Prasłowiańska Zamieć
3 głosy
-11-
Kiedy wychodziliśmy z cieśniny Skagerrak, spotkała nas niemiła przygoda.
Sonar zasygnalizował poruszający się przed nami obiekt. Domyślaliśmy, się
co to oznacza. Wszyscy obecni na mostku pobledli i być może pierwszy raz w
życiu ogarnął ich pierwotny zwierzęcy strach. Podporucznik Wrona był
najszybciej przy urządzeniu. Porównał odczyty.
Brytyjski okręt podwodny typu
„Trafalgar“ – powiedział łamiącym się głosem.
Może to HMS „Triumph“? Zawsze rutynowo
patroluje ten rejon Morza Północnego. Mam tam znajomego. – Wrona próbował
nas pocieszyć.
— Raczej ekipa poszukiwawcza. Założę się,
że ścigają nas teraz wszystkie jednostki NATO. – Nigdy nie tryskałem
nadmiernym optymizmem.
— Wyłączyć zbędną elektronikę. Cisza w
eterze! Uruchomić pole maskujące! – Komandor wyrzucał z siebie rozkazy
niczym karabin maszynowy kule.
Tylko system kamuflażu akustycznego
i radiometrycznego mógł nam uratować tyłek. Zamarliśmy w oczekiwaniu.
Sygnał był coraz silniejszy. Brytyjski okręt zbliżał się nieubłaganie.
— Jesteśmy w zasięgu jego torped –
poinformował szeptem Wrona.
— Cicho! – Borsuk był wyraźnie
zdenerwowany.
Nie słyszałem, żeby ktoś wcześniej porwał
okręt wojenny państwa należącego do NATO. Można powiedzieć, że w tym
względzie byliśmy prekursorami. Zdarzenie bez precedensu, ale nietrudno się
było domyślić, jakie rozkazy otrzymała ekipa pościgowa. Prawdopodobne
brzmiały one: ?Seek and destroy!?
Oczyma wyobraźni widziałem, jak torpedy typu
Mk 24 Tigerfish startują z wyrzutni umieszczonych tuż za hydrolokatorem
dziobowym Angoli, docierają do celu i rozrywają kadłub naszego „Dzika“.
Pożary, ciśnienie rozrywające bębenki w uszach, woda zalewająca
nozdrza…
No cóż, pesymista ze mnie?
Sygnał narastał.
Jeden z chorążych od radiometrii zaczął
płakać i trząść się jak galareta. Uspokoił się, kiedy bosman położył
mu swoją wielką dłoń na ramieniu. Komandor z kamienną miną stukał
bezgłośnie palcem o ścianę, podporucznik Wrona obgryzał paznokcie, a
bosmanmat Albert Wagner zaczął morfować.
Jego szczęka wydłużyła się, kości
policzkowe rozszerzyły, zęby wychynęły zza obrzmiałych, sinych warg. Do
tego wszystkiego gładką dotychczas jak u niemowlęcia twarz pokrył bujny
zarost.
— Co mu jest? – spytał Borsuk, wskazując
podwładnego lekkim ruchem brody.
— Zaraz mu przejdzie – uspokajałem.
— On tak zawsze?
— Tylko w sytuacjach stresowych.
— Aha – odparł Stary, ale nadal
przypatrywał się krytycznie.
Cały problem polega na tym, że Albert Wagner
nie jest człowiekiem. Można powiedzieć, że należy do gatunku potworów.
Strasznych, przerażających istot, których dziedziną jest ciemność i noc.
Wyłaniających się z mroku, żeby pożreć, rozszarpać, rozczłonkować
człowieka, tudzież porwać dziecko i wychować na swojego sługę.
Bosmanmat Albert Wagner nie był jednak
taki.
Grendel – gdyż tak brzmiało jego prawdziwe
imię – fizjonomię może i miał ohydną, ale tak naprawdę był bardziej
ludzki niż większość z nas. Pragnął jedynie akceptacji i przyjaźni.
Próbował zbratać się z ludźmi już kilka wieków temu w Danii, ale
spotkał się z szykanami i ostrą reakcją środowisk kościelnych. Musiał
uciekać po tym, jak okrutnie okaleczył go niejaki Beowulfa. Teraz, po setkach
lat tułaczki, znalazł nareszcie miejsce, gdzie czuł się dobrze. Tylko sztuki
iluzji jeszcze do końca nie opanował i w sytuacjach stresogennych zdarzało
się, że ukazywał prawdziwe oblicze.
— Albercik, spokojnie – powiedziałem
łagodnie, odpowiednio modulując głos.
— Oddychaj głęboko. No już, oddychamy
razem. Raz i dwa, raz i dwa. Widzisz, jak ci dobrze idzie? –
uśmiechnąłem się szeroko, kiedy ponownie przybrał oblicze dobrodusznego
Wagnera.
Tymczasem sygnał sonaru, oznaczający
brytyjską jednostkę, zaczął cichnąć. Angole nas nie zauważyli.
Odpłynęli. Tym razem nam się udało.
-12-
– Co Stary twoim zdaniem zamierza? – zapytał podporucznik Wrona
zgniatając pustą puszkę po piwie. Rzucił nią, próbując trafić do kosza
na śmieci. Oczywiście nie trafił, tak jak poprzednie siedem razy. Natomiast
wszystkie moje puszki ulokowane były w koszu. Czy miało znaczenie, że on pił
?Żywca?, a ja ?Tyskie?? Czy puszki z żywieckiego browaru miały uszkodzoną
aerodynamikę? Czy to raczej Wrona nie potrafił odpowiednio skoordynować pracy
rąk z narządem wzroku? Próbując rozwikłać arcyciekawe zagadnienie
psychoruchowe, nie zwróciłem w pierwszej chwili uwagi na pytanie.
— Co? – Moje myśli dopiero teraz
zaczęły powoli wracać do rzeczywistości.
— Pytałem, o co może chodzić Staremu.
Czemu dał się wkręcić w tak śmierdzącą sprawę jak polityka? –
powtórzył zniecierpliwiony, otwierając następne piwo.
— Władza, Wrona. Władza, kobiety
i pieniądze… – odparłem filozoficznie.
— Myślisz?
— No.
— Mój towarzysz libacji długo się
zastanawiał nad kolejnym pytaniem. Wydawało się, że coś rozważa,
analizuje. Wystawił nawet język, co jak wiadomo, w stanie wskazującym na
spożycie pomaga się skupić i zebrać myśli. W pewnym momencie odniosłem
wrażenie, że już sformułował tezę, że zaraz ją wyartykułuje, ale po
chwili z powątpiewaniem pokręcił głową.
— Nie mogłem być tak okrutny.
— O co chodzi, Wrona? – zapytałem.
— No bo wiesz… – zaczął z pewną
dozą nieśmiałości. – Ja dowódcę to zawsze za takiego idealistę
miałem. Taki nieżyciowy jest. On nawet nie wie, co oznacza słowo nepotyzm,
o praktycznym zastosowaniu nie wspomnę. Wierny ideałom młodości ma swoje
zasady, a tu taki numer. Polityka. Jakoś mi to do niego nie pasuje.
Wrona może i był pijany, ale musiałem
przyznać mu rację. Coś nie grało. Za poczynaniami Borsuka nie mogła się
kryć małostkowość ani chęć dochrapania czegoś u politycznego koryta
władzy. To by do niego nie pasowało.
Ale co w takim razie pasowało?
Wyciągnięcie galowego munduru na 1 maja
i 22 lipca. Wywieszanie szturmówki na różnorakie narodowe święta.
Deklarowanie wszem wobec swojego ateizmu. Obsypywanie kobiet goździkami
i wręczanie im w prezencie rajstop. Negacja wszystkiego co amerykańskie.
Nostalgia za czasami PRLu…
Nagle do mnie dotarło. To było jak grom
z jasnego nieba, jak oświecenie bez konieczności medytacji.
Komandor podporucznik Włodzimierz Borsuk
chciał przy pomocy prasłowiańskich bóstw przywrócić w Polsce komunizm.
Komentarze 3 z 3
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca.
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu.

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk!
Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.




Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10
Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu