Prasłowiańska Zamieć

Darek Domagalski publikacja 30 Wrzesień 2008, 16:03 Poprawki 10 Listopad 2009, 04:22 Gatunek Mity, prasłowiańskie Czytano 12710 razy
3 głosy
Spis treści utworu
Prasłowiańska Zamieć
2. Wyjście z portu
3. Nowa Prawda
4. Przewrót, na bogów?
5. Księga Welesa
6. Razy Pięścią
7. To ja, Wrona...
8. Ofiara w Panierce
9. Nie koleś! - Swaróg!
10. Dym w Wyraju
11. Dryf na Spitsbergen

-30-

Nie wiem, co odwaliło dowódcy, że się zgodził. Nie wiem, co mnie podkusiło, że go do tego namawiałem? Przecież obaj byliśmy trzeźwi.
Teraz z perspektywy czasu myślę, że nie mieliśmy wyjścia. Układ proponowany przez Swaroga był prosty:
Wy pomożecie nam, my pomożemy wam.
Cały plan opierał się na intrydze. Intrydze grubymi nićmi szytej. W naszym świecie coś takiego by nie przeszło. Ludzie aż tak naiwni nie są. Ten świat rządził się jednak innymi prawami.
Jakby wam tu wytłumaczyć, na czym polegają wojny Kauków? Graliście kiedyś w szachy? Wiecie więc, na czym ta gra polega. Po szachownicy poruszają się figury białe i czarne. Zbite piony są usuwane z gry, żeby w następnej rozgrywce znowu powrócić na plac boju. Tymi pionami byli podrzędni bogowie. Każda ze stron posiada króla, którego zbić nie można. Można go jednak zaszachować. Obecnie zaszachowany był król – Czarnogłów. Nie miał możliwości ruchu, wszystkie warianty obrony wyczerpał. Nie przewidział jednak, że jego Hetman – Swaróg – wpadnie na iście diabelski plan. Co by się stało, jakby na planszy pojawił się dodatkowy pion? Pochodzący z zewnątrz, nie podlegający zasadom rozgrywki? Tym pionem miał być okręt podwodny ORP „Dzik“.
Wiecie, na czym polega poddanie króla w szachach? Symbolicznie przewraca się figurę króla. W świecie Wyraju, miejscem, gdzie taki symboliczny akt następował, była Wyspa Dębów. Właśnie tam Kaukowie ogłaszali swoją kapitulację. Tradycja nakazywała przybycie na wyspę bez broni, gdyż jakikolwiek akt użycia siły w tym miejscu był świętokradztwem.
Tak więc Czarnogłów przybył na Wyspę Dębów z całą swoją świtą i oczekiwał na Białobogę, która miała przyjąć akt kapitulacji. Stał tam wcielony w potężnego trojana o trzech kozich głowach. Otaczała go niewielka już grupa popleczników. Brakowało Swaroga, który w tym właśnie momencie lustrował okolicę przez peryskop.
ORP „Dzik“ czekał w zanurzeniu na łódź, którą miała przybyć bogini. Jak już się domyśliliście, mieliśmy zamiar ją storpedować. Taki mały fortel.
Pamiętacie, Swarogu, o umowie? – zapytał podejrzliwie Stary.
Spokojnie, kniaziu. Wyeliminujemy Białobogę i jej ferajnę, a wtedy pomogę
ci zdobyć władzę w twoim świecie.
— Z moralnego punktu widzenia uważam to za niewłaściwe – odezwał się porucznik Kózka. No tak, teraz na Akademii Wojskowej to etykę wykładają. Dowódca spojrzał na niego ironicznie, usiłując przypomnieć sobie, co znaczy słowo moralność.
— My ich tylko likwidujemy, usuwamy na jakiś czas z obiegu. Powrócą, jak to powiedzieć?… W następnej rozgrywce.
— Ja jednak zgłaszam zastrzeżenie i proszę, żeby to zostało odnotowane w dzienniku pokładowym! – Gówniarz się upierał.
— Kózka, my nie prowadzimy od miesięcy dziennika pokładowego – oświeciłem naszego drugiego oficera.
— Proszę księdza, niech ksiądz coś zrobi. My ich pozabijamy – zwrócił się do księdza Henryka, chwytając się ostatniej deski ratunku. Ten spojrzał na niego spode łba, łyknął z piersiówki spirytusu i odrzekł:
— Ja w nich i tak nie wierzę.

-31-

– Płynie! To ona – zakomunikował Swaróg, robiąc mi miejsce przy peryskopie.
Faktycznie. W kierunku Wyspy Dębów powoli i majestatycznie zmierzała dużych rozmiarów galera. Wiosła miarowo uderzały o lazurową wodę, czarne proporce powiewały na maszcie, a okręt eskortowały lecący po obu jego burtach żmijowie. Na górnym pokładzie stała ona – Białoboga. Górowała nad innymi, pomniejszymi bogami co najmniej pół metra. Ubrana w czarną, wydawałoby się utkaną z nocy, suknię. Z kolorem sukni kontrastowały długie białe włosy, rozpuszczone na wietrze. Dumna, pewna siebie, zwycięska.
Jeszcze tylko przez chwilę. Podałem koordynaty celu. Rozwarły się luki torpedowe. Torpedy kalibru 533,4 mm pomknęły przed siebie. Wrona odliczał sekundy do kontaktu, Stary pocierał w zadumie zarost na policzku, Kózka przymknął oczy w modlitwie za zmarłych, ksiądz Henryk czknął po kolejnym pociągnięciu z piersiówki.
Ja przez peryskop ujrzałem słup ognia.
— Pierwsza doszła – oznajmiłem beznamiętnie.
Porucznik Kózka się przeżegnał.
Kolejny słup ognia.
— Druga w celu!
Porucznik Kózka ponownie się przeżegnał.
Ksiądz Henryk beknął.
— Trzecia i czwarta też. To koniec. – Gardło ścisnął mi smutek. Nie myślałem, że tak zareaguję. To miał być bezosobowy cel. Uświadomiłem sobie nagle, że posłaliśmy na dno żywe istoty. Nie miało znaczenia, że to bogowie, którzy się odrodzą. Żywe istoty. Gorzki jest smak zwycięstwa.
Swaróg tańczył z radości kozaka na mostku. Reszta przyglądała się temu zniesmaczona, z nietęgimi minami i świadomością tego, co przed chwilą nastąpiło.
— Pełne wynurzenie! – zarządził Borsuk.

-32-

Płynęliśmy wśród dryfujących desek, spalonych płócien żaglowych, połamanych wioseł i rozerwanych szczątków. Smocze, zielone ażdahy przelatywały nad naszymi głowami i dobijały ranne i okaleczone w wybuchach żmije. W czasie eksplozji znalazły się zbyt blisko galery i teraz z osmalonymi bokami i uszkodzonymi skrzydłami stały się łatwym łupem dla smoków Czarnogłowa.
Na wyspie zaś odbywała się celebra.
Z pokładu obserwowaliśmy, jak bogowie tańczyli i śpiewali z radości. Wino wylewało się z kielichów, beczki miodu krążyły z rąk do rąk. Jaryło śpiewał czystym mocnym, młodzieńczym głosem, Borewit grał na harmonii, Żywia wykonywała striptiz, Strzybóg strzelał z pepeszy na wiwat, a Bobo brykał po łące, przypominając raczej tygryska z ?Kubusia Puchatka? niż groźnego demona.
Tylko Czarnogłów stał milczący i smutny. Opuścił wszystkie trzy kozie głowy i pogrążył się w zadumie. Zmęczony wiecznym cyklem narodzin i śmierci, ciągłą walką i udręką przeznaczenia. Zrezygnowany.
Co się urodzi, musi też umrzeć, ale co umrze, również się odrodzi?
Pamiętałem starosłowiańskie słowa, lecz dopiero tutaj, po drugiej stronie Drogi Mlecznej, na innej planecie, wśród istot, które uważamy za bogów, lub w prawdziwym Raju wśród prawdziwych bogów, dotarły do mnie z pełną mocą. Wdarły się do mojej podświadomości, przewierciły się przez mózg, pozostawiając we mnie prawdziwą wiedzę o istocie wszechświata. Na zawsze.
Już nic nie będzie takie samo.
Nagle błysnęło i rozdarło się fioletowe niebo. Wystrzelił z niego słup jasnego światła, uderzając o powierzchnię wody, ledwie kilka metrów od naszego okrętu. Uformował postać o czterech twarzach zwróconych we wszystkie strony świata.
Na wyspie zaprzestano tańców i zabawy. Bogowie porażeni padli na kolana. Drżeli ze strachu i trwogi. Niektórzy łkali. Musiał być to dla nich niecodzienny widok.
— O kurwa, Świętowit – wyszeptał kompletnie zaskoczony Swaróg.
— A mówiłeś, że to tylko idea – parsknął Borsuk sarkastycznie.
— Teoretycznie tak, ale czasem interweniuje.
— Interweniuje? Dlaczego?
Na odpowiedź nie musieliśmy długo czekać.
— Zerwaliście pakt! Święte przykazanie! – ryknęły wszystkie cztery usta Świętowita.
— Zaatakowaliście na Świętej Wyspie, za pomocą środków niekonwencjonal­nych!
— Ale oni jeszcze do wyspy nie dopłynęli – oponował Swaróg.
— Milcz! Poniesiecie karę! Wszyscy…
Rozpętało się piekło. Potężna ulewa spłynęła z nieba, przy wtórze huku błyskawic. Zerwał się wiatr, momentalnie tworząc olbrzymie fale zalewające wyspę. Wystrzeliły niszczycielskie wulkany. Bogowie topili się, ginęli w gorącej lawie lub zasypywani byli przez unoszącą się ziemię i przygniatani przez walące się dęby.
— Cała wstecz! Spierdalamy stąd! – krzyknął Stary.

-33-

Uciekaliśmy, a za nami płonęła Wyspa Dębów, szalał tajfun zmiatając wszystko na swojej drodze. Silniki ORP „Dzik“ pracowały na pełnych obrotach, jakby zdawały sobie sprawę, że są naszym ratunkiem. Z wprawą omijaliśmy rodzące się wiry wodne, tworzące się trąby powietrzne i pod odpowiednim kątem wchodziliśmy na fale.
Jedynym marzeniem, jakie mieliśmy, to wydostać się z tego fioletowego piekła. W oczach dowódcy zgasło marzenie o przywróceniu ładu politycznego, kapłani Rodzimego Kościoła Polskiego wyglądali tak, jakby chcieli jak najszybciej zapomnieć o całym ruchu neopogańskim, wziąć wędkę i iść na ryby, a jedynym pragnieniem naszych marynarzy była służba w lotnictwie. Tam przynajmniej spadochrony dają.
Kierowaliśmy okręt w stronę portalu, w stronę bramy do naszego świata. Niedoskonałego, chaotycznego, targanego sprzecznymi ideami, czasem kretyńskiego, ale świata, którego prawa i zasady rozumieliśmy. Uciekaliśmy z Raju. Uciekaliśmy z Piekła.
Nagle wstrząsnęło okrętem, rzucając nas wszystkich na pokład. Piorun trafił w jeden z silników. Ktoś zaklął siarczyście, ktoś inny zaczął lamentować. Okręt zwolnił, pracując tylko na jednym silniku, który również dziwnie charczał.
— Widzę portal! – Wrona wskazał ręką tęczę nad taflą wody. – Udało się.
— Jesteśmy uratowani! – wrzeszczał mi nad uchem.
— Nie jestem tego taki pewny – odburknąłem sceptycznie. – Nie promieniuje światłem. Jakby był wyłączony. Nieczynny?
— Co teraz? – zapytał Wrona.
Zatrzymaliśmy okręt przed wygasłym portalem.
— Nie wiem. Może trzeba Welesa zawołać? – Byłem zły, zmęczony i wkurzony. Za nami ciągnął tajfun i tony wody. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu.
— Hej, wy! – Dowódca krzyknął do neopogan. – Wymyślcie coś szybko!
Żercy pokręcili głowami w swojej ignorancji, kapłanki się rozpłakały.
— Może jakieś hasło potrzebne? – zasugerowałem.
— Kurwa mać! – krzyknął wściekły komandor.
— Nie działa – mruknąłem.
W tym momencie do naszych uszu doszło obłędne zawodzenie, jakby zza grobu.
Przerażające i przyprawiające o ciarki. Dopiero po kilku sekundach zorientowaliśmy się, że to porucznik Jan-Maria Kózka śpiewa. Twarz miał natchnioną, oczy wywrócone na drugą stronę, tak że było widać tylko białka. Opętało go? – pomyślałem. Wydawało się, że recytuje jakąś litanię. Nie dosłyszałem wszystkich słów, ale końcówka brzmiała mniej więcej tak:

Odchodzimy w sen, jako że dzień przeszedł i ciemność nastała.

Portal rozbłysnął, otwierając drzwi do naszego świata.



Komentarze 3 z 3 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10

Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Anna Wołosiak
01 Październik 2008, 17:43

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca. ;) 
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Maciej Domagalski
03 Październik 2008, 01:31

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk! ;) Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Źle czytać z monitora? - drukuj pobrane nowele PDF. Zaglądaj do ulubionej treści on-line, może być poprawiana lub rozwijana.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi