O Wile i Rybaku z Trzęsacza

Bartosz Nowakowski Nie mam konta w czytelni, ale mam opowieść. publikacja 16 Październik 2008, 18:40 Poprawki 10 Listopad 2009, 06:18 Gatunek Mity, prasłowiańskie Czytano 6895 razy
1 głos

Świętowanie w Arkonie dobiegało końca. O późnym zmierzchu arcykapłan Ratosław – strażnik skarbca i dowódca wojów – zsiadł ze świętego ogiera, odprowadził do świątyni, gdzie – wstrzymując oddech, by powietrzem ludzkim nie obrazić najwyższego – oddał ostatni tego dnia hołd czczonemu zwierzęciu.

Szczęsny długo jeszcze patrzył na zatrzaśnięte wrota kątyny, za którymi zniknął święty rumak, arcykapłan, woje z chorągwiami. Stał i zwlekał z opuszczeniem cudownego miejsca pełnego dymu ze świętego ogniska, magii, tajemnych gestów, wróżebnych słów. Przyniósł z sobą w ofierze dla Świętowita tyle śledzi, ile udźwignąć potrafił, ale mimo to nie usłyszał z ust arcykapłana dobrej dla siebie wróżby, przeciwnie: dalsze miesiące roku zapowiadały się niepomyślnie, wręcz źle, okrutnie źle. Morze, karmicielka jego, ma być dla niego niełaskawe – wracać z niego będzie z pustą siecią.. A i na lądzie miodu nie znajdzie, czekają nań
tylko przykre niespodzianki.
Opuszczał Arkonę wolno skalistą ścieżką, potykając się o głazy, schodził nad morze ociężale, jakby napływające ławice chmur ocierały się o jego ramiona.
Bo po cóż miałby się spieszyć?
Do czekających go trudów rybaczenia na toniach pod klifem Trzęsacza? Do czyhających nieszczęść na lądzie szarpanym przez sztormowe fale, smaganym przez północne wichry?
— Nie smuć się – usłyszał kojący śpiewny głos wiły wynurzającej się z bryzgów morskiej fali zamierającej na przybrzeżnych kamieniach. – Zechcesz, to los swój odmienisz na lepszy. Tylko zaufaj mi i uwierz w siebie.
Dziewczęca postać spowita w zwiewną niebieskość jak w mgłę poranka, jasnowłosa jak łan zboża na lekkiej lądowej bryzie, błękitnooka jak morska toń podczas sztilu, uśmiechnęła się słodką czereśniową czerwienią ust.
— Kim jesteś? – spytał czując nieprzepartą ochotę wtulenia się w urzekające cudeńko jak rybak powracający ze wzburzonego morza w portowe zacisze. Równocześnie nie opuszczał go niepokój drażniący wyobraźnie, podejrzliwość człowieka, któremu tak mało się w życiu szczęściło, choć rodziciele dali mu imię Szczęsny. -Nawą, topielicą, wiłą?
Czy mogła mu wyznać prawdę o sobie, że wszechmocny Perun jej, topielicy, dał potężny, czarowny urok uwodzenia, kuszenia, zwodzenia? Była już zmęczona wiecznym pląsaniem, tańcami w kole i poza nim, unoszenia się nad wodami, mgłami, uganianiem się po bagnach, rozpalaniem ogników błędnych na torfowiskach, uwodzeniem głosem śpiewniejszym od najśpiewniejszych ptaków. Nie mogła się oprzeć pragnieniu zbliżenia się do tego urodziwego rybaka, w którym było tyle życia, ciepła ciała, prawdziwego materialnego istnienia. Był tak podobny do tego mężczyzny, którego kiedyś kochała bezgranicznie, zmysłowo, bez opamiętania…
— Jestem Radochna – skłamała, ale skłamała tylko trochę, bo Radochną była, lecz dawno, dawno temu, nim z rozpaczy po śmierci Wszebora zabitego przez Wikingów, skoczyła w morską kipiel.
Wyciągnęła w stronę Szczęsnego dłoń, dłoń wiotką jak listek osiki na wietrze.
I rybak zamierzał uczynić to samo. Ledwo podniósł rękę na wysokość piersi dziewczyny, gdy pękły ciężkie chmury, długi wąż błyskawicy przeorał niebo, rozjaśnił skalistą górę i morze, a potem rozległ się potężny huk gromu, gniew nieba.
— Muszę wracać! – krzyczała przez łzy wiła. – Nie zapomnij o mnie, to przyjdę po ciebie. Poprzez suche trzaski piorunów doleciał do uszu Szczęsnego przejmujący śpiew dziewczyny:

Przez odmęty fal,
Aż po morza kres,
Płyń łodeczko w dal
Do przystani łez.

Perun pozwalał wiłom uwodzić, gubić ludzkie istnienia na trzęsawiskach, w morskich kipielach, ale nie dopuszczał, by jego topielice zadurzały się w ziemskich istotach. On był ich panem, jemu i tylko jemu miały służyć, jego i tylko jego miały czcić, niewolniczo uwielbiać.

Od tego spotkania Szczęsny nie zaznał już spokoju. Chodził po izbie wysypanej piaskiem z plaży morskiej i widział w każdym kącie pełną czaru Radochnę. Wypływał w morze i z każdej grzywy fali wynurzała się ona – nieziemska niebieskość, cudowna bezcieleśność, nieuchwytne piękno, której czarujący śpiew koił jego głęboki smutek.
Pewnego dnia, tuż przed jesiennymi sztormami, wspomagany lekką bryzą, wypłynął dalej niż zwykle.Nieocze-kiwanie z północy nadciągnęła morka – zimna, wilgotna jak płachta żagla nagle opadła na twarz rybaka. I wtedy właśnie wypłynęła przed dziobnicą jego łodzi wiła. – 2 -
— Nie zapomniałeś o mnie – cieszyła się.
Nie podzielił jej radości, bo daleko od lądu pojął, za kim tęsknił, kogo ukochał bez pamięci. Przeraził się, chciał zawracać do brzegu i zapomnieć o niebieskookiej.
— Nie umkniesz mi – mówiła Radochna pląsająca na powierzchni wody, kusząca go swymi dziewczęcymi wdziękami. – Zostaniesz już ze mną na zawsze, dłużej niż twoje marne, ziemskie życie.
— Dlaczego? Jaką krzywdę ci wyrządziłem? – dociekał przyczyny swej zguby.
— Bałeś się życia – odpowiedziała oczarowując go pląsami. – Przywróciłam ci nadzieję i ochotę. Czy to nie wystarczy, byś został ze mną?
— Teraz boję się ciebie.
— Weź mnie do łodzi, rozwieję twój lęk, znajdziesz przy mnie spokój. Zabierz i skieruj swą łódż w stronę lądu – prosiła śpiewnie. – Razem nie będziemy się bać niczego – zapewniała.
I nie czekając na jego zgodę, spłynęła do łodzi, a on ze skołowanymi myślami w glowie zawrócił w stronę lądu. Wiosłował z całych sił, by jak najprędzej dotknąć suchą stopą ziemi i pozwolić na niej stanąć Radochnie. Uwierzył, że czarodziejska moc miłości odmieni jej i jego los. Jakże się mylił! W jak wielkim był błędzie! Jak mógł zapomnieć o boskich zamiarach!
Ledwo stanęli pod klifem, a Perun pchnął za nimi sztormowe fale. Próbowali przed nimi uciec.Pospiesznie, mozolnie wdrapywali się na stromy brzeg, a zimne bryzgi biły w ich plecy. Ciężko dysząc wbijali stopy w usuwający się piach, a wściekłe fale zajadle podmywały klif.
— Powiedz, jakiego boga rozgniewałaś? – pytał Szczęsny.
— Ty jesteś moim bogiem! – zaklinała się, bluźniąc i obrażając swego pana.
Perun nie mógł znieść jawnej zniewagi, więc pchnął w ich stronę jeszcze groźniejsze fale. Wgryzały się w ląd, wchłaniały go w siebie, niszczyły klif aż do korzeni drzew, które sterczały jak szkielety na starym, zapomnianym cmentarzysku. Porwały też z sobą ulubieńca wiły.
Zakręciły nim raz, drugi, trzeci, aż zwątpił, gdzie niebo, gdzie kipiel, uderzyły go w twarz, zamroczyły potęgą nieludzką, tłocząc w ciało bezsilność, niemoc rąk i nóg.
Ostatnim spojrzeniem chciał zobaczyć dziewczynę, która przywiodła go do zguby.Nie ujrzał zwiewnej niebieskości nad wodą, a tylko nieprzejrzaną lodowatą toń.
Ogarnęła go rozpacz tak głęboka, jak głęboka była pod nim kipiel morza.

Minęło wiele dni, gdy morze w końcu ucichło. Któregoś dnia rybacy z Trzęsacza stojąc na poszarpanym grzbiecie klifu ujrzeli pływające ciało Szczęsnego i mewy pikujące do jego otwartych z przerażenia oczu. Nie zeszli po trupa, bo ziemia wciąż się usuwała pod stopami, jakby bogu morza mało było zemsty. W księżycowe noce widywano nad topielą zwiewną postać wiły, słyszano jej śpiew:

Przez odmęty fal,
Aż po morza kres,
Płyń łódeczko w dal
Do przystani łez.

Wiła wciąż czekała na kogoś, aż strach było schodzić na brzeg. A nieubłagane morze z okrutną wściekłością rzucało się na klif.
I tak kąsa do dziś, choć z dawnej rybackiej osady Szczęsnego nie zostało już najmniejszego śladu, tylko w ludzkiej pamięci stale tkwi pamięć o zauroczeniu rybaka wiłą. Miejsce pod klifem nazwano Przystanią Łez.

Komentarze 1 z 1 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 13:18

Jak to z tą przystanią jest? Ot, taka sobie historyjka. Sporo powtórzeń, niestety. No i właściwie nie ma tam niczego takiego, co by miało czytelnika naprawdę zainteresować. 
 
Natomiast pojawiają się trzy nazwy własne: nie umiem tego zweryfikować, a może ktoś by umiał: czy w okolicach Trzęsacza naprawdę jest albo było coś, co nazywano Przystanią Łez? Jeśli tak, no to byłoby sporym plusem, jeśli nie, to wręcz przeciwnie. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Źle czytać z monitora? - drukuj pobrane nowele PDF. Zaglądaj do ulubionej treści on-line, może być poprawiana lub rozwijana.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi