Prasłowiańska Zamieć
3 głosy
-30-
Nie wiem, co odwaliło dowódcy, że się zgodził. Nie wiem, co mnie
podkusiło, że go do tego namawiałem? Przecież obaj byliśmy trzeźwi.
Teraz z perspektywy czasu myślę, że nie
mieliśmy wyjścia. Układ proponowany przez Swaroga był prosty:
Wy pomożecie nam, my pomożemy wam.
Cały plan opierał się na intrydze. Intrydze
grubymi nićmi szytej. W naszym świecie coś takiego by nie przeszło. Ludzie
aż tak naiwni nie są. Ten świat rządził się jednak innymi prawami.
Jakby wam tu wytłumaczyć, na czym polegają
wojny Kauków? Graliście kiedyś w szachy? Wiecie więc, na czym ta gra polega.
Po szachownicy poruszają się figury białe i czarne. Zbite piony są usuwane
z gry, żeby w następnej rozgrywce znowu powrócić na plac boju. Tymi pionami
byli podrzędni bogowie. Każda ze stron posiada króla, którego zbić nie
można. Można go jednak zaszachować. Obecnie zaszachowany był król –
Czarnogłów. Nie miał możliwości ruchu, wszystkie warianty obrony
wyczerpał. Nie przewidział jednak, że jego Hetman – Swaróg – wpadnie
na iście diabelski plan. Co by się stało, jakby na planszy pojawił się
dodatkowy pion? Pochodzący z zewnątrz, nie podlegający zasadom rozgrywki?
Tym pionem miał być okręt podwodny ORP „Dzik“.
Wiecie, na czym polega poddanie króla w
szachach? Symbolicznie przewraca się figurę króla. W świecie Wyraju,
miejscem, gdzie taki symboliczny akt następował, była Wyspa Dębów.
Właśnie tam Kaukowie ogłaszali swoją kapitulację. Tradycja nakazywała
przybycie na wyspę bez broni, gdyż jakikolwiek akt użycia siły w tym miejscu
był świętokradztwem.
Tak więc Czarnogłów przybył na Wyspę
Dębów z całą swoją świtą i oczekiwał na Białobogę, która miała
przyjąć akt kapitulacji. Stał tam wcielony w potężnego trojana o trzech
kozich głowach. Otaczała go niewielka już grupa popleczników. Brakowało
Swaroga, który w tym właśnie momencie lustrował okolicę przez peryskop.
ORP „Dzik“ czekał w zanurzeniu na łódź,
którą miała przybyć bogini. Jak już się domyśliliście, mieliśmy zamiar
ją storpedować. Taki mały fortel.
Pamiętacie, Swarogu, o umowie? – zapytał
podejrzliwie Stary.
Spokojnie, kniaziu. Wyeliminujemy Białobogę
i jej ferajnę, a wtedy pomogę
ci zdobyć władzę w twoim świecie.
— Z moralnego punktu widzenia uważam to za
niewłaściwe – odezwał się porucznik Kózka. No tak, teraz na Akademii
Wojskowej to etykę wykładają. Dowódca spojrzał na niego ironicznie,
usiłując przypomnieć sobie, co znaczy słowo moralność.
— My ich tylko likwidujemy, usuwamy na jakiś
czas z obiegu. Powrócą, jak to powiedzieć?… W następnej rozgrywce.
— Ja jednak zgłaszam zastrzeżenie
i proszę, żeby to zostało odnotowane w dzienniku pokładowym! – Gówniarz
się upierał.
— Kózka, my nie prowadzimy od miesięcy
dziennika pokładowego – oświeciłem naszego drugiego oficera.
— Proszę księdza, niech ksiądz coś zrobi.
My ich pozabijamy – zwrócił się do księdza Henryka, chwytając się
ostatniej deski ratunku. Ten spojrzał na niego spode łba, łyknął
z piersiówki spirytusu i odrzekł:
— Ja w nich i tak nie wierzę.
-31-
– Płynie! To ona – zakomunikował Swaróg, robiąc mi miejsce przy
peryskopie.
Faktycznie. W kierunku Wyspy Dębów powoli
i majestatycznie zmierzała dużych rozmiarów galera. Wiosła miarowo
uderzały o lazurową wodę, czarne proporce powiewały na maszcie, a okręt
eskortowały lecący po obu jego burtach żmijowie. Na górnym pokładzie stała
ona – Białoboga. Górowała nad innymi, pomniejszymi bogami co najmniej
pół metra. Ubrana w czarną, wydawałoby się utkaną z nocy, suknię.
Z kolorem sukni kontrastowały długie białe włosy, rozpuszczone na wietrze.
Dumna, pewna siebie, zwycięska.
Jeszcze tylko przez chwilę. Podałem
koordynaty celu. Rozwarły się luki torpedowe. Torpedy kalibru 533,4 mm
pomknęły przed siebie. Wrona odliczał sekundy do kontaktu, Stary pocierał w
zadumie zarost na policzku, Kózka przymknął oczy w modlitwie za zmarłych,
ksiądz Henryk czknął po kolejnym pociągnięciu z piersiówki.
Ja przez peryskop ujrzałem słup ognia.
— Pierwsza doszła – oznajmiłem
beznamiętnie.
Porucznik Kózka się przeżegnał.
Kolejny słup ognia.
— Druga w celu!
Porucznik Kózka ponownie się przeżegnał.
Ksiądz Henryk beknął.
— Trzecia i czwarta też. To koniec. –
Gardło ścisnął mi smutek. Nie myślałem, że tak zareaguję. To miał być
bezosobowy cel. Uświadomiłem sobie nagle, że posłaliśmy na dno żywe
istoty. Nie miało znaczenia, że to bogowie, którzy się odrodzą. Żywe
istoty. Gorzki jest smak zwycięstwa.
Swaróg tańczył z radości kozaka na mostku.
Reszta przyglądała się temu zniesmaczona, z nietęgimi minami
i świadomością tego, co przed chwilą nastąpiło.
— Pełne wynurzenie! – zarządził
Borsuk.
-32-
Płynęliśmy wśród dryfujących desek, spalonych płócien żaglowych,
połamanych wioseł i rozerwanych szczątków. Smocze, zielone ażdahy
przelatywały nad naszymi głowami i dobijały ranne i okaleczone w wybuchach
żmije. W czasie eksplozji znalazły się zbyt blisko galery i teraz
z osmalonymi bokami i uszkodzonymi skrzydłami stały się łatwym łupem dla
smoków Czarnogłowa.
Na wyspie zaś odbywała się celebra.
Z pokładu obserwowaliśmy, jak bogowie
tańczyli i śpiewali z radości. Wino wylewało się z kielichów, beczki
miodu krążyły z rąk do rąk. Jaryło śpiewał czystym mocnym,
młodzieńczym głosem, Borewit grał na harmonii, Żywia wykonywała striptiz,
Strzybóg strzelał z pepeszy na wiwat, a Bobo brykał po łące,
przypominając raczej tygryska z ?Kubusia Puchatka? niż groźnego demona.
Tylko Czarnogłów stał milczący i smutny.
Opuścił wszystkie trzy kozie głowy i pogrążył się w zadumie. Zmęczony
wiecznym cyklem narodzin i śmierci, ciągłą walką i udręką
przeznaczenia. Zrezygnowany.
Co się urodzi, musi też umrzeć, ale co
umrze, również się odrodzi?
Pamiętałem starosłowiańskie słowa, lecz
dopiero tutaj, po drugiej stronie Drogi Mlecznej, na innej planecie, wśród
istot, które uważamy za bogów, lub w prawdziwym Raju wśród prawdziwych
bogów, dotarły do mnie z pełną mocą. Wdarły się do mojej
podświadomości, przewierciły się przez mózg, pozostawiając we mnie
prawdziwą wiedzę o istocie wszechświata. Na zawsze.
Już nic nie będzie takie samo.
Nagle błysnęło i rozdarło się fioletowe
niebo. Wystrzelił z niego słup jasnego światła, uderzając o powierzchnię
wody, ledwie kilka metrów od naszego okrętu. Uformował postać o czterech
twarzach zwróconych we wszystkie strony świata.
Na wyspie zaprzestano tańców i zabawy.
Bogowie porażeni padli na kolana. Drżeli ze strachu i trwogi. Niektórzy
łkali. Musiał być to dla nich niecodzienny widok.
— O kurwa, Świętowit – wyszeptał
kompletnie zaskoczony Swaróg.
— A mówiłeś, że to tylko idea –
parsknął Borsuk sarkastycznie.
— Teoretycznie tak, ale czasem
interweniuje.
— Interweniuje? Dlaczego?
Na odpowiedź nie musieliśmy długo
czekać.
— Zerwaliście pakt! Święte
przykazanie! – ryknęły wszystkie cztery usta Świętowita.
— Zaatakowaliście na Świętej Wyspie, za
pomocą środków niekonwencjonalnych!
— Ale oni jeszcze do wyspy nie
dopłynęli – oponował Swaróg.
— Milcz! Poniesiecie karę! Wszyscy…
Rozpętało się piekło. Potężna ulewa
spłynęła z nieba, przy wtórze huku błyskawic. Zerwał się wiatr,
momentalnie tworząc olbrzymie fale zalewające wyspę. Wystrzeliły
niszczycielskie wulkany. Bogowie topili się, ginęli w gorącej lawie lub
zasypywani byli przez unoszącą się ziemię i przygniatani przez walące się
dęby.
— Cała wstecz! Spierdalamy stąd! –
krzyknął Stary.
-33-
Uciekaliśmy, a za nami płonęła Wyspa Dębów, szalał tajfun zmiatając
wszystko na swojej drodze. Silniki ORP „Dzik“ pracowały na pełnych
obrotach, jakby zdawały sobie sprawę, że są naszym ratunkiem. Z wprawą
omijaliśmy rodzące się wiry wodne, tworzące się trąby powietrzne i pod
odpowiednim kątem wchodziliśmy na fale.
Jedynym marzeniem, jakie mieliśmy, to
wydostać się z tego fioletowego piekła. W oczach dowódcy zgasło marzenie
o przywróceniu ładu politycznego, kapłani Rodzimego Kościoła Polskiego
wyglądali tak, jakby chcieli jak najszybciej zapomnieć o całym ruchu
neopogańskim, wziąć wędkę i iść na ryby, a jedynym pragnieniem naszych
marynarzy była służba w lotnictwie. Tam przynajmniej spadochrony dają.
Kierowaliśmy okręt w stronę portalu, w
stronę bramy do naszego świata. Niedoskonałego, chaotycznego, targanego
sprzecznymi ideami, czasem kretyńskiego, ale świata, którego prawa i zasady
rozumieliśmy. Uciekaliśmy z Raju. Uciekaliśmy z Piekła.
Nagle wstrząsnęło okrętem, rzucając nas
wszystkich na pokład. Piorun trafił w jeden z silników. Ktoś zaklął
siarczyście, ktoś inny zaczął lamentować. Okręt zwolnił, pracując tylko
na jednym silniku, który również dziwnie charczał.
— Widzę portal! – Wrona wskazał ręką
tęczę nad taflą wody. – Udało się.
— Jesteśmy uratowani! – wrzeszczał mi
nad uchem.
— Nie jestem tego taki pewny –
odburknąłem sceptycznie. – Nie promieniuje światłem. Jakby był
wyłączony. Nieczynny?
— Co teraz? – zapytał Wrona.
Zatrzymaliśmy okręt przed wygasłym
portalem.
— Nie wiem. Może trzeba Welesa
zawołać? – Byłem zły, zmęczony i wkurzony. Za nami ciągnął tajfun
i tony wody. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu.
— Hej, wy! – Dowódca krzyknął do
neopogan. – Wymyślcie coś szybko!
Żercy pokręcili głowami w swojej ignorancji,
kapłanki się rozpłakały.
— Może jakieś hasło potrzebne? –
zasugerowałem.
— Kurwa mać! – krzyknął wściekły
komandor.
— Nie działa – mruknąłem.
W tym momencie do naszych uszu doszło
obłędne zawodzenie, jakby zza grobu.
Przerażające i przyprawiające o ciarki.
Dopiero po kilku sekundach zorientowaliśmy się, że to porucznik Jan-Maria
Kózka śpiewa. Twarz miał natchnioną, oczy wywrócone na drugą stronę, tak
że było widać tylko białka. Opętało go? – pomyślałem. Wydawało się,
że recytuje jakąś litanię. Nie dosłyszałem wszystkich słów, ale
końcówka brzmiała mniej więcej tak:
Odchodzimy w sen, jako że dzień przeszedł i ciemność nastała.
Portal rozbłysnął, otwierając drzwi do naszego świata.
Komentarze 3 z 3
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca.
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu.

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk!
Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.




Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10
Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu