Znicze

Anna Wołosiak publikacja 19 Listopad 2009, 21:03 Poprawki 20 Listopad 2009, 02:17 Gatunek Mity, prasłowiańskie Czytano 4581 razy
1 głos
Spis treści utworu
Znicze
Strona 2
Strona 3

Pierwszą rzeczą, jaką można było zauważyć, był nieprzenikniony wyraz twarzy dziecka.

Umysłowość niemowląt z zasady nie jest na tyle rozwinięta, żeby od chwili urodzenia pojmowały takie aspekty kontaktów międzyludzkich jak blef, sarkazm czy dochowywanie sekretów. Umysłowość niemowlęcia raczej do skomplikowanych nie należy: emocje targające dzieckiem widać i słychać nawet wtedy, kiedy nie ma się na to najmniejszej ochoty. Maleństwo albo kwili radośnie, albo drze się z niepojętą dla normalnego człowieka mocą. Kiedy nie robi ani jednego, ani drugiego – najprawdopodobniej jest chwilowo zaskoczone i dopiero za chwilę przejdzie do którejś z normalnych opcji, albo ewentualnie śpi.
Wozgrza tymczasem nie wykonywała żadnej z tych czynności. Wyglądała, jakby spokojnie czekała na rozwój wypadków, jednocześnie nie chcąc zdradzać swojego do nich stosunku. Z umiarkowanym zainteresowaniem wodziła matowym wzrokiem za postaciami w pokoju, bezwiednie splatając i rozplatając palce dłoni. Co jakiś czas zdarzało jej się nawet usiąść, ale szybko kładła się, jeśli tylko napotkała czyjś wzrok, jakby nie chcąc zdradzić się z tym, że potrafi robić coś, czego absolutnie umieć nie powinna.

Dziadek chwycił ze stołu kuchenny nóż i wrócił do kołyski. W tym właśnie momencie do pokoju wszedł ojciec dziewczynki.
— Tato, oszalałeś?! – ryknął potężnym głosem, rzucił w kąt rondel z ciepłym mlekiem, szarpnął staruszka za ramię i wyrwał mu narzędzie. – Co ty robisz?! – wołał nadal, wyjmując z łóżeczka Wozgrzę i przytulając ją do piersi. – Pod moim dachem! I tak mi się odwdzięczasz! Wynoś się, stary wariacie, ale to już! Zejdź mi z oczu! – Wciąż obejmując córkę, mężczyzna kopniakami zaczął wypędzać zgarbionego starca. Dziadek nawet się specjalnie nie opierał. Zdjął z haka stary, sfatygowany, lniany płaszcz i opuścił domostwo.

Następnej nocy ojciec dziewczynki miał się przekonać, jak wielkim błędem było tak radykalne zwrócenie się przeciwko staremu człowiekowi: ucichło łomotanie do drzwi i przyjazne nawoływania. Na kilka godzin zapadła straszliwa, przygnębiająca cisza. Tym gorsza dla mężczyzny, że po raz pierwszy został w chacie zupełnie sam na sam z Wozgrzą. Powoli zaczął sobie zdawać sprawę z tego, że w nikim nie ma już oparcia. Leżał więc na wznak w pościeli, ze wzrokiem wbitym w sufit i od czasu do czasu wzdychał ciężko. W kołysce, którą przeniósł obok łóżka, leżała dziewczynka – i również nie spała. Ojciec w ogóle już nie pamiętał, kiedy mała ostatnio zmrużyła chociaż na parę godzin oczy. Wyglądała, jakby było jej wszystko jedno.

Po tych paru bezsennych godzinach za oknami rozległy się szepty i przyciszone nawoływania. W następnej chwili nastąpił syk, a wnętrze domu napełniło się gęstym, gryzącym dymem.
Mężczyzna poderwał się z łóżka i otworzył okno. Do środka wdarło się jeszcze więcej kłębów i wystrzeliły języki ognia, które natychmiast strawiły firanki i zaczęły pląsać po drewnianych ścianach sypialni.
Ojciec dziewczynki chwycił córkę i wybiegł do pokoju dziennego. Tam płomienie szalały już w najlepsze, tańczyły na meblach i pożerały obrazy. Fotel na biegunach ze skrzypieniem kiwał się w gorących tchnieniach powietrza. Farba na suficie łuszczyła się i opadała z sykiem na rozpaloną podłogę. Mężczyzna przycisnął do piersi twarzyczkę Wozgrzy i kilkoma susami przypadł do drzwi. Szarpnął za rozgrzaną, mosiężną klamkę, po czym wyskoczył na dwór, zostawiając na niej część skóry z własnej dłoni.
— Czyście wszyscy poszaleli, mordercy?! – zawołał, widząc niewielki tłumek z pochodniami.
— Sprowadzisz na nas nieszczęście! Oddaj dziecko i odejdź stąd cały i zdrowy – odezwał się ktoś z wieśniaków.
— Dzieciak jest przeklęty, wiemy o wszystkim! Nie uciekniesz od wyroku! – dodał ktoś inny, potrząsając groźnie żagwią.
— Głupi zbrodniarze! – wycharczał w odpowiedzi ojciec dziewczynki. – Po moim trupie! – zawołał i rzucił się biegiem w stronę lasu, klucząc między domami i sadami.

Znalazł się na łące, na której niegdyś odpoczywał dziadek z chłopcem. On również postanowił chwilkę odsapnąć. Pogoń miotała się teraz po lesie, a jemu brakowało już tchu. Poza tym zdał sobie sprawę z tego, że od dłuższego czasu biegł z twarzą dziecka wtuloną w jego potężny tors i obawiał się, żeby Wozgrza nie miała duszności.
Odchylił główkę córki i spojrzał jej w oczy.
W następnej chwili wielka rozpacz targnęła ciałem mężczyzny. Zaskowyczał nieludzko i padł na kolana, wciąż trzymając bezwładne dziecko w ramionach.
Szklany, nieruchomy wzrok Wozgrzy był wbity w lśniące na niebie gwiazdy. Małe usta, wykrzywione w bolesnym grymasie, ujawniały dwa ostre kły. Poparzone rączki zwisały bez życia.

W tej właśnie chwili nad zdruzgotanym ojcem zebrało się dziewięć sylwetek. Miały po dwie pary skrzydeł pokrytych opalizującymi, twardymi piórami, dzioby uzbrojone w rzędy ostrych zębisk, oraz krogulcze szpony. Skrzeczały od czasu do czasu, pochylając się do przodu i przekrzywiając szpetne łby.
Z grzbietu jednej z poczwar zbiegła mysz i stanęła przed klęczącym mężczyzną. Zastrzygła wąsikami i utkwiła spojrzenie w człowieku.
— Niczego nie mogłeś poradzić – oznajmił gryzoń głosem starej kobiety i potarł pyszczek łapkami.
— Kim jesteś – Dlaczego – Cośmy zrobili? – zapytał chrapliwym głosem ojciec.
— Jestem Marzana. Wy – Dlaczego zawsze wszystko musi kręcić się dookoła was – Niczego nie zrobiliście. Po prostu mieliście pecha, to wszystko – wyjaśniła usłużnie mysz.
— Pecha?! Nazywasz to pechem?! – ryknął mężczyzna, po czym położył na trawę ciało Wozgrzy, która coraz mniej przypominała dziewczynkę, a coraz bardziej małe diablątko.
— Mogliście od razu się jej pozbyć. Dostaliście odpowiedź od kapłanów. W tej chwili staralibyście się o drugą córkę. Normalną. Z jedną duszą.
— Zamknąłem wejścia. Jak to się stało – Dlaczego? – w człowieku stopniał gniew, a zamiast tego pojawiła się rezygnacja.
— To nie był zwykły Zdusz. Sam Miłorod zstąpił, ale przecież powiedzieliśmy wam to. Nie było rady. Musieliśmy wyrwać go z jego nowego gniazda. Miłorod zostanie zapomniany na wieki.
— Ale jak to się stało – Starałem się jak mogłem…
— Dobrze chroniłeś córkę. Sami Plątowie musieli interweniować, żeby jakkolwiek cię osłabić i móc przypuścić atak.
— Mogliście się bardziej pospieszyć – mruknął mężczyzna.
— Nie możesz nas oskarżać. Wiesz dobrze, że w czasie Nowego Roku Znicze odpoczywają i nie rozwożą dusz. To nie nasza wina.
Jakby na potwierdzenie tych słów, dziewięć monstrów załopotało osiemnastoma parami skrzydeł i pokiwało łbami.

W ciszy, jaka zapadła, rozległ się grzmiący, potężny głos dochodzący ze wszystkich stron jednocześnie, przesiąknięty na wskroś ogromnym smutkiem:
— Plugawcze! Wyrodny Miłorodzie! Jam ciebie i twoich braci zrodziła wijąc się w śmiertelnych bólach, kiedyście tryskali ze mnie obiema stronami! Jam ocaliła was przed słusznym gniewem Ojca, kiedyście chcieli go zgładzić! To ja zostałam zepchnięta w Pierwnicę, żebyście wy mogli cieszyć się istnieniem! To wreszcie ty, Miłorodzie, który zasługujesz na najgorsze męki, mogłeś dzięki mnie nadal żyć, choć w tysiącach tysięcy świetlnych punktów! I tak mi się odwdzięczasz?! Sczeźnij, Miłorodzie, i niech nawet bogowie zapomną, że kiedykolwiek cię urodziłam!

Ojciec Wozgrzy własnoręcznie ułożył stos i umieścił na nim małe ciałko, w którym tliła się dusza upadłego Znicza. Niebawem płomienie ogarnęły martwą dziewczynkę i z trzaskiem palonych włosów zamieniły ją w popiół. Wtedy zbliżył się szary kozioł z wiadrem w zębach i trącił rogiem mężczyznę.
— Nie mamy urny. To musi wystarczyć. Wbij w ziemię pal i zawieś na jego szczycie prochy. Zniczom będzie łatwiej złapać – wyjaśniła usłużnie mysz, po czym wdrapała się z powrotem na grzbiet jednej z poczwar.
Tak też człowiek zrobił: po chwili dziewięć monstrów z ciężkim łopotem skrzydeł uniosło się w powietrze i zatoczyło łuk. Jeden z potworów chwycił w szpony wiadro z popiołami, a po chwili wszystkie istoty znikły na niebie.

Mężczyzna jeszcze chwilę stał na polanie, po czym powolnym krokiem powlókł się w głąb lasu.

K O N I E C

.

Komentarze 1 z 1 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Bartosz Kowa
20 Listopad 2009, 04:41

No! Redakturka opowiada. Czekałem tego. Dużo bym nawytykał, ale jak już kiedyś redakturka pisała, komentarz czytelni ma strasznie ograniczoną długość. ;) 
Zacznę jedno: Potwierdza się iż pierwsze zdanie, gdy opisowe, kasuje zainteresowanie fabułą, chyba, że jest go ze trzy słowa najwyżej. Lepiej zaczynać akcją, lub zapowiedzią co będzie, działo się. Albo już stoi dotąd, że powoduje dalsze. To wniosek naukowy, który naprawdę warto praktykować za amerykańskimi filmowcami. A dalej opisy kwiatków plecione w fabułę. Tak lepiej toczyć przed okiem dzisiejszej wyobraźni. Chyba że opis niebagatelny, czego tu, przypadkiem brakło.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Ty też opowiadaj! Publikuj i zarządzaj tekstami. Przeczytaj przewodnik i prezentuj się, rozwijaj dzięki uwagom czytelników. Zostań bajarzem.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi