Prasłowiańska Zamieć
3 głosy
-4-
Cumy błyskawicznie zostały zrzucone, silniki manewrowe zawyły i ORP
„Dzik“ na pełnym ciągu, prawie zahaczając o falochron, wyszedł
z portu. Nigdy jeszcze nie udało nam się przeprowadzić tak doskonałego
i szybkiego manewru. Nigdy też nie widzieliśmy Starego tak zdenerwowanego.
Zazwyczaj leniwy i obojętny wyraz twarzy zastąpił mars, sugerujący
skupienie, kropelki potu spływały po czole dowódcy, a w jego głosie
wyczuwało się wzburzenie i groźbę. Na mostku sam wydawał wszystkie
komendy. Próbując nie patrzeć mu w oczy, posłusznie wykonywaliśmy każdy
rozkaz.
W tej właśnie chwili, automatycznie
spełniając polecenia Starego, musiałem przyznać się do błędu.
Zaakceptować rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę, a nie taką, w jaką
chciałem wierzyć. Zacząłem nawet zastanawiać się nad porządkiem
wszechświata, nad jego naturą, taoistycznym systemem równowagi?
I musiałem przyznać, wbrew sobie, że –
jakkolwiek abstrakcyjnie i niewiarygodnie to brzmiało – porucznik Kózka
miał rację!
Coś się dzieje.
Będzie chryja, i to dużego formatu.
-5-
W swoim przekonaniu upewniłem się, kiedy wraz z dowódcą obserwowaliśmy
oddalające się nabrzeże oksywskie. Na kei niczym mrówki krzątali się
ubrani na czarno agenci rządowi. Krzyczeli i wygrażali pięściami w naszym
kierunku. Jakiś starszy rangą oficer nawoływał przez megafon do powrotu,
apelował, groził, a nawet błagał. Koronnym argumentem miało być to, że
porwaliśmy jedyny okręt w całej Marynarce Wojennej, będący aktualnie na
chodzie. W ten sposób pozbawiliśmy ojczyznę możliwości obrony przed
potencjalnym agresorem. Pozbawiliśmy ich również możliwości pościgu.
Po chwili oficer Agencji Bezpieczeństwa
Wewnętrznego zaczął nam grozić sankcjami. Właśnie zacząłem zastanawiać
się, czyby go nie potraktować z zamontowanego nam w ramach eksperymentu
psychologicznego, oraz powrotu do tradycji II wojny światowej, działka
pokładowego , kiedy spojrzałem w surowe oczy Borsuka. Pokręcił przecząco
głową, jakimś dziwnym sposobem odczytując moje myśli. Zawsze podejrzewałem
go o ukryte zdolności telepatyczne, które często wykorzystywał podczas
służby. Inaczej ze swoją komunistyczną przeszłością nie zostałby
dowódcą ORP „Dzik“.
Odgłosy z kei ustawały. Może ludziki ubrane
na czarno zdały sobie sprawę z własnej bezsilności, a może odległość
stłumiła ich nawoływania.
Mogłem się tylko domyślać, skąd ABW tak
szybko znalazła się w porcie.
Stary nie miał w tym względzie żadnych
wątpliwości:
— Pierwszy, proszę aresztować
porucznika Kózkę.
-6-
Odprowadziłem Kózkę do aresztu, nie powiem, że bez satysfakcji.
Wydawał się w totalnym szoku. Nie rozumiał,
dlaczego ponosi karę, skoro tylko spełnił swój patriotyczny obowiązek.
Sądził, że raczej otrzyma pochwałę z wpisem do akt. A tutaj taki zawód
go spotkał.
Podejrzewam, że będąc w szkole, tuż przed
lekcjami podchodził do nauczyciela i skarżył na kolegów. Musiało tak być,
bo nie wyobrażam sobie, w jaki inny sposób mógłby pokończyć szkoły.
Inteligencją – jak już wcześniej wspomniałem – nie grzeszył.
Zamykając drzwi prowizorycznego aresztu, czyli
po prostu kajuty porucznika Kózki, dostrzegłem łzy na jego policzku. Chłopak
kompletnie się rozkleił.
Nie miałem ochoty ani czasu na pocieszanie
smarkacza. Za chwilę w mesie odbyć się miało spotkanie kadry oficerskiej.
Kilka spraw powinno się wyjaśnić. Byłem niezmiernie ciekaw, co kombinuje
Borsuk.
-7-
– Jak już zdążyliście się zorientować, mamy sytuację
kryzysową. – Dowódca ORP „Dzik“ mówił powoli, żeby wszyscy
zrozumieli. Kompletnie nie wiem dlaczego, ponieważ Kózka, któremu zawsze
trzeba było wszystko wystawić łopatologicznie, w naradzie nie uczestniczył.
Z drugiej strony Kózka nie był wyjątkiem. Rozejrzałem się po zebranych w
mesie oficerach.
Teoretycznie na flagowym okręcie powinni
służyć ludzie o współczynniku inteligencji wyższym niż temperatura
zamarzania wody. Niestety nie zawsze tak było. Ciężka służba na morzach
i oceanach, wiążąca się z obowiązkiem godnego reprezentowania Polskiej
Marynarki Wojennej we wszelkich możliwych spelunach, honorowego wypicia,
cokolwiek postawią, i sprostania każdej dziewce portowej ku chwale ojczyzny,
spowodowała swoisty drenaż mózgu. Po ostatnim teście na inteligencję
specjaliści z NATO dzwonili do Discovery z informacją, że odkryli
zapomniane plemię neandertalczyków. W końcu admiralicja wyciągnęła
średnią z testów, dodała do wyniku 25 i takim oto sposobem
przekroczyliśmy sto punktów IQ.
Bosman wpatrywał się w dowódcę, starając
się uchwycić każde słowo. Trzeba mu przyznać – był uważny. Podejrzewam
jednak, że odpłynął w swoich medytacjach zen, bo iskierki zrozumienia w jego
oczach nie spostrzegłem.
Podporucznik Wrona, trzeci oficer, uwielbiany
przez kobiety ciemnowłosy amant o brązowych oczach, z zawadiackim wąsikiem
i szelmowskim uśmiechem, znudzony dłubał w nosie.
Awansowany niedawno na bosmanmata Albert Wagner
wyglądał jak nie z tej bajki. I poniekąd rzeczywiście był nie z tej
bajki, a konkretnie z legendy. Ale to osobna historia.
Obok niego siedzieli dwaj młodzi podporucznicy
z maszynowni. Nic godnego uwagi, może oprócz tego, że byli bliźniakami,
mentalnie ze sobą powiązanymi. Objawiało się to tym, że kiedy jeden z nich
miał zły humor, to drugi też był nie w sosie, gdy jeden się potknął
i wywrócił w nawigacyjnym rozwalając busolę, drąc mapy i niszcząc radar,
to drugi w tym samym momencie dokonywał zniszczeń, wywracając się w
maszynowni. Stary postanowił ich umieścić w jednym dziale, żeby
zminimalizować szkody. Strach pomyśleć, co by było, gdyby Polską rządzili
bliźniacy na dwóch kluczowych stanowiskach w państwie.
Reszta zebranych wykazywała mniejsze lub
większe zainteresowanie, wodząc wzrokiem po ścianach.
— Właśnie dokonaliśmy porwania flagowego
okrętu polskiej Marynarki Wojennej – dowódca mówił, a na twarzach
zebranych nadal malowało się znużenie – i jak pewnie doskonale zdajecie
sobie sprawę, grozi za to czapa.
Komentarze 3 z 3
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca.
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu.

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk!
Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.




Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10
Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu