Niebezpieczna rusałka
1 głos
| Spis treści utworu |
|---|
| Niebezpieczna rusałka |
| Strona 2 |
| Strona 3 |
| Strona 4 |
| Strona 5 |
Paweł szedł przez las. Pękał z dumy, bo ciotka Klementyna powierzyła mu zrobienie zakupów, chociaż miał dopiero sześć lat. Ciotka była kuzynką jego matki i mieszkała w domku pod lasem. Matka, zapracowana lekarka prywatnej kliniki, co roku wysyłała go do niej na miesiąc wakacji, potem jechał do ojca do Francji, aż w końcu leciał z matką i jej aktualnym narzeczonym na dwa tygodnie do jakiegoś egzotycznego kraju. Rodzice rozstali się, gdy miał pół roku, więc fakt, że widywał ojca średnio dwa razy w roku nie wydawał mu się dziwny.
Najbardziej lubił pobyt u ciotki Klementyny, która nie miała własnych
dzieci i sama prowadziła swoje gospodarstwo. U niej każdy dzień był
świętem i wszystko nabierało sensu. Pamiętaj, Pawełku, mawiała ciotka,
że nie ma rzeczy nieważnych, inaczej nie trzeba by ich było robić. Dlatego
teraz był taki dumny, że wysłała go samego do sklepu odległego o dobre
trzy kilometry i to idąc na skróty! Teraz maszerował raźnie skrajem lasu
z siatką i pieniędzmi w kieszeni. Co chwila zerkał ciekawie w lewo, gdzie
za płytkim rowem rosła gęsto poszyta dąbrowa. Ciotka już dawno zabroniła
mu wchodzić do tej części lasu, bo znajdowało się tam bagno, w którym
utonęło wiele osób. Z miejscowych rzadko kto się tam zapuszczał. Paweł
dojrzał ze swej ścieżki skrawek spokojnej toni, w której odbijał się
błękit nieba. Leżała tam kłoda dawno powalonego drzewa, częściowo
zanurzona w wodzie. Paweł poczuł nieprzepartą ochotę, by na niej usiąść
i odpocząć, zanurzając ręce w chłodnej wodzie. Ależ upał! Wiedział
jednak, że ciotka byłaby niezadowolona. Mężnie zwalczył pokusę i poszedł
dalej. Po jakichś stu metrach zdziwił się, co go przed chwilą naszło. Na
dworze było ciepło, ale wcale nie gorąco. Miły wietrzyk chłodził twarz,
słowem – wymarzona pogoda! Pokręcił głową i spojrzał na zegarek,
który dostał w tym roku na gwiazdkę. Zdumiał się, że upłynęły już dwie
godziny, odkąd wyruszył, a przecież był dopiero w połowie drogi!
Przyspieszył kroku i już wkrótce w oddali ukazała mu się wieża
kościółka i pierwsze dachy domów. Zakupy zrobił szybko, chwilkę
pogawędził z ekspedientką, potem z kowalem Bystroniem, którego bardzo
lubił. Zajrzał też na plebanię, by przekazać gospodyni księdza
Jankowskiego buteleczkę z syropem własnej roboty na kaszel. Gosposia wzięła
syrop i nawet go nie pytając, postawiła przed nim talerz z ziemniakami,
wielkim kotletem schabowym i miską mizerii. Powiedziała, że wszystko ma
zniknąć z talerza, ale nie miał z tym problemu, bo był głodny jak wilk. W
końcu najedzony podziękował szarmancko gospodyni i ruszył w drogę
powrotną.
Szedł raźnie, wymachując torbą z zakupami.
Ptaki śpiewały, w trawie cykały świerszcze, białe jak śnieg obłoczki
pomykały po lazurowym niebie. Tak doszedł do prześwitu między drzewami w
,,zakazanym'' lesie, za którym widać było kawałek jeziorka, pod którym
kryło się bagno. Przystanął, bo miejsce to było wyjątkowo piękne.
Postanowił chwilkę odpocząć na starym pniu, choć czuł lekkie wyrzuty
sumienia. Pokusa okazała się silniejsza.
Płożył zakupy obok pniaka, a sam
przykucnął nad wodą. Niebo, obłoki i drzewa odbijały się w jej
niezmąconej toni. Dostrzegł małe rybki uwijające się przy kamieniach
i fantazyjnie powykręcanym korzeniu. Pod wodą życie toczyło się równie
bujnie, jak na ziemi. Jego uwagę przykuł mały rozbłysk, gdy słońce
oświetliło coś pod wodą. Patrzył pod różnym kątem, ale nie mógł
dojrzeć, co skrywa się pod zatopionym korzeniem. Opanowała go straszna
ciekawość, podsycana przez wyobraźnię podsuwającą mu widoki dawno
zaginionych skarbów – złotych monet, klejnotów lub wysadzanej nimi broni.
Skąd by się to miało wziąć w leśnym jeziorku, o tym już nie pomyślał.
Położył się płasko na brzegu i jeszcze raz spojrzał w głąb. Wyglądało
na to, że woda nie jest tu głęboka, ale mógł się mylić, bo była bardzo
czysta. To, co wyglądało na oddalone na nie więcej niż pół metra, mogło
się w rzeczywistości znajdować dużo głębiej.
O, znów błysnęło! Paweł nie był pewien,
czy to moneta, czy jakiś medalion. Pomyślał, że gdyby udało mu się go
wyłowić, miałby wspaniały prezent dla ciotki. Rozejrzał się wokół w
poszukiwaniu jakiegoś kija, ale nie było nic prócz trawy i starego pnia.
Wyciągnął więc rękę i w tym momencie coś plusnęło gwałtownie,
opryskując go fontanną wody! Przestraszony cofnął się i ujrzał
kołyszącą się na zmąconej wodzie szyszkę. Spojrzał w górę i zobaczył
wiewiórkę wpatrującą się w niego z pobliskiego drzewa, którego gałęzie
zwisały nad jeziorkiem. Wiewiórka siedziała z przekrzywionym łebkiem
i przyglądała mu się z uwagą. Chłopak uśmiechnął się do niej, a ona
fiknęła kozła i stanęła słupka na grubej gałęzi.
— Ależ mnie przestraszyłaś!
Wiewiórka wyglądała tak, jakby za chwilę
miała mu coś odpowiedzieć, ale oczywiście nic nie usłyszał. Schylił się
więc ponownie i zanurzył dłoń w wodzie. Tym razem posypał się na niego
prawdziwy grad szyszek i łupin. Zezłoszczony Paweł wstał, by przepędzić
żartownisię, ale nie miał szans wdrapać się tak wysoko jak ona.
— Jesteś niegrzeczna! – zawołał do
niej, a ona pokręciła łebkiem, jakby się czemuś dziwiła lub z nim nie
zgadzała. Znów wywinęła kozła i cisnęła w niego szyszką.
— No dobra, zrozumiałem. To jest twój teren
i nie chcesz, żeby ktoś ci się tu plątał. Zgadłem?
Wiewiórka znów pokręciła łebkiem
i zwinnie wdrapała się wyżej. Za chwilę wyjrzała zza masy liści
i Pawłowi dopiero teraz przyszło na myśl, że przecież szyszki nie rosną
na klonie, więc skąd wiewiórka ich tyle wzięła? A w ogóle to zrobiło
się tu jakoś nieprzyjemnie. Może dlatego, że słońce zaszło za chmurę.
Poczuł dziwne uczucie w żołądku. Skronie mu pulsowały i szumiało w
uszach. Całe ciało opanował zupełnie irracjonalny strach, choć przecież
nic się nie stało. Chłopiec aż zmartwiał i nie mógł się ruszyć. Nogi
miał jak z ołowiu, głowa mu ciążyła. Strach rozpełzał się po każdej
tkance, w myślach tłukło mu się tylko jedno słowo: uciekać! Mimo to nadal
stał jak słup soli. Po chwili jego uszu dobiegł z pobliskich krzewów
cichutki szelest. Jakby coś powoli, ale nieubłaganie starało się do niego
zbliżyć. Tak, by go nie przestraszyć. By nie zdążył odejść. Coś
koniecznie chciało zawrzeć z nim znajomość. Coś śliskiego. Dużego.
Śliniącego się. Coś straszliwego.
Kolejna szyszka spadła mu prosto na głowę
i wyrwała z dziwnego transu. Rozejrzał się oszołomiony, ale nic nie
wypełzło z krzaków. Natomiast ze zdumieniem stwierdził, że słońce
chyliło się już ku zachodowi. Ależ zamarudził! Ciotka na pewno już się
o niego niepokoi! Złapał torbę z zakupami i pobiegł do domu. Nie, żeby
się bał, zresztą nie było czego. Szelest mogło spowodować jakieś
zwierzątko, choćby ta wiewiórka. Albo wiatr. Albo upiór, podpowiedziało mu
coś w myślach.
Komentarze 1 z 1
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.



Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:58
Bez fajerwerków Ni mnie ten tekst grzeje ni ziębi. Momentami narracja nieco infantylna, momentami wdzierają się kolokwializmy.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu