Niebezpieczna rusałka
Nie mam konta w czytelni, ale mam opowieść.
publikacja 16 Październik 2008, 17:20 Poprawki 10 Listopad 2009, 06:38
Gatunek Mity, prasłowiańskie
Czytano 6488 razy
1 głos
| Spis treści utworu |
|---|
| Niebezpieczna rusałka |
| Strona 2 |
| Strona 3 |
| Strona 4 |
| Strona 5 |
Część 5 z 5
– Idź z księdzem polać wszystko wodą święconą, a ja przygotuję coś
do jedzenia. – Tak, pospieszmy się chłopcze – powiedział ksiądz –
bo niedługo słońce zajdzie. Noc może być długa. Przy okazji opowiesz mi,
co widziałeś. Paweł posłusznie ruszył za proboszczem, który mimo starszego
wieku sprawiał wrażenie kolosa. Gdyby nie koloratka, Paweł nigdy by nie
odgadł, że jest księdzem, tak potężnie był zbudowany i umięśniony.
Bardziej wyglądał na kowala niż proboszcza. Paweł musiał wysoko zadzierać
głowę, by na niego spojrzeć. Ksiądz, jakby się domyślając, o czym
chłopak myśli, powiedział, mrugając okiem: – Mam tylko metr
dziewięćdziesiąt pięć wzrostu. Do dwóch metrów brakuje całych pięciu
centymetrów. – Ale podeszwy mają chyba ze trzy – wypalił bez namysłu
Paweł i zawstydził się zuchwalstwa. Ksiądz jednak wybuchnął gromkim
śmiechem: – Podobasz mi się, chłopcze! Masz głowę na karku. No i chyba
będziesz dobry z matematyki. A teraz do roboty! Spryskali wodą święconą
cały budynek, także kurnik i szopę. Po chwili namysłu ksiądz pokropił
też własny samochód. – Żeby stwora się tam nie ukryła – wyjaśnił,
widząc pytające spojrzenie chłopca. – Ksiądz mi wierzy? – Dlaczego
nie? Nie ty pierwszy ją widziałeś. – Nie?! – Ano nie. Nie ma co się
wstydzić, każden jeden uciekał, aż się kurzyło. Ja także, nie
przymierzając. Jakbyś, bratku, nie wziął nóg za pas, to byś teraz jak nic
leżał bez głowy na dnie bagna. – Ale czemu nikt o tym nie mówi? Tego
potwora trzeba zabić! – Pewnie – ksiądz obojętnie wzruszył
ramionami – tylko nie wiadomo, jak. Próbowali jeszcze nasi dziadowie i nic.
Rusałka chyba jest nieśmiertelna i jedyne, co można zrobić, to ją
odstraszyć, ale zabić nie udało się nikomu. Nawet jak ją fest oblali wodą
święconą, to choć skwierczała jak indyk na rożnie, nie zginęła.
Przyczaiła się wtedy na dłuższy czas w bagnie. Pewnie rany lizała, ale
potem i tak wyszła na świat. No i zemściła się strasznie. Zabiła
wszystkich, którzy próbowali ją zgładzić. Na jednego długo czekała, bo
bardzo się pilnował, ale w końcu i jego dostała. – Jak? Przecież nie
musiał iść na bagna? – I nie chodził. Ale kiedyś zwabiła tam jego
małą córeczkę. Pobiegł ją ratować. – I co, uratował? – Tak, ona
żyje do tej pory. On nie. – A kto to jest? Ta córeczka? Chyba już
dorosła? – Nie wiesz? To przecież twoja ciotka… Pawła zamurowało.
Zerknął na księdza, by sprawdzić, czy ten z niego nie żartuje, ale nie
znalazł śladu uśmiechu na zamyślonej twarzy olbrzyma. Coś go jednak
zastanowiło. – Proszę księdza – zaczął niepewnie. – No, co
tam? – Wyszło mi na to, że ten potwór grasuje tylko na bagnie. Dlaczego
więc zabezpieczamy dom? Ksiądz westchnął ciężko. – Chodź, wezmę
z bagażnika drugi baniak z wodą święconą i wrócimy już do domu. To nie
taka prosta sprawa. No dobrze, opowiem ci, ale krótko, bo nie chcę, żeby
Klementyna słyszała. I tak, biedaczka, o niczym innym pewnie nie myśli.
Jeszcze od naszych przodków wiemy, że jeśli potwora kogoś dotknie, to
zyskuje nad nim władzę. Nawet gdy ucieknie, ona może go ponownie zwabić na
bagna lub nawet porwać z domu. Chyba że dom zabezpieczy tak, jak my to
zrobiliśmy. Sam musi ciągle przy sobie wodę święconą nosić. To potworę
odstrasza, ale wystarczy chwila nieuwagi i juz po nim. Jej niestraszne
światło dnia. Poluje, gdy zgłodnieje, o każdej porze. Na szczęście natura
zadbała, żeby jedna ofiara na długo jej starczyła. Głodu nie poczuje przez
kilka miesięcy. Chyba że sama chce kogoś dopaść, na przykład z zemsty.
Nie wiem, jak ciebie potraktuje, może uzna, że nie stanowisz zagrożenia. –
Jedyny wyjątek – ciągnął po chwili milczenia ksiądz – stanowi
Klementyna. Nie wiadomo czemu, ale jej nigdy nie nachodziła. Osobiście
podejrzewam, że małą uratowała czysta, niewinna dusza, żadnym jeszcze
grzechem niesplamiona, bo Klementynka miała wtedy zaledwie trzy lata. Sądzę,
że do tej pory niczym nie zgrzeszyła, całe życie pomaga innym. Ale pewności
nie mam. – A czym jest ten potwór? – Tego, synku, nie wiem. Jedni
nazywają ją rusałką, inni wodnicą lub upiorzycą. – To jak sobie
poradzimy? – Uczciwie mówiąc, nie wiem. Dotknęła cię, więc ma nad tobą
moc. Jakiś grzech już popełniłeś, choćby nieposłuszeństwa, więc według
mnie ochrony nie masz. Ale może ona po ciebie nie przyjdzie, bo już się
najadła. Ale nawet jeśli dziś nic się nie wydarzy, to i tak będzie lepiej,
gdy jutro wyjedziesz. Rozumiesz to, chłopcze? – Tak, proszę księdza.
Paweł z ulgą przekroczył próg domu, którego wnętrze jaśniało od
włączonych świateł. W kuchni wesoło trzaskał ogień. Na dworze zapadał
zmrok. Mimo zmęczenia, chłopiec nie chciał iść do łóżka, bo bał się
zostać sam. Dorośli nie protestowali i przygotowali mu z kołdry i koców
legowisko w kuchni. Zaraz potem zasnął jak kłoda. Męczyły go różne sny.
Całą noc słyszał jakieś postukiwania, sapanie, szuranie i szelesty.
Wciąż mu się wydawało, że lada chwila potwór złapie go za rękę lub
nogę i wywlecze z bezpiecznego domku ciotki. Rzucał się na posłaniu zlany
potem, lecz się nie obudził. Dopiero gdy świt zaczął zaglądać w okna,
chłopiec otworzył oczy. Ciotka i ksiądz spali głęboko, każde w swoim
fotelu. Poszedł do łazienki i dopiero wtedy uzmysłowił sobie, że w nocy
coś musiało się jednak coś dziać, bo cały korytarz zalany był wodą, a
drzwi wejściowe popękały, jakby ktoś w nie uderzał taranem. Biegiem
wrócił do kuchni. Ciotka i ksiądz właśnie się obudzili. Widać było, że
są zmęczeni, ale uśmiechnęli się do niego, napełniając jego serce
otuchą. – No, kawalerze, wielka bitwa była o ciebie, ale już chyba
koniec – powiedział proboszcz, przeciągając się aż trzeszczały
stawy. – Ale musisz jeszcze dziś wyjechać, najlepiej do ojca, do
Francji – powiedziała ciotka. – Zaraz z nim porozmawiam. Paweł nigdy
nie dowiedział się, jakich ciotka użyła argumentów, ale ojciec przyleciał
do Polski jeszcze tego samego dnia. Zabrał Pawła i po dwóch dniach byli już
na Riwierze. Paweł nigdy już nie pojechał na wakacje do ciotki. Na początku
bardzo za nią tęsknił, ale rodzice powiedzieli mu, że ciotka zachorowała.
Później przyzwyczaił się do tego, że już tam nie jeździ, zajął się
nauką, sportem i dziewczynami. Poszedł w Polsce na studia, zrobił dyplom
inżyniera i wyjechał na kilka lat za granicę. Tam pogłębił wiedzę,
zdobywając doświadczenie i… żonę. Do wsi, w której mieszkała ciotka,
wrócił równo po trzydziestu latach. Na jej pogrzeb. Proboszcz też już nie
żył. Paweł rozpoznał na cmentarzu zaledwie kilka osób, w tym gospodynię
proboszcza i kowala. Nie pamiętał wydarzeń, które poprzedzały jego nagły
wyjazd tamtego lata. Czasem tylko coś mu się śniło. Wszystko było tak dawno
temu! Nie mógł sobie nawet przypomnieć, dlaczego tak nagle wtedy wyjechał.
Ach tak, matka mówiła mu, że dostał zapalenia opon mózgowych od ukąszenia
kleszcza i trzeba go było zabrać do szpitala. Potem pojechał od razu do
ojca, a wkrótce zachorowała ciotka i nie mógł już do niej jeździć na
wakacje. Zdaje się, że matka wynajęła na stałe pielęgniarkę, która się
nią zajmowała. Zaraz po pogrzebie Paweł musiał wyjechać, zamieniając tylko
kilka grzecznościowych słów z ludźmi, którzy go pamiętali sprzed lat. Ale
w następnym roku spotkał inwestora, który był zainteresowany wybudowaniem we
wsi ciotki ośrodka wypoczynkowego połączonego ze SPA. Podobno okazało się,
że miejscowe bagno ma znakomite właściwości lecznicze i można zbić
fortunę, używając go do kąpieli, okładów i produkcji preparatów
kosmetycznych. Pomysł bardzo się spodobał Pawłowi, dlatego zgodził się
przyjąć obowiązki dyrektora budowy. I tak, gdy wszystkie formalności
zostały w końcu załatwione, baraki dla robotników postawione, przyjechał do
wsi. Właśnie kończono osuszanie niedużego fragmentu bagna, by mogły tam
stanąć budynki zabiegowe i baseny. Paweł wysiadł z samochodu na skraju
placu przyszłej budowy i nałożył kask. Myślał właśnie o żonie, która
została we Francji. Była w zaawansowanej ciąży i Paweł wolał, by do
porodu mieszkała u rodziców, zamiast narażać się na niewygody podróży.
Czuł się świetnie na myśl, że niedługo zostanie ojcem. Szedł pogwizdując
i kopiąc mały kamyk, gdy na drogę przed nim wypadł blady jak chusta
robotnik. – Hej! – zawołał Paweł, ale ku jego oburzeniu mężczyzna
nawet nie zwolnił i po chwili nie było po nim śladu. Przyspieszył więc
kroku i wkrótce zobaczył, co tak przeraziło robotnika. Przed nim rozciągał
się wykop przygotowywany pod fundamenty. Z ziemi wyłaniały się ludzkie
szkielety. Musiało ich być mnóstwo, przynajmniej kilkadziesiąt. Co ciekawe,
żaden z nich nie miał głowy. Czaszki walały się osobno trochę dalej.
Wokół nikogo nie było, jakby całą ekipę robotników wywiało. Tylko jakiś
dziwny szelest dobiegał z pobliskich krzewów.Komentarze 1 z 1
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.



Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:58
Bez fajerwerków Ni mnie ten tekst grzeje ni ziębi. Momentami narracja nieco infantylna, momentami wdzierają się kolokwializmy.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu