Prasłowiańska Zamieć

Darek Domagalski publikacja 30 Wrzesień 2008, 16:03 Poprawki 10 Listopad 2009, 04:22 Gatunek Mity, prasłowiańskie Czytano 12674 razy
3 głosy
Spis treści utworu
Prasłowiańska Zamieć
2. Wyjście z portu
3. Nowa Prawda
4. Przewrót, na bogów?
5. Księga Welesa
6. Razy Pięścią
7. To ja, Wrona...
8. Ofiara w Panierce
9. Nie koleś! - Swaróg!
10. Dym w Wyraju
11. Dryf na Spitsbergen

-13-

Moje przypuszczenia potwierdziły się pod Murmańskiem, bo wynurzyliśmy się ni mniej, ni więcej – w okolicach rosyjskiego portu wojennego.
Niemal na kolanach błagałem komandora, żebyśmy tego nie robili. Uważałem, że ORP „Dzik“ powinien jak najszybciej opuścić wody terytorialne Federacji Rosyjskiej. Oficerowie Floty Północnej to nie takie popierdółki jak Angole. Nie przeoczą okrętu podwodnego typu ?kilo? zmierzającego na Ocean Arktyczny. No, chyba że będą kompletnie zaskoczeni i nie uwierzą w to, co widzą. Także ich procedury odpalania torped są mniej skomplikowane niż we flotach NATO. Nie ma co liczyć na spory proceduralne i dylematy moralne dowódców. Tutaj było ?agoń? i do piachu, znaczy się na dno.
Nasz okręt znalazł się w samym sercu Rosyjskiej Floty Północnej. Otaczały nas fregaty i hydropłaty rakietowe, atomowe uderzeniowe okręty podwodne, niszczyciele, krążowniki o napędzie nuklearnym, trałowce, stawiacze min, kilka okrętów rozpoznania radioelektronic­znego, a nawet jeden lotniskowiec. Nad głowami krążyły śmigłowce bojowe i helikoptery transportowe. Od czasu do czasu niebo rozdzierał huk przelatujących migów. Wojna jakaś czy co?
Stałem na pokładzie porażony sytuacją. Obok mnie Wrona trząsł się ze strachu, trzymając się kurczowo drabinki kiosku. Tylko komandor pewny siebie obserwował płynący ku nam poduszkowiec desantowy. Powoli zacząłem żegnać się z życiem. Zaraz Specnaz dokona abordażu i wszystkich nas wystrzelają, uprzednio torturując, a może nawet gwałcąc.
Okazało się jednak, że nasz dowódca wie, co robi.
Na pokładzie poduszkowca nie dostrzegłem oddziału szturmowego, a jedynie kilku marynarzy tworzących załogę i starszego, siwego mężczyznę w mundurze admiralskim. Jakaś szycha, być może nawet dowódca całego tego bajzlu.
— Zdrastwuj, Sasza! – powitał go Borsuk, kiedy poduszkowiec przybił do burty okrętu. Nasz dowódca znał wielu interesujących ludzi. Ciekawe, jak on lustrację przeszedł?
Słyszałem, jak wymienili między sobą kilka zdań po rosyjsku, a następnie Borsuk przeszedł na pokład poduszkowca.
— Pierwszy – zwrócił się do mnie – uzupełnimy paliwo i zapasy żywności. Przypilnujcie załadunku. Dostaniemy wszystko, czego sobie życzymy. Wracam za trzy godziny.
Odpłynęli, a ja zrozumiałem, że operacja zaplanowana jest na międzynarodową skalę.

-14-

Stary wrócił nie po trzech, ale po sześciu godzinach i do tego kompletnie pijany, z jakimś manuskryptem pod pachą. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia. W tym właśnie miejscu, niedaleko Murmańska, w kwietniowy wieczór padł mit. Mit wiecznie trzeźwego Borsuka. Najstarsze komandory ze wszystkich gdyńskich knajp nie pamiętają takiego wydarzenia. Niemożliwością było upicie dowódcy ORP „Dzik“, a wielu próbowało. Amerykanie, Anglicy, Szkoci, Norwegowie, oraz Finowie. Francuzi i Hiszpanie nawet nie stawali w szranki.
Borsuk z każdej takiej próby wychodził mocniejszy niż kiedykolwiek. ?Co cię nie zabije, uczyni cię silniejszym? – zwykł mawiać słowami Fredricha Nietzschego. Ale nie tym razem. Tym razem było to jego prywatne Waterloo.
No cóż, nie ma się czemu dziwić. W końcu trafił na Rosjan. Mieliśmy tylko nadzieję, że godnie reprezentował nasz kraj. Bo jak nie on, to kto?
Odebrałem Starego od rosyjskich marynarzy i zacząłem prowadzić do kajuty. Członkowie załogi odsuwali się z nabożnym szacunkiem, robiąc coś w rodzaju szpaleru. Nawet szeregowcy ze służby zasadniczej zdawali sobie sprawę, że są świadkami niezwykłego wydarzenia. Światopogląd niektórych z nich legł w gruzach. Jakiś starszy marynarz o wyżartej przez alkohol twarzy zapłakał. Pewnie Borsuk był dla niego niedościgłym wzorem.
Tymczasem komandor jak nie leciał mi bezwładnie przez ręce, to się wyrywał z okrzykiem: ?Do ataku! Agoń! Nu dajesz!?, albo śpiewał. Zawsze mnie zastanawia, dlaczego statystyczna większość Polaków po wypiciu większej ilości alkoholu staje się specjalistami od polityki wewnętrznej i zagranicznej kraju, żeby za chwilę z równą łatwością poprowadzić reprezentację narodową w piłce nożnej, jak i wyprowadzić prosty wzór na ogólną teorię wszystkiego. I zawsze kończą tak samo. Śpiewając pieśń, którą teraz Stary wyryczał prosto w moje ucho. Poczułem, jak mi bębenki eksplodują.

Hej, hej, hej sokoły
Omijajcie góry, lasy, doły
Dzwoń, dzwoń, dzwoń, dzwoneczku
Mój stepowy skowroneczku?

-15-

Po jakiejś godzinie udało mi się go położyć spać. Obyło się bez opowiadania bajki, ale nie bez wypicia pół litra wódki. Koniecznie musiał mnie poczęstować na dobranoc.
Więc piliśmy.
Odetchnąłem z ulgą, usłyszawszy wreszcie jego chrapanie. Nagle podniósł się na koi, wypił do końca trzymaną w ręku szklankę wódki i opadł, ponownie zasypiając.
Dopiero teraz mogłem się przyjrzeć tajemniczemu manuskryptowi, jaki przywlókł ze sobą od Ruskich. Najdelikatniej, jak potrafiłem, wyciągnąłem księgę zza pazuchy komandora, przy okazji zrzucając lampkę nocną i potykając się o postawione przy koi buty. Na szczęście spał jak zabity. Chwiejnym krokiem dotarłem do stołu, w duchu przeklinając się, że uległem i dałem w siebie wmusić napój wyskokowy, kiedy ojczyzna wzywa. W końcu, walcząc z zawrotami głowy, usiadłem i położywszy manuskrypt na blacie, zacząłem go przeglądać.
Kartki nie były z papirusu, jak się spodziewałem, lecz z cienkich drewnianych deseczek. Napisy w jakimś dziwnym starosłowiańskim dialekcie zostały wyryte dłutem i pokryte lakierem.
W jednej chwili zupełnie otrzeźwiałem, a z mojego gardła dobiegł zdławiony okrzyk zdumienia. Musiałem się przytrzymać, żeby nie spaść z krzesła.
Miałem przed sobą legendarną Księgę Welesa.



Komentarze 3 z 3 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10

Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Anna Wołosiak
01 Październik 2008, 17:43

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca. ;) 
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Maciej Domagalski
03 Październik 2008, 01:31

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk! ;) Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Źle czytać z monitora? - drukuj pobrane nowele PDF. Zaglądaj do ulubionej treści on-line, może być poprawiana lub rozwijana.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi