Prasłowiańska Zamieć

Darek Domagalski publikacja 30 Wrzesień 2008, 16:03 Poprawki 10 Listopad 2009, 04:22 Gatunek Mity, prasłowiańskie Czytano 12428 razy
3 głosy
Spis treści utworu
Prasłowiańska Zamieć
2. Wyjście z portu
3. Nowa Prawda
4. Przewrót, na bogów?
5. Księga Welesa
6. Razy Pięścią
7. To ja, Wrona...
8. Ofiara w Panierce
9. Nie koleś! - Swaróg!
10. Dym w Wyraju
11. Dryf na Spitsbergen

-4-

Cumy błyskawicznie zostały zrzucone, silniki manewrowe zawyły i ORP „Dzik“ na pełnym ciągu, prawie zahaczając o falochron, wyszedł z portu. Nigdy jeszcze nie udało nam się przeprowadzić tak doskonałego i szybkiego manewru. Nigdy też nie widzieliśmy Starego tak zdenerwowanego. Zazwyczaj leniwy i obojętny wyraz twarzy zastąpił mars, sugerujący skupienie, kropelki potu spływały po czole dowódcy, a w jego głosie wyczuwało się wzburzenie i groźbę. Na mostku sam wydawał wszystkie komendy. Próbując nie patrzeć mu w oczy, posłusznie wykonywaliśmy każdy rozkaz.
W tej właśnie chwili, automatycznie spełniając polecenia Starego, musiałem przyznać się do błędu. Zaakceptować rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę, a nie taką, w jaką chciałem wierzyć. Zacząłem nawet zastanawiać się nad porządkiem wszechświata, nad jego naturą, taoistycznym systemem równowagi?
I musiałem przyznać, wbrew sobie, że – jakkolwiek abstrakcyjnie i niewiarygodnie to brzmiało – porucznik Kózka miał rację!
Coś się dzieje.
Będzie chryja, i to dużego formatu.

-5-

W swoim przekonaniu upewniłem się, kiedy wraz z dowódcą obserwowaliśmy oddalające się nabrzeże oksywskie. Na kei niczym mrówki krzątali się ubrani na czarno agenci rządowi. Krzyczeli i wygrażali pięściami w naszym kierunku. Jakiś starszy rangą oficer nawoływał przez megafon do powrotu, apelował, groził, a nawet błagał. Koronnym argumentem miało być to, że porwaliśmy jedyny okręt w całej Marynarce Wojennej, będący aktualnie na chodzie. W ten sposób pozbawiliśmy ojczyznę możliwości obrony przed potencjalnym agresorem. Pozbawiliśmy ich również możliwości pościgu.
Po chwili oficer Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego zaczął nam grozić sankcjami. Właśnie zacząłem zastanawiać się, czyby go nie potraktować z zamontowanego nam w ramach eksperymentu psychologicznego, oraz powrotu do tradycji II wojny światowej, działka pokładowego , kiedy spojrzałem w surowe oczy Borsuka. Pokręcił przecząco głową, jakimś dziwnym sposobem odczytując moje myśli. Zawsze podejrzewałem go o ukryte zdolności telepatyczne, które często wykorzystywał podczas służby. Inaczej ze swoją komunistyczną przeszłością nie zostałby dowódcą ORP „Dzik“.
Odgłosy z kei ustawały. Może ludziki ubrane na czarno zdały sobie sprawę z własnej bezsilności, a może odległość stłumiła ich nawoływania.
Mogłem się tylko domyślać, skąd ABW tak szybko znalazła się w porcie.
Stary nie miał w tym względzie żadnych wątpliwości:
— Pierwszy, proszę aresztować porucznika Kózkę.

-6-

Odprowadziłem Kózkę do aresztu, nie powiem, że bez satysfakcji.
Wydawał się w totalnym szoku. Nie rozumiał, dlaczego ponosi karę, skoro tylko spełnił swój patriotyczny obowiązek. Sądził, że raczej otrzyma pochwałę z wpisem do akt. A tutaj taki zawód go spotkał.
Podejrzewam, że będąc w szkole, tuż przed lekcjami podchodził do nauczyciela i skarżył na kolegów. Musiało tak być, bo nie wyobrażam sobie, w jaki inny sposób mógłby pokończyć szkoły. Inteligencją – jak już wcześniej wspomniałem – nie grzeszył.
Zamykając drzwi prowizorycznego aresztu, czyli po prostu kajuty porucznika Kózki, dostrzegłem łzy na jego policzku. Chłopak kompletnie się rozkleił.
Nie miałem ochoty ani czasu na pocieszanie smarkacza. Za chwilę w mesie odbyć się miało spotkanie kadry oficerskiej. Kilka spraw powinno się wyjaśnić. Byłem niezmiernie ciekaw, co kombinuje Borsuk.

-7-

– Jak już zdążyliście się zorientować, mamy sytuację kryzysową. – Dowódca ORP „Dzik“ mówił powoli, żeby wszyscy zrozumieli. Kompletnie nie wiem dlaczego, ponieważ Kózka, któremu zawsze trzeba było wszystko wystawić łopatologicznie, w naradzie nie uczestniczył. Z drugiej strony Kózka nie był wyjątkiem. Rozejrzałem się po zebranych w mesie oficerach.
Teoretycznie na flagowym okręcie powinni służyć ludzie o współczynniku inteligencji wyższym niż temperatura zamarzania wody. Niestety nie zawsze tak było. Ciężka służba na morzach i oceanach, wiążąca się z obowiązkiem godnego reprezentowania Polskiej Marynarki Wojennej we wszelkich możliwych spelunach, honorowego wypicia, cokolwiek postawią, i sprostania każdej dziewce portowej ku chwale ojczyzny, spowodowała swoisty drenaż mózgu. Po ostatnim teście na inteligencję specjaliści z NATO dzwonili do Discovery z informacją, że odkryli zapomniane plemię neandertalczyków. W końcu admiralicja wyciągnęła średnią z testów, dodała do wyniku 25 i takim oto sposobem przekroczyliśmy sto punktów IQ.
Bosman wpatrywał się w dowódcę, starając się uchwycić każde słowo. Trzeba mu przyznać – był uważny. Podejrzewam jednak, że odpłynął w swoich medytacjach zen, bo iskierki zrozumienia w jego oczach nie spostrzegłem.
Podporucznik Wrona, trzeci oficer, uwielbiany przez kobiety ciemnowłosy amant o brązowych oczach, z zawadiackim wąsikiem i szelmowskim uśmiechem, znudzony dłubał w nosie.
Awansowany niedawno na bosmanmata Albert Wagner wyglądał jak nie z tej bajki. I poniekąd rzeczywiście był nie z tej bajki, a konkretnie z legendy. Ale to osobna historia.
Obok niego siedzieli dwaj młodzi podporucznicy z maszynowni. Nic godnego uwagi, może oprócz tego, że byli bliźniakami, mentalnie ze sobą powiązanymi. Objawiało się to tym, że kiedy jeden z nich miał zły humor, to drugi też był nie w sosie, gdy jeden się potknął i wywrócił w nawigacyjnym rozwalając busolę, drąc mapy i niszcząc radar, to drugi w tym samym momencie dokonywał zniszczeń, wywracając się w maszynowni. Stary postanowił ich umieścić w jednym dziale, żeby zminimalizować szkody. Strach pomyśleć, co by było, gdyby Polską rządzili bliźniacy na dwóch kluczowych stanowiskach w państwie.
Reszta zebranych wykazywała mniejsze lub większe zainteresowanie, wodząc wzrokiem po ścianach.
— Właśnie dokonaliśmy porwania flagowego okrętu polskiej Marynarki Wojennej – dowódca mówił, a na twarzach zebranych nadal malowało się znużenie – i jak pewnie doskonale zdajecie sobie sprawę, grozi za to czapa.



Komentarze 3 z 3 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10

Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Anna Wołosiak
01 Październik 2008, 17:43

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca. ;) 
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Maciej Domagalski
03 Październik 2008, 01:31

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk! ;) Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Losowy tytuł - loteria nieocenionych przez Ciebie. Oceniaj i korzystaj z funkcji do odszukiwania nieczytanych opowieści.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi