O Wile i Rybaku z Trzęsacza
1 głos
Świętowanie w Arkonie dobiegało końca. O późnym zmierzchu arcykapłan Ratosław – strażnik skarbca i dowódca wojów – zsiadł ze świętego ogiera, odprowadził do świątyni, gdzie – wstrzymując oddech, by powietrzem ludzkim nie obrazić najwyższego – oddał ostatni tego dnia hołd czczonemu zwierzęciu.
Szczęsny długo jeszcze patrzył na zatrzaśnięte wrota kątyny, za
którymi zniknął święty rumak, arcykapłan, woje z chorągwiami. Stał
i zwlekał z opuszczeniem cudownego miejsca pełnego dymu ze świętego
ogniska, magii, tajemnych gestów, wróżebnych słów. Przyniósł z sobą w
ofierze dla Świętowita tyle śledzi, ile udźwignąć potrafił, ale mimo to
nie usłyszał z ust arcykapłana dobrej dla siebie wróżby, przeciwnie:
dalsze miesiące roku zapowiadały się niepomyślnie, wręcz źle, okrutnie
źle. Morze, karmicielka jego, ma być dla niego niełaskawe – wracać
z niego będzie z pustą siecią.. A i na lądzie miodu nie znajdzie,
czekają nań
tylko przykre niespodzianki.
Opuszczał Arkonę wolno skalistą ścieżką,
potykając się o głazy, schodził nad morze ociężale, jakby napływające
ławice chmur ocierały się o jego ramiona.
Bo po cóż miałby się spieszyć?
Do czekających go trudów rybaczenia na
toniach pod klifem Trzęsacza? Do czyhających nieszczęść na lądzie
szarpanym przez sztormowe fale, smaganym przez północne wichry?
— Nie smuć się – usłyszał kojący
śpiewny głos wiły wynurzającej się z bryzgów morskiej fali zamierającej
na przybrzeżnych kamieniach. – Zechcesz, to los swój odmienisz na lepszy.
Tylko zaufaj mi i uwierz w siebie.
Dziewczęca postać spowita w zwiewną
niebieskość jak w mgłę poranka, jasnowłosa jak łan zboża na lekkiej
lądowej bryzie, błękitnooka jak morska toń podczas sztilu, uśmiechnęła
się słodką czereśniową czerwienią ust.
— Kim jesteś? – spytał czując
nieprzepartą ochotę wtulenia się w urzekające cudeńko jak rybak
powracający ze wzburzonego morza w portowe zacisze. Równocześnie nie
opuszczał go niepokój drażniący wyobraźnie, podejrzliwość człowieka,
któremu tak mało się w życiu szczęściło, choć rodziciele dali mu imię
Szczęsny. -Nawą, topielicą, wiłą?
Czy mogła mu wyznać prawdę o sobie, że
wszechmocny Perun jej, topielicy, dał potężny, czarowny urok uwodzenia,
kuszenia, zwodzenia? Była już zmęczona wiecznym pląsaniem, tańcami w kole
i poza nim, unoszenia się nad wodami, mgłami, uganianiem się po bagnach,
rozpalaniem ogników błędnych na torfowiskach, uwodzeniem głosem
śpiewniejszym od najśpiewniejszych ptaków. Nie mogła się oprzeć pragnieniu
zbliżenia się do tego urodziwego rybaka, w którym było tyle życia, ciepła
ciała, prawdziwego materialnego istnienia. Był tak podobny do tego
mężczyzny, którego kiedyś kochała bezgranicznie, zmysłowo, bez
opamiętania…
— Jestem Radochna – skłamała, ale
skłamała tylko trochę, bo Radochną była, lecz dawno, dawno temu, nim
z rozpaczy po śmierci Wszebora zabitego przez Wikingów, skoczyła w morską
kipiel.
Wyciągnęła w stronę Szczęsnego dłoń,
dłoń wiotką jak listek osiki na wietrze.
I rybak zamierzał uczynić to samo. Ledwo
podniósł rękę na wysokość piersi dziewczyny, gdy pękły ciężkie chmury,
długi wąż błyskawicy przeorał niebo, rozjaśnił skalistą górę i morze,
a potem rozległ się potężny huk gromu, gniew nieba.
— Muszę wracać! – krzyczała przez łzy
wiła. – Nie zapomnij o mnie, to przyjdę po ciebie. Poprzez suche trzaski
piorunów doleciał do uszu Szczęsnego przejmujący śpiew dziewczyny:
Przez odmęty fal,
Aż po morza kres,
Płyń łodeczko w dal
Do przystani łez.
Perun pozwalał wiłom uwodzić, gubić ludzkie istnienia na trzęsawiskach, w morskich kipielach, ale nie dopuszczał, by jego topielice zadurzały się w ziemskich istotach. On był ich panem, jemu i tylko jemu miały służyć, jego i tylko jego miały czcić, niewolniczo uwielbiać.
Od tego spotkania Szczęsny nie zaznał już spokoju. Chodził po izbie
wysypanej piaskiem z plaży morskiej i widział w każdym kącie pełną czaru
Radochnę. Wypływał w morze i z każdej grzywy fali wynurzała się ona –
nieziemska niebieskość, cudowna bezcieleśność, nieuchwytne piękno, której
czarujący śpiew koił jego głęboki smutek.
Pewnego dnia, tuż przed jesiennymi sztormami,
wspomagany lekką bryzą, wypłynął dalej niż zwykle.Nieocze-kiwanie
z północy nadciągnęła morka – zimna, wilgotna jak płachta żagla nagle
opadła na twarz rybaka. I wtedy właśnie wypłynęła przed dziobnicą jego
łodzi wiła. – 2 -
— Nie zapomniałeś o mnie – cieszyła
się.
Nie podzielił jej radości, bo daleko od lądu
pojął, za kim tęsknił, kogo ukochał bez pamięci. Przeraził się, chciał
zawracać do brzegu i zapomnieć o niebieskookiej.
— Nie umkniesz mi – mówiła Radochna
pląsająca na powierzchni wody, kusząca go swymi dziewczęcymi
wdziękami. – Zostaniesz już ze mną na zawsze, dłużej niż twoje marne,
ziemskie życie.
— Dlaczego? Jaką krzywdę ci
wyrządziłem? – dociekał przyczyny swej zguby.
— Bałeś się życia – odpowiedziała
oczarowując go pląsami. – Przywróciłam ci nadzieję i ochotę. Czy to
nie wystarczy, byś został ze mną?
— Teraz boję się ciebie.
— Weź mnie do łodzi, rozwieję twój lęk,
znajdziesz przy mnie spokój. Zabierz i skieruj swą łódż w stronę
lądu – prosiła śpiewnie. – Razem nie będziemy się bać niczego –
zapewniała.
I nie czekając na jego zgodę, spłynęła do
łodzi, a on ze skołowanymi myślami w glowie zawrócił w stronę lądu.
Wiosłował z całych sił, by jak najprędzej dotknąć suchą stopą ziemi
i pozwolić na niej stanąć Radochnie. Uwierzył, że czarodziejska moc
miłości odmieni jej i jego los. Jakże się mylił! W jak wielkim był
błędzie! Jak mógł zapomnieć o boskich zamiarach!
Ledwo stanęli pod klifem, a Perun pchnął za
nimi sztormowe fale. Próbowali przed nimi uciec.Pospiesznie, mozolnie
wdrapywali się na stromy brzeg, a zimne bryzgi biły w ich plecy. Ciężko
dysząc wbijali stopy w usuwający się piach, a wściekłe fale zajadle
podmywały klif.
— Powiedz, jakiego boga rozgniewałaś? –
pytał Szczęsny.
— Ty jesteś moim bogiem! – zaklinała
się, bluźniąc i obrażając swego pana.
Perun nie mógł znieść jawnej zniewagi,
więc pchnął w ich stronę jeszcze groźniejsze fale. Wgryzały się w ląd,
wchłaniały go w siebie, niszczyły klif aż do korzeni drzew, które
sterczały jak szkielety na starym, zapomnianym cmentarzysku. Porwały też
z sobą ulubieńca wiły.
Zakręciły nim raz, drugi, trzeci, aż
zwątpił, gdzie niebo, gdzie kipiel, uderzyły go w twarz, zamroczyły potęgą
nieludzką, tłocząc w ciało bezsilność, niemoc rąk i nóg.
Ostatnim spojrzeniem chciał zobaczyć
dziewczynę, która przywiodła go do zguby.Nie ujrzał zwiewnej niebieskości
nad wodą, a tylko nieprzejrzaną lodowatą toń.
Ogarnęła go rozpacz tak głęboka, jak
głęboka była pod nim kipiel morza.
Minęło wiele dni, gdy morze w końcu ucichło. Któregoś dnia rybacy z Trzęsacza stojąc na poszarpanym grzbiecie klifu ujrzeli pływające ciało Szczęsnego i mewy pikujące do jego otwartych z przerażenia oczu. Nie zeszli po trupa, bo ziemia wciąż się usuwała pod stopami, jakby bogu morza mało było zemsty. W księżycowe noce widywano nad topielą zwiewną postać wiły, słyszano jej śpiew:
Przez odmęty fal,
Aż po morza kres,
Płyń łódeczko w dal
Do przystani łez.
Wiła wciąż czekała na kogoś, aż strach było schodzić na brzeg.
A nieubłagane morze z okrutną wściekłością rzucało się na klif.
I tak kąsa do dziś, choć z dawnej
rybackiej osady Szczęsnego nie zostało już najmniejszego śladu, tylko w
ludzkiej pamięci stale tkwi pamięć o zauroczeniu rybaka wiłą. Miejsce pod
klifem nazwano Przystanią Łez.
Komentarze 1 z 1
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.



Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 13:18
Jak to z tą przystanią jest? Ot, taka sobie historyjka. Sporo powtórzeń, niestety. No i właściwie nie ma tam niczego takiego, co by miało czytelnika naprawdę zainteresować.
Natomiast pojawiają się trzy nazwy własne: nie umiem tego zweryfikować, a może ktoś by umiał: czy w okolicach Trzęsacza naprawdę jest albo było coś, co nazywano Przystanią Łez? Jeśli tak, no to byłoby sporym plusem, jeśli nie, to wręcz przeciwnie.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu