Niebezpieczna rusałka

Aneta Ponomarenko Nie mam konta w czytelni, ale mam opowieść. publikacja 16 Październik 2008, 17:20 Poprawki 10 Listopad 2009, 06:38 Gatunek Mity, prasłowiańskie Czytano 8401 razy
1 głos
Spis treści utworu
Niebezpieczna rusałka
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5

Paweł szedł przez las. Pękał z dumy, bo ciotka Klementyna powierzyła mu zrobienie zakupów, chociaż miał dopiero sześć lat. Ciotka była kuzynką jego matki i mieszkała w domku pod lasem. Matka, zapracowana lekarka prywatnej kliniki, co roku wysyłała go do niej na miesiąc wakacji, potem jechał do ojca do Francji, aż w końcu leciał z matką i jej aktualnym narzeczonym na dwa tygodnie do jakiegoś egzotycznego kraju. Rodzice rozstali się, gdy miał pół roku, więc fakt, że widywał ojca średnio dwa razy w roku nie wydawał mu się dziwny.

Najbardziej lubił pobyt u ciotki Klementyny, która nie miała własnych dzieci i sama prowadziła swoje gospodarstwo. U niej każdy dzień był świętem i wszystko nabierało sensu. Pamiętaj, Pawełku, mawiała ciotka, że nie ma rzeczy nieważnych, inaczej nie trzeba by ich było robić. Dlatego teraz był taki dumny, że wysłała go samego do sklepu odległego o dobre trzy kilometry i to idąc na skróty! Teraz maszerował raźnie skrajem lasu z siatką i pieniędzmi w kieszeni. Co chwila zerkał ciekawie w lewo, gdzie za płytkim rowem rosła gęsto poszyta dąbrowa. Ciotka już dawno zabroniła mu wchodzić do tej części lasu, bo znajdowało się tam bagno, w którym utonęło wiele osób. Z miejscowych rzadko kto się tam zapuszczał. Paweł dojrzał ze swej ścieżki skrawek spokojnej toni, w której odbijał się błękit nieba. Leżała tam kłoda dawno powalonego drzewa, częściowo zanurzona w wodzie. Paweł poczuł nieprzepartą ochotę, by na niej usiąść i odpocząć, zanurzając ręce w chłodnej wodzie. Ależ upał! Wiedział jednak, że ciotka byłaby niezadowolona. Mężnie zwalczył pokusę i poszedł dalej. Po jakichś stu metrach zdziwił się, co go przed chwilą naszło. Na dworze było ciepło, ale wcale nie gorąco. Miły wietrzyk chłodził twarz, słowem – wymarzona pogoda! Pokręcił głową i spojrzał na zegarek, który dostał w tym roku na gwiazdkę. Zdumiał się, że upłynęły już dwie godziny, odkąd wyruszył, a przecież był dopiero w połowie drogi! Przyspieszył kroku i już wkrótce w oddali ukazała mu się wieża kościółka i pierwsze dachy domów. Zakupy zrobił szybko, chwilkę pogawędził z ekspedientką, potem z kowalem Bystroniem, którego bardzo lubił. Zajrzał też na plebanię, by przekazać gospodyni księdza Jankowskiego buteleczkę z syropem własnej roboty na kaszel. Gosposia wzięła syrop i nawet go nie pytając, postawiła przed nim talerz z ziemniakami, wielkim kotletem schabowym i miską mizerii. Powiedziała, że wszystko ma zniknąć z talerza, ale nie miał z tym problemu, bo był głodny jak wilk. W końcu najedzony podziękował szarmancko gospodyni i ruszył w drogę powrotną.
Szedł raźnie, wymachując torbą z zakupami. Ptaki śpiewały, w trawie cykały świerszcze, białe jak śnieg obłoczki pomykały po lazurowym niebie. Tak doszedł do prześwitu między drzewami w ,,zakazanym'' lesie, za którym widać było kawałek jeziorka, pod którym kryło się bagno. Przystanął, bo miejsce to było wyjątkowo piękne. Postanowił chwilkę odpocząć na starym pniu, choć czuł lekkie wyrzuty sumienia. Pokusa okazała się silniejsza.
Płożył zakupy obok pniaka, a sam przykucnął nad wodą. Niebo, obłoki i drzewa odbijały się w jej niezmąconej toni. Dostrzegł małe rybki uwijające się przy kamieniach i fantazyjnie powykręcanym korzeniu. Pod wodą życie toczyło się równie bujnie, jak na ziemi. Jego uwagę przykuł mały rozbłysk, gdy słońce oświetliło coś pod wodą. Patrzył pod różnym kątem, ale nie mógł dojrzeć, co skrywa się pod zatopionym korzeniem. Opanowała go straszna ciekawość, podsycana przez wyobraźnię podsuwającą mu widoki dawno zaginionych skarbów – złotych monet, klejnotów lub wysadzanej nimi broni. Skąd by się to miało wziąć w leśnym jeziorku, o tym już nie pomyślał. Położył się płasko na brzegu i jeszcze raz spojrzał w głąb. Wyglądało na to, że woda nie jest tu głęboka, ale mógł się mylić, bo była bardzo czysta. To, co wyglądało na oddalone na nie więcej niż pół metra, mogło się w rzeczywistości znajdować dużo głębiej.
O, znów błysnęło! Paweł nie był pewien, czy to moneta, czy jakiś medalion. Pomyślał, że gdyby udało mu się go wyłowić, miałby wspaniały prezent dla ciotki. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu jakiegoś kija, ale nie było nic prócz trawy i starego pnia. Wyciągnął więc rękę i w tym momencie coś plusnęło gwałtownie, opryskując go fontanną wody! Przestraszony cofnął się i ujrzał kołyszącą się na zmąconej wodzie szyszkę. Spojrzał w górę i zobaczył wiewiórkę wpatrującą się w niego z pobliskiego drzewa, którego gałęzie zwisały nad jeziorkiem. Wiewiórka siedziała z przekrzywionym łebkiem i przyglądała mu się z uwagą. Chłopak uśmiechnął się do niej, a ona fiknęła kozła i stanęła słupka na grubej gałęzi.
— Ależ mnie przestraszyłaś!
Wiewiórka wyglądała tak, jakby za chwilę miała mu coś odpowiedzieć, ale oczywiście nic nie usłyszał. Schylił się więc ponownie i zanurzył dłoń w wodzie. Tym razem posypał się na niego prawdziwy grad szyszek i łupin. Zezłoszczony Paweł wstał, by przepędzić żartownisię, ale nie miał szans wdrapać się tak wysoko jak ona.
— Jesteś niegrzeczna! – zawołał do niej, a ona pokręciła łebkiem, jakby się czemuś dziwiła lub z nim nie zgadzała. Znów wywinęła kozła i cisnęła w niego szyszką.
— No dobra, zrozumiałem. To jest twój teren i nie chcesz, żeby ktoś ci się tu plątał. Zgadłem?
Wiewiórka znów pokręciła łebkiem i zwinnie wdrapała się wyżej. Za chwilę wyjrzała zza masy liści i Pawłowi dopiero teraz przyszło na myśl, że przecież szyszki nie rosną na klonie, więc skąd wiewiórka ich tyle wzięła? A w ogóle to zrobiło się tu jakoś nieprzyjemnie. Może dlatego, że słońce zaszło za chmurę. Poczuł dziwne uczucie w żołądku. Skronie mu pulsowały i szumiało w uszach. Całe ciało opanował zupełnie irracjonalny strach, choć przecież nic się nie stało. Chłopiec aż zmartwiał i nie mógł się ruszyć. Nogi miał jak z ołowiu, głowa mu ciążyła. Strach rozpełzał się po każdej tkance, w myślach tłukło mu się tylko jedno słowo: uciekać! Mimo to nadal stał jak słup soli. Po chwili jego uszu dobiegł z pobliskich krzewów cichutki szelest. Jakby coś powoli, ale nieubłaganie starało się do niego zbliżyć. Tak, by go nie przestraszyć. By nie zdążył odejść. Coś koniecznie chciało zawrzeć z nim znajomość. Coś śliskiego. Dużego. Śliniącego się. Coś straszliwego.
Kolejna szyszka spadła mu prosto na głowę i wyrwała z dziwnego transu. Rozejrzał się oszołomiony, ale nic nie wypełzło z krzaków. Natomiast ze zdumieniem stwierdził, że słońce chyliło się już ku zachodowi. Ależ zamarudził! Ciotka na pewno już się o niego niepokoi! Złapał torbę z zakupami i pobiegł do domu. Nie, żeby się bał, zresztą nie było czego. Szelest mogło spowodować jakieś zwierzątko, choćby ta wiewiórka. Albo wiatr. Albo upiór, podpowiedziało mu coś w myślach.



Komentarze 1 z 1 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:58

Bez fajerwerków Ni mnie ten tekst grzeje ni ziębi. Momentami narracja nieco infantylna, momentami wdzierają się kolokwializmy.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Ty też opowiadaj! Publikuj i zarządzaj tekstami. Przeczytaj przewodnik i prezentuj się, rozwijaj dzięki uwagom czytelników. Zostań bajarzem.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi