Znicze
1 głos
| Spis treści utworu |
|---|
| Znicze |
| Strona 2 |
| Strona 3 |
Pierwszą rzeczą, jaką można było zauważyć, był nieprzenikniony wyraz twarzy dziecka.
Umysłowość niemowląt z zasady nie jest na tyle rozwinięta, żeby od
chwili urodzenia pojmowały takie aspekty kontaktów międzyludzkich jak blef,
sarkazm czy dochowywanie sekretów. Umysłowość niemowlęcia raczej do
skomplikowanych nie należy: emocje targające dzieckiem widać i słychać
nawet wtedy, kiedy nie ma się na to najmniejszej ochoty. Maleństwo albo kwili
radośnie, albo drze się z niepojętą dla normalnego człowieka mocą. Kiedy
nie robi ani jednego, ani drugiego – najprawdopodobniej jest chwilowo
zaskoczone i dopiero za chwilę przejdzie do którejś z normalnych opcji,
albo ewentualnie śpi.
Wozgrza tymczasem nie wykonywała żadnej
z tych czynności. Wyglądała, jakby spokojnie czekała na rozwój wypadków,
jednocześnie nie chcąc zdradzać swojego do nich stosunku. Z umiarkowanym
zainteresowaniem wodziła matowym wzrokiem za postaciami w pokoju, bezwiednie
splatając i rozplatając palce dłoni. Co jakiś czas zdarzało jej się nawet
usiąść, ale szybko kładła się, jeśli tylko napotkała czyjś wzrok, jakby
nie chcąc zdradzić się z tym, że potrafi robić coś, czego absolutnie
umieć nie powinna.
Dziadek chwycił ze stołu kuchenny nóż i wrócił do kołyski. W tym
właśnie momencie do pokoju wszedł ojciec dziewczynki.
— Tato, oszalałeś?! – ryknął
potężnym głosem, rzucił w kąt rondel z ciepłym mlekiem, szarpnął
staruszka za ramię i wyrwał mu narzędzie. – Co ty robisz?! – wołał
nadal, wyjmując z łóżeczka Wozgrzę i przytulając ją do piersi. – Pod
moim dachem! I tak mi się odwdzięczasz! Wynoś się, stary wariacie, ale to
już! Zejdź mi z oczu! – Wciąż obejmując córkę, mężczyzna kopniakami
zaczął wypędzać zgarbionego starca. Dziadek nawet się specjalnie nie
opierał. Zdjął z haka stary, sfatygowany, lniany płaszcz i opuścił
domostwo.
Następnej nocy ojciec dziewczynki miał się przekonać, jak wielkim błędem było tak radykalne zwrócenie się przeciwko staremu człowiekowi: ucichło łomotanie do drzwi i przyjazne nawoływania. Na kilka godzin zapadła straszliwa, przygnębiająca cisza. Tym gorsza dla mężczyzny, że po raz pierwszy został w chacie zupełnie sam na sam z Wozgrzą. Powoli zaczął sobie zdawać sprawę z tego, że w nikim nie ma już oparcia. Leżał więc na wznak w pościeli, ze wzrokiem wbitym w sufit i od czasu do czasu wzdychał ciężko. W kołysce, którą przeniósł obok łóżka, leżała dziewczynka – i również nie spała. Ojciec w ogóle już nie pamiętał, kiedy mała ostatnio zmrużyła chociaż na parę godzin oczy. Wyglądała, jakby było jej wszystko jedno.
Po tych paru bezsennych godzinach za oknami rozległy się szepty
i przyciszone nawoływania. W następnej chwili nastąpił syk, a wnętrze domu
napełniło się gęstym, gryzącym dymem.
Mężczyzna poderwał się z łóżka
i otworzył okno. Do środka wdarło się jeszcze więcej kłębów
i wystrzeliły języki ognia, które natychmiast strawiły firanki i zaczęły
pląsać po drewnianych ścianach sypialni.
Ojciec dziewczynki chwycił córkę i wybiegł
do pokoju dziennego. Tam płomienie szalały już w najlepsze, tańczyły na
meblach i pożerały obrazy. Fotel na biegunach ze skrzypieniem kiwał się w
gorących tchnieniach powietrza. Farba na suficie łuszczyła się i opadała
z sykiem na rozpaloną podłogę. Mężczyzna przycisnął do piersi
twarzyczkę Wozgrzy i kilkoma susami przypadł do drzwi. Szarpnął za
rozgrzaną, mosiężną klamkę, po czym wyskoczył na dwór, zostawiając na
niej część skóry z własnej dłoni.
— Czyście wszyscy poszaleli, mordercy?! –
zawołał, widząc niewielki tłumek z pochodniami.
— Sprowadzisz na nas nieszczęście! Oddaj
dziecko i odejdź stąd cały i zdrowy – odezwał się ktoś
z wieśniaków.
— Dzieciak jest przeklęty, wiemy
o wszystkim! Nie uciekniesz od wyroku! – dodał ktoś inny, potrząsając
groźnie żagwią.
— Głupi zbrodniarze! – wycharczał w
odpowiedzi ojciec dziewczynki. – Po moim trupie! – zawołał i rzucił
się biegiem w stronę lasu, klucząc między domami i sadami.
Znalazł się na łące, na której niegdyś odpoczywał dziadek
z chłopcem. On również postanowił chwilkę odsapnąć. Pogoń miotała się
teraz po lesie, a jemu brakowało już tchu. Poza tym zdał sobie sprawę
z tego, że od dłuższego czasu biegł z twarzą dziecka wtuloną w jego
potężny tors i obawiał się, żeby Wozgrza nie miała duszności.
Odchylił główkę córki i spojrzał jej w
oczy.
W następnej chwili wielka rozpacz targnęła
ciałem mężczyzny. Zaskowyczał nieludzko i padł na kolana, wciąż
trzymając bezwładne dziecko w ramionach.
Szklany, nieruchomy wzrok Wozgrzy był wbity w
lśniące na niebie gwiazdy. Małe usta, wykrzywione w bolesnym grymasie,
ujawniały dwa ostre kły. Poparzone rączki zwisały bez życia.
W tej właśnie chwili nad zdruzgotanym ojcem zebrało się dziewięć
sylwetek. Miały po dwie pary skrzydeł pokrytych opalizującymi, twardymi
piórami, dzioby uzbrojone w rzędy ostrych zębisk, oraz krogulcze szpony.
Skrzeczały od czasu do czasu, pochylając się do przodu i przekrzywiając
szpetne łby.
Z grzbietu jednej z poczwar zbiegła mysz
i stanęła przed klęczącym mężczyzną. Zastrzygła wąsikami i utkwiła
spojrzenie w człowieku.
— Niczego nie mogłeś poradzić –
oznajmił gryzoń głosem starej kobiety i potarł pyszczek łapkami.
— Kim jesteś – Dlaczego – Cośmy
zrobili? – zapytał chrapliwym głosem ojciec.
— Jestem Marzana. Wy – Dlaczego zawsze
wszystko musi kręcić się dookoła was – Niczego nie zrobiliście. Po
prostu mieliście pecha, to wszystko – wyjaśniła usłużnie mysz.
— Pecha?! Nazywasz to pechem?! – ryknął
mężczyzna, po czym położył na trawę ciało Wozgrzy, która coraz mniej
przypominała dziewczynkę, a coraz bardziej małe diablątko.
— Mogliście od razu się jej pozbyć.
Dostaliście odpowiedź od kapłanów. W tej chwili staralibyście się
o drugą córkę. Normalną. Z jedną duszą.
— Zamknąłem wejścia. Jak to się
stało – Dlaczego? – w człowieku stopniał gniew, a zamiast tego
pojawiła się rezygnacja.
— To nie był zwykły Zdusz. Sam Miłorod
zstąpił, ale przecież powiedzieliśmy wam to. Nie było rady. Musieliśmy
wyrwać go z jego nowego gniazda. Miłorod zostanie zapomniany na wieki.
— Ale jak to się stało – Starałem się
jak mogłem…
— Dobrze chroniłeś córkę. Sami Plątowie
musieli interweniować, żeby jakkolwiek cię osłabić i móc przypuścić
atak.
— Mogliście się bardziej pospieszyć –
mruknął mężczyzna.
— Nie możesz nas oskarżać. Wiesz dobrze,
że w czasie Nowego Roku Znicze odpoczywają i nie rozwożą dusz. To nie nasza
wina.
Jakby na potwierdzenie tych słów, dziewięć
monstrów załopotało osiemnastoma parami skrzydeł i pokiwało łbami.
W ciszy, jaka zapadła, rozległ się grzmiący, potężny głos dochodzący
ze wszystkich stron jednocześnie, przesiąknięty na wskroś ogromnym
smutkiem:
— Plugawcze! Wyrodny Miłorodzie! Jam ciebie
i twoich braci zrodziła wijąc się w śmiertelnych bólach, kiedyście
tryskali ze mnie obiema stronami! Jam ocaliła was przed słusznym gniewem Ojca,
kiedyście chcieli go zgładzić! To ja zostałam zepchnięta w Pierwnicę,
żebyście wy mogli cieszyć się istnieniem! To wreszcie ty, Miłorodzie,
który zasługujesz na najgorsze męki, mogłeś dzięki mnie nadal żyć, choć
w tysiącach tysięcy świetlnych punktów! I tak mi się odwdzięczasz?!
Sczeźnij, Miłorodzie, i niech nawet bogowie zapomną, że kiedykolwiek cię
urodziłam!
Ojciec Wozgrzy własnoręcznie ułożył stos i umieścił na nim małe
ciałko, w którym tliła się dusza upadłego Znicza. Niebawem płomienie
ogarnęły martwą dziewczynkę i z trzaskiem palonych włosów zamieniły ją
w popiół. Wtedy zbliżył się szary kozioł z wiadrem w zębach i trącił
rogiem mężczyznę.
— Nie mamy urny. To musi wystarczyć. Wbij w
ziemię pal i zawieś na jego szczycie prochy. Zniczom będzie łatwiej
złapać – wyjaśniła usłużnie mysz, po czym wdrapała się z powrotem na
grzbiet jednej z poczwar.
Tak też człowiek zrobił: po chwili
dziewięć monstrów z ciężkim łopotem skrzydeł uniosło się w powietrze
i zatoczyło łuk. Jeden z potworów chwycił w szpony wiadro z popiołami, a
po chwili wszystkie istoty znikły na niebie.
Mężczyzna jeszcze chwilę stał na polanie, po czym powolnym krokiem powlókł się w głąb lasu.
K O N I E C
.Komentarze 1 z 1
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.



Bartosz Kowa
20 Listopad 2009, 04:41
No! Redakturka opowiada. Czekałem tego. Dużo bym nawytykał, ale jak już kiedyś redakturka pisała, komentarz czytelni ma strasznie ograniczoną długość.
Zacznę jedno: Potwierdza się iż pierwsze zdanie, gdy opisowe, kasuje zainteresowanie fabułą, chyba, że jest go ze trzy słowa najwyżej. Lepiej zaczynać akcją, lub zapowiedzią co będzie, działo się. Albo już stoi dotąd, że powoduje dalsze. To wniosek naukowy, który naprawdę warto praktykować za amerykańskimi filmowcami. A dalej opisy kwiatków plecione w fabułę. Tak lepiej toczyć przed okiem dzisiejszej wyobraźni. Chyba że opis niebagatelny, czego tu, przypadkiem brakło.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu