Prasłowiańska Zamieć
3 głosy
Co się urodzi musi też umrzeć, ale co umrze również się odrodzi
-1-
Dumnie kroczyłem w kierunku swojej kajuty. Dostojnie, majestatycznie,
rzekłbym nawet – ostentacyjnie, żeby wszyscy zdążyli zauważyć złote
pagony na moim mundurze. Insygnia składały się z trzech wąskich, prostych
galonów i czwartego, z pętelką na górze. Tak, dobrze zgadliście.
Dostałem awans na kapitana.
Nareszcie. Należał mi się od dawna.
Odsłużyłem na okręcie podwodnym pięć lat,
w trudzie i znoju, pokonując własne słabości. Właściwie to częściej one
pokonywały mnie. W każdym razie i tak byłem weteranem tych walk. Niemniej,
awans zawsze z jakichś błahych powodów był odsuwany w czasie. A to, że
pijany na służbie, a to, że nie w ten cel torpedy odpalone, a to, że nie w
porę o ataku Cthulhu ostrzegłem. Myślę, że głównym powodem były tu
jednak uprzedzenia dowództwa i raporty księdza Henryka. Ten zapijaczony
klecha, donosił o moich zainteresowaniach parapsychologią i ezoteryką, a
komandory w admiralicji to wszystko święte. Każdego ranka do kaplicy
biegają, zdrowaśki w południe klepią i zamiast tradycyjnego „Czołem“
witają się: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze
dziewica“. Podobno w następnym roku będzie to już oficjalne przywitanie na
okrętach Polskiej Marynarki Wojennej
Zastanawiam się, jak zareaguje na to komandor
podporucznik Włodzimierz Borsuk.
Pewnego razu na bankiecie w admiralicji, znany
ze swoich sympatii do poprzedniej epoki, po wypiciu przemysłowej ilości
alkoholu (która w jego wypadku oznacza dwa razy więcej, niż przewiduje
śmiertelna dawka), gdy zebrane towarzystwo śpiewało papieską „Barkę“,
wstał i na całe gardło ryknął:
Rascwietali jabloni i gruszy,
Poplyli tumany nad rekoj
Wyhodila na bierieg Katiusza
Na wysokij bierieg, na krutoj
Podobno po tym występie przydziału sztabowego już nigdy nie otrzymał.
-2-
– Cześć! – Porucznik Jan Maria Kózka, drugi oficer na ORP „Dzik“,
dogonił mnie na korytarzu. Spojrzał wodnistymi, chytrymi oczkami na moje
kapitańskie insygnia.
— Uuu… A jednak to prawda. Dostałeś
awans? – Niedowierzanie i ironia w jego głosie rozdrażniły mnie. Jakoś
nie mogłem polubić tego aroganckiego, pewnego siebie dupka. Nie dość, że na
każdym kroku właził w tyłek Staremu, to jeszcze miał plecy w admiralicji.
Jego wujek był prezesem skrajnie prawicowej partii, znajdującej się obecnie
u steru władzy. To wystarczyło, żeby naraził się na ostracyzm załogi.
Budził też niechęć w Borsuku: im więcej dowódca antypatii okazywał
Kózce, tym bardziej Kózka starał się mu podlizywać. Oczywiście nie
dotyczyło to innych oficerów. Tutaj Jan Maria wykazywał kompletny brak
szacunku, nawet dla starszych stopniem.
— Kózka, sprawdź, czy cię w maszynowni nie
ma – zignorowałem jego zaczepkę.
— Nie ma. Przecież jestem tutaj –
zamrugał oczami zaskoczony. Inteligencja nie była jego mocną stroną.
Chcesz czegoś? Czy tak towarzysko
zagaiłeś? – odburknąłem.
Kózka spojrzał na mnie spode łba, wydął
gniewnie usta i prawdopodobnie odszedłby obrażony, widocznie jednak sprawa
była na tyle intrygująca, że przezwyciężył urażoną dumę.
Coś się dzieje – rozpoczął
konspiracyjnie.
Zastanawiam się, dlaczego ludzie związani
z prawicą mają takie nawyki. Szepty, rozglądanie się na boki, totalna
konspira. Pewnie to genetyczne lub memetyczne uwarunkowanie od czasów
podziemia.
— Wyobraź sobie, że tym razem w rejs
zabieramy pasażerów. Godzinę temu na pokład weszła grupa podejrzanych jak
dla mnie osób? – Dla porucznika Kózki to nic nowego. Paranoję
odziedziczył po ojcu i wujku, którzy aktywnie walczyli z komuną. Zamiast
bajek dla dzieci karmiony był kombatanckimi opowieściami o roznoszeniu ulotek
i bohaterskim uciekaniu przed ubekami. – Mnie tam wyglądają na byłych
ubeków.
No i potwierdziły się moje podejrzenia.
Totalna paranoja.
— Dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Nie
zdążyłem im się dobrze przyjrzeć, bo Stary ich od razu do swojej kajuty
zgarnął i zamknął drzwi. Siedzą tam jeszcze i gadają. Borsuk wyszedł
tylko na chwilę i kazał przygotować kajuty dla gości. Był podenerwowany.
Coś się dzieje, a ja nie wiem, o co chodzi – To musiało być dla Kózki
niezwykle frustrujące. Odkąd pamiętam, wszędzie wtykał swój kozi nos. Nie
do pomyślenia, żeby nie posiadał wiedzy o tym, co się dzieje na
okręcie.
— I wiesz, co ci jeszcze powiem?
— Co? – odparłem zniecierpliwiony.
— Wydaje mi się, że admiralicja nic nie
wie. Stary zachowywał się tak, jakby obecność gości na pokładzie chciał
ukryć. Myślisz, że powinienem o tym donieść?
— Oczywiście, Kózka, oczywiście.
Sykofant pierdolony.
Wzruszyłem ramionami, wyminąłem zadumanego
Kózkę i skierowałem się w stronę luków torpedowych. Odchodząc
usłyszałem jeszcze, jak wyciąga komórkę i dzwoni do sztabu.
-3-
Wiecie, do czego służą luki torpedowe na okręcie podwodnym? Do
przechowywania torped, powiecie. Teoretycznie tak. Może na innych okrętach,
ale nie na ORP „Dzik“. Najnowocześniejszy okręt podwodny Polskiej
Marynarki Wojennej uchodził za najnowocześniejszy dlatego, że gdy wychodził
z portu, nie musiał towarzyszyć mu pływający dźwig typu „Maja“. Jako
jedyny w naszej flocie okręt podwodny potrafił wynurzyć się bez pomocy lin
i haków. Dawało to niezwykły komfort pracy. Niestety załadunek
i wyładunek torped przy każdym rejsie za dużo kosztował podatników, więc
ORP „Dzik“ pływał z pustymi lukami. Nie oznacza to jednak, że tak duża
przestrzeń marnowała się, o nie. Marynarze magazynowali tam swoje rzeczy
osobiste, żeby nie zalegały w kajutach. Pożyteczne rozwiązanie.
Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy
wchodząc do przedziału torpedowego, zobaczyłem tam torpedy. Tak jest.
Prawdziwe, śliczne, metaliczne i lśniące torpedy. Szok.
Kurwa mać – usłyszałem za sobą głos
bosmana.
Zazwyczaj milczący, uważny, wyważony
emocjonalnie chłop jak dąb z lubelskiego mówił niewiele, ale kiedy już
mówił, to konkrety.
— Racja, bosmanie – przytaknąłem.
— Widział pan porucznik… – na
szczęście szybko się zreflektował – pan kapitan kiedyś coś takiego?
— Nigdy.
— Wojna jakaś czy co? – To się chłop
rozgadał.
— Pewnie na odprawie dowiemy się, o co
chodzi – uspokajałem. Mimo to kręciłem głową, nie mogąc uwierzyć w to,
co widzę.
— Gdzie my teraz będziemy spirytus
trzymać? – jęknął bosman.
— O tym nie pomyślałem. Zabranie torped na
pokład „Dzika“ wiązało się z większymi niedogodnościami, niż można
było przypuszczać.
Dalsze moje rozmyślania zostały brutalnie
przerwane przez syrenę alarmową, która rozległa się na całym okręcie.
Komentarze 3 z 3
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca.
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu.

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk!
Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.




Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10
Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu