Niebezpieczna rusałka

Aneta Ponomarenko Nie mam konta w czytelni, ale mam opowieść. publikacja 16 Październik 2008, 17:20 Poprawki 10 Listopad 2009, 06:38 Gatunek Mity, prasłowiańskie Czytano 8658 razy
1 głos
Spis treści utworu
Niebezpieczna rusałka
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
– Idź z księdzem polać wszystko wodą święconą, a ja przygotuję coś do jedzenia. – Tak, pospieszmy się chłopcze – powiedział ksiądz – bo niedługo słońce zajdzie. Noc może być długa. Przy okazji opowiesz mi, co widziałeś. Paweł posłusznie ruszył za proboszczem, który mimo starszego wieku sprawiał wrażenie kolosa. Gdyby nie koloratka, Paweł nigdy by nie odgadł, że jest księdzem, tak potężnie był zbudowany i umięśniony. Bardziej wyglądał na kowala niż proboszcza. Paweł musiał wysoko zadzierać głowę, by na niego spojrzeć. Ksiądz, jakby się domyślając, o czym chłopak myśli, powiedział, mrugając okiem: – Mam tylko metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu. Do dwóch metrów brakuje całych pięciu centymetrów. – Ale podeszwy mają chyba ze trzy – wypalił bez namysłu Paweł i zawstydził się zuchwalstwa. Ksiądz jednak wybuchnął gromkim śmiechem: – Podobasz mi się, chłopcze! Masz głowę na karku. No i chyba będziesz dobry z matematyki. A teraz do roboty! Spryskali wodą święconą cały budynek, także kurnik i szopę. Po chwili namysłu ksiądz pokropił też własny samochód. – Żeby stwora się tam nie ukryła – wyjaśnił, widząc pytające spojrzenie chłopca. – Ksiądz mi wierzy? – Dlaczego nie? Nie ty pierwszy ją widziałeś. – Nie?! – Ano nie. Nie ma co się wstydzić, każden jeden uciekał, aż się kurzyło. Ja także, nie przymierzając. Jakbyś, bratku, nie wziął nóg za pas, to byś teraz jak nic leżał bez głowy na dnie bagna. – Ale czemu nikt o tym nie mówi? Tego potwora trzeba zabić! – Pewnie – ksiądz obojętnie wzruszył ramionami – tylko nie wiadomo, jak. Próbowali jeszcze nasi dziadowie i nic. Rusałka chyba jest nieśmiertelna i jedyne, co można zrobić, to ją odstraszyć, ale zabić nie udało się nikomu. Nawet jak ją fest oblali wodą święconą, to choć skwierczała jak indyk na rożnie, nie zginęła. Przyczaiła się wtedy na dłuższy czas w bagnie. Pewnie rany lizała, ale potem i tak wyszła na świat. No i zemściła się strasznie. Zabiła wszystkich, którzy próbowali ją zgładzić. Na jednego długo czekała, bo bardzo się pilnował, ale w końcu i jego dostała. – Jak? Przecież nie musiał iść na bagna? – I nie chodził. Ale kiedyś zwabiła tam jego małą córeczkę. Pobiegł ją ratować. – I co, uratował? – Tak, ona żyje do tej pory. On nie. – A kto to jest? Ta córeczka? Chyba już dorosła? – Nie wiesz? To przecież twoja ciotka… Pawła zamurowało. Zerknął na księdza, by sprawdzić, czy ten z niego nie żartuje, ale nie znalazł śladu uśmiechu na zamyślonej twarzy olbrzyma. Coś go jednak zastanowiło. – Proszę księdza – zaczął niepewnie. – No, co tam? – Wyszło mi na to, że ten potwór grasuje tylko na bagnie. Dlaczego więc zabezpieczamy dom? Ksiądz westchnął ciężko. – Chodź, wezmę z bagażnika drugi baniak z wodą święconą i wrócimy już do domu. To nie taka prosta sprawa. No dobrze, opowiem ci, ale krótko, bo nie chcę, żeby Klementyna słyszała. I tak, biedaczka, o niczym innym pewnie nie myśli. Jeszcze od naszych przodków wiemy, że jeśli potwora kogoś dotknie, to zyskuje nad nim władzę. Nawet gdy ucieknie, ona może go ponownie zwabić na bagna lub nawet porwać z domu. Chyba że dom zabezpieczy tak, jak my to zrobiliśmy. Sam musi ciągle przy sobie wodę święconą nosić. To potworę odstrasza, ale wystarczy chwila nieuwagi i juz po nim. Jej niestraszne światło dnia. Poluje, gdy zgłodnieje, o każdej porze. Na szczęście natura zadbała, żeby jedna ofiara na długo jej starczyła. Głodu nie poczuje przez kilka miesięcy. Chyba że sama chce kogoś dopaść, na przykład z zemsty. Nie wiem, jak ciebie potraktuje, może uzna, że nie stanowisz zagrożenia. – Jedyny wyjątek – ciągnął po chwili milczenia ksiądz – stanowi Klementyna. Nie wiadomo czemu, ale jej nigdy nie nachodziła. Osobiście podejrzewam, że małą uratowała czysta, niewinna dusza, żadnym jeszcze grzechem niesplamiona, bo Klementynka miała wtedy zaledwie trzy lata. Sądzę, że do tej pory niczym nie zgrzeszyła, całe życie pomaga innym. Ale pewności nie mam. – A czym jest ten potwór? – Tego, synku, nie wiem. Jedni nazywają ją rusałką, inni wodnicą lub upiorzycą. – To jak sobie poradzimy? – Uczciwie mówiąc, nie wiem. Dotknęła cię, więc ma nad tobą moc. Jakiś grzech już popełniłeś, choćby nieposłuszeństwa, więc według mnie ochrony nie masz. Ale może ona po ciebie nie przyjdzie, bo już się najadła. Ale nawet jeśli dziś nic się nie wydarzy, to i tak będzie lepiej, gdy jutro wyjedziesz. Rozumiesz to, chłopcze? – Tak, proszę księdza. Paweł z ulgą przekroczył próg domu, którego wnętrze jaśniało od włączonych świateł. W kuchni wesoło trzaskał ogień. Na dworze zapadał zmrok. Mimo zmęczenia, chłopiec nie chciał iść do łóżka, bo bał się zostać sam. Dorośli nie protestowali i przygotowali mu z kołdry i koców legowisko w kuchni. Zaraz potem zasnął jak kłoda. Męczyły go różne sny. Całą noc słyszał jakieś postukiwania, sapanie, szuranie i szelesty. Wciąż mu się wydawało, że lada chwila potwór złapie go za rękę lub nogę i wywlecze z bezpiecznego domku ciotki. Rzucał się na posłaniu zlany potem, lecz się nie obudził. Dopiero gdy świt zaczął zaglądać w okna, chłopiec otworzył oczy. Ciotka i ksiądz spali głęboko, każde w swoim fotelu. Poszedł do łazienki i dopiero wtedy uzmysłowił sobie, że w nocy coś musiało się jednak coś dziać, bo cały korytarz zalany był wodą, a drzwi wejściowe popękały, jakby ktoś w nie uderzał taranem. Biegiem wrócił do kuchni. Ciotka i ksiądz właśnie się obudzili. Widać było, że są zmęczeni, ale uśmiechnęli się do niego, napełniając jego serce otuchą. – No, kawalerze, wielka bitwa była o ciebie, ale już chyba koniec – powiedział proboszcz, przeciągając się aż trzeszczały stawy. – Ale musisz jeszcze dziś wyjechać, najlepiej do ojca, do Francji – powiedziała ciotka. – Zaraz z nim porozmawiam. Paweł nigdy nie dowiedział się, jakich ciotka użyła argumentów, ale ojciec przyleciał do Polski jeszcze tego samego dnia. Zabrał Pawła i po dwóch dniach byli już na Riwierze. Paweł nigdy już nie pojechał na wakacje do ciotki. Na początku bardzo za nią tęsknił, ale rodzice powiedzieli mu, że ciotka zachorowała. Później przyzwyczaił się do tego, że już tam nie jeździ, zajął się nauką, sportem i dziewczynami. Poszedł w Polsce na studia, zrobił dyplom inżyniera i wyjechał na kilka lat za granicę. Tam pogłębił wiedzę, zdobywając doświadczenie i… żonę. Do wsi, w której mieszkała ciotka, wrócił równo po trzydziestu latach. Na jej pogrzeb. Proboszcz też już nie żył. Paweł rozpoznał na cmentarzu zaledwie kilka osób, w tym gospodynię proboszcza i kowala. Nie pamiętał wydarzeń, które poprzedzały jego nagły wyjazd tamtego lata. Czasem tylko coś mu się śniło. Wszystko było tak dawno temu! Nie mógł sobie nawet przypomnieć, dlaczego tak nagle wtedy wyjechał. Ach tak, matka mówiła mu, że dostał zapalenia opon mózgowych od ukąszenia kleszcza i trzeba go było zabrać do szpitala. Potem pojechał od razu do ojca, a wkrótce zachorowała ciotka i nie mógł już do niej jeździć na wakacje. Zdaje się, że matka wynajęła na stałe pielęgniarkę, która się nią zajmowała. Zaraz po pogrzebie Paweł musiał wyjechać, zamieniając tylko kilka grzecznościowych słów z ludźmi, którzy go pamiętali sprzed lat. Ale w następnym roku spotkał inwestora, który był zainteresowany wybudowaniem we wsi ciotki ośrodka wypoczynkowego połączonego ze SPA. Podobno okazało się, że miejscowe bagno ma znakomite właściwości lecznicze i można zbić fortunę, używając go do kąpieli, okładów i produkcji preparatów kosmetycznych. Pomysł bardzo się spodobał Pawłowi, dlatego zgodził się przyjąć obowiązki dyrektora budowy. I tak, gdy wszystkie formalności zostały w końcu załatwione, baraki dla robotników postawione, przyjechał do wsi. Właśnie kończono osuszanie niedużego fragmentu bagna, by mogły tam stanąć budynki zabiegowe i baseny. Paweł wysiadł z samochodu na skraju placu przyszłej budowy i nałożył kask. Myślał właśnie o żonie, która została we Francji. Była w zaawansowanej ciąży i Paweł wolał, by do porodu mieszkała u rodziców, zamiast narażać się na niewygody podróży. Czuł się świetnie na myśl, że niedługo zostanie ojcem. Szedł pogwizdując i kopiąc mały kamyk, gdy na drogę przed nim wypadł blady jak chusta robotnik. – Hej! – zawołał Paweł, ale ku jego oburzeniu mężczyzna nawet nie zwolnił i po chwili nie było po nim śladu. Przyspieszył więc kroku i wkrótce zobaczył, co tak przeraziło robotnika. Przed nim rozciągał się wykop przygotowywany pod fundamenty. Z ziemi wyłaniały się ludzkie szkielety. Musiało ich być mnóstwo, przynajmniej kilkadziesiąt. Co ciekawe, żaden z nich nie miał głowy. Czaszki walały się osobno trochę dalej. Wokół nikogo nie było, jakby całą ekipę robotników wywiało. Tylko jakiś dziwny szelest dobiegał z pobliskich krzewów.

Komentarze 1 z 1 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:58

Bez fajerwerków Ni mnie ten tekst grzeje ni ziębi. Momentami narracja nieco infantylna, momentami wdzierają się kolokwializmy.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Źle czytać z monitora? - drukuj pobrane nowele PDF. Zaglądaj do ulubionej treści on-line, może być poprawiana lub rozwijana.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi