocząc tylko od czasu do czasu coś, co brzmiało jak ?niedobra wróżba,
mówiłem – i ?głupi, głupi, głupi?. Tylko kilkuletni syn niczego nie
rozumiał i siedział u stóp dziadka, bawiąc się kawałkiem patyka
i kilkoma kamieniami, bojąc się o cokolwiek zapytać. Zaś sama Wozgrza
najczęściej spała i wydawało się, że w całej wsi to ona jest
najspokojniejsza.
– Wojtek, wydój kozę. Potrzebujemy mleka dla małej, a mama nie czuje
się najlepiej – powiedział do syna mężczyzna, kładąc ostrożnie
dziewczynkę w kołysce i siadając z ciężkim westchnieniem przy stole.
Chłopiec wziął wiadro i bez słowa pobiegł
do niewielkiej obórki, gdzie dwie kozy, nie zważając na otaczający je chaos,
przeżuwały zwiędniętą trawę. Jednak dziecko przystanęło zdziwione
i upuściło blaszane wiadro na ziemię.
Odkąd Wojtek pamiętał, jego rodzina miała
zawsze jedną kozę. Białą, posłuszną, z nieco kaprawym spojrzeniem.
Tymczasem obok niej stał rosły, szary kozioł. Podniósł wzrok na chłopca
i przemówił meczącym głosem:
— Znowu nie-esie-esz coś dla małe-ej,
co?
— No… Mleko.
— Czy ty się-ę je-eszcze-e w ogóle-e
liczysz w te-e-j rodzinie-e?
— Jak to – – chłopiec zastygł w
skłonie, z rękami wyciągniętymi do leżącego wiadra.
— Wozgrza to, Wozgrza tamto. A ty? –
Kozioł przekrzywił łeb i splunął trawą. – Nie-e je-est łatwo mie-eć
siostrę-ę, dookoła które-ej wszyscy bie-egają.
— Wcale nie wszyscy biegają.
— Kie-edy ostatnio bawiłe-eś się
z Kacpre-em i Matiuszą?
— Skąd wiesz? – Wojtek wyprostował się
i wytrzeszczył szeroko oczy.
— Trze-eba pilnować Wozgrzy. A obie-ecali
ci, że-e bę-ędzie-esz mógł się-ę bawić z Kacpre-em i Matiuszą.
Obie-ecali! – Kozioł groźnie przeorał kopytem ziemię i potrząsnął
łbem.
Nagle z domu rozległ się krzyk i chłopiec
odwrócił się w stronę drzwi:
— Wojtek, co tak długo?! Mała musi
zjeść!
Dziecko chwyciło wiadro i zwróciło się na
powrót do kozła – ale już go tam nie było. Stara koza spokojnie
przeżuwała swoją trawę.
Matka położyła się wreszcie do łóżka i zamknęła zmęczone,
podkrążone oczy. Jej piersią wstrząsał od czasu do czasu nerwowy szloch,
ale kobieta była już zbyt wyczerpana, żeby dłużej lamentować.
Właśnie zasypiała, kiedy poczuła mocny
zapach bzu. Podniosła się z pościeli i rozejrzała się po pokoju, po czym
skierowała wzrok za okno – na wietrze kołysał się spokojnie czarny bez
i szumiał drobnymi listkami. Matka Wozgrzy podeszła do parapetu wyciągając
dłoń w stronę rośliny, której – mogła przysięgać na wszystkie
świętości – przed chwilą wcale tu nie było.
— Chce ci ją odebrać, a ciebie wpędzić w
sszszaleńsztwo! – zaszumiało coś nagle między gałązkami.
Kobieta cofnęła rękę.
— Co – – spytała zaskoczona.
— Odbierze ci ją. Wpędzi cię w
sszszaleńsztwo.
— Kto mówi – Kto odbierze?!
— Ty dobrze wiesszsz…
W tym momencie wyczerpanie dało o sobie znać
i matka dziewczynki straciła przytomność, bezwładnie opadając na
podłogę.
Następnego dnia z samego rana rozległ się trzask gwałtownie otwieranych
drzwi i kobieta stanęła w pokoju dziennym. Bez słowa podeszła do kołyski
i chciała wyjąć z niej córkę, ale wśród kołderek znalazła tylko
trochę piasku. Omiotła spojrzeniem pomieszczenie: dziadek spał w swoim
fotelu. U jego stóp drzemał Wojtek. Ogień huczał cichutko w piecu.
Rozwścieczona kobieta wielkimi krokami przebyła pokój i wyszła na
zewnątrz – po raz pierwszy od wielu dni.
Poraziło ją słońce. Opędziła się od
wszystkich sąsiadów, którzy w jednej chwili do niej przypadli i zaczęli
szarpać za rękawy i skraje spódnicy, po czym pędem puściła się w stronę
lasu, wołając wniebogłosy:
— Bydlaku, dopadnę cię! Oddaj mi moje
dziecko!
Słysząc krzyki, ojciec wraz z Wozgrzą w ramionach wychylił się
z obory. Dostrzegł oddalającą się sylwetkę żony, krzyczącej
niezrozumiałe groźby najwyraźniej pod jego adresem. Dokończył dojenie kozy
i wrócił do chaty.
Tam z kolei od razu został zaatakowany przez
syna, który – ciągnąc ojca za nogawki – zaczął jęczeć:
— Tato, chcę wyjść!
— Już o tym rozmawialiśmy…
— Obiecaliście, że będę mógł
wychodzić! Chcę się pobawić!
— Skarbie, sam widzisz, że sytuacja…
— Ciągle tylko Wozgrza i Wozgrza! O mnie
już nikt nie pamięta! Chcę iść na spacer do lasu, chcę się bawić
z Kacprem i Matiuszą! Chcę nad rzekę! – Wojtek coraz bardziej podnosił
głos.
— Wojtek, twoja siostra…
— Mam dość mojej siostry! Nienawidzę mojej
głupiej siostry! Po co w ogóle wam ona?! – uniesiony złością
i rozgoryczeniem chłopiec kopnął krzesło i wybiegł z domu.
Ojciec położył małą w kołysce i westchnął.
— Tato, też chcesz mi nawrzucać
i pogalopować do lasu – – spytał z gorzkim uśmiechem, podnosząc
wzrok na starca drzemiącego w bujanym fotelu.
— Głupi, głupi, głupi – wymamrotał
nieoczekiwanie dziadek i zamilkł. Najwyraźniej jednak nie zdradzał ochoty do
eskapad na zewnątrz, co było zresztą dość rozsądne biorąc pod uwagę
fakt, że przed domem wciąż czekał rozentuzjazmowany tłum bliższych
i dalszych sąsiadów, jak również całkiem obcych ludzi, którzy zauważyli,
że coś się dzieje, więc dołączyli z czystej ciekawość. Przebijanie się
przez tę ciżbę było dobre dla młodych, ale nie dla poważnych, starszych
osób.
Mężczyzna zaczął podgrzewać w niewielkim
rondelku mleko, gdy tymczasem staruszek zwlókł się ze swojego miejsca
i podszedł do kołyski, gdzie leżała Wozgrza.
Komentarze 1 z 1
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.



Bartosz Kowa
20 Listopad 2009, 04:41
No! Redakturka opowiada. Czekałem tego. Dużo bym nawytykał, ale jak już kiedyś redakturka pisała, komentarz czytelni ma strasznie ograniczoną długość.
Zacznę jedno: Potwierdza się iż pierwsze zdanie, gdy opisowe, kasuje zainteresowanie fabułą, chyba, że jest go ze trzy słowa najwyżej. Lepiej zaczynać akcją, lub zapowiedzią co będzie, działo się. Albo już stoi dotąd, że powoduje dalsze. To wniosek naukowy, który naprawdę warto praktykować za amerykańskimi filmowcami. A dalej opisy kwiatków plecione w fabułę. Tak lepiej toczyć przed okiem dzisiejszej wyobraźni. Chyba że opis niebagatelny, czego tu, przypadkiem brakło.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu