Prasłowiańska Zamieć
3 głosy
-13-
Moje przypuszczenia potwierdziły się pod Murmańskiem, bo wynurzyliśmy
się ni mniej, ni więcej – w okolicach rosyjskiego portu wojennego.
Niemal na kolanach błagałem komandora,
żebyśmy tego nie robili. Uważałem, że ORP „Dzik“ powinien jak
najszybciej opuścić wody terytorialne Federacji Rosyjskiej. Oficerowie Floty
Północnej to nie takie popierdółki jak Angole. Nie przeoczą okrętu
podwodnego typu ?kilo? zmierzającego na Ocean Arktyczny. No, chyba że będą
kompletnie zaskoczeni i nie uwierzą w to, co widzą. Także ich procedury
odpalania torped są mniej skomplikowane niż we flotach NATO. Nie ma co liczyć
na spory proceduralne i dylematy moralne dowódców. Tutaj było ?agoń? i do
piachu, znaczy się na dno.
Nasz okręt znalazł się w samym sercu
Rosyjskiej Floty Północnej. Otaczały nas fregaty i hydropłaty rakietowe,
atomowe uderzeniowe okręty podwodne, niszczyciele, krążowniki o napędzie
nuklearnym, trałowce, stawiacze min, kilka okrętów rozpoznania
radioelektronicznego, a nawet jeden lotniskowiec. Nad głowami krążyły
śmigłowce bojowe i helikoptery transportowe. Od czasu do czasu niebo
rozdzierał huk przelatujących migów. Wojna jakaś czy co?
Stałem na pokładzie porażony sytuacją. Obok
mnie Wrona trząsł się ze strachu, trzymając się kurczowo drabinki kiosku.
Tylko komandor pewny siebie obserwował płynący ku nam poduszkowiec desantowy.
Powoli zacząłem żegnać się z życiem. Zaraz Specnaz dokona abordażu
i wszystkich nas wystrzelają, uprzednio torturując, a może nawet
gwałcąc.
Okazało się jednak, że nasz dowódca wie, co
robi.
Na pokładzie poduszkowca nie dostrzegłem
oddziału szturmowego, a jedynie kilku marynarzy tworzących załogę
i starszego, siwego mężczyznę w mundurze admiralskim. Jakaś szycha, być
może nawet dowódca całego tego bajzlu.
— Zdrastwuj, Sasza! – powitał go Borsuk,
kiedy poduszkowiec przybił do burty okrętu. Nasz dowódca znał wielu
interesujących ludzi. Ciekawe, jak on lustrację przeszedł?
Słyszałem, jak wymienili między sobą kilka
zdań po rosyjsku, a następnie Borsuk przeszedł na pokład poduszkowca.
— Pierwszy – zwrócił się do mnie –
uzupełnimy paliwo i zapasy żywności. Przypilnujcie załadunku. Dostaniemy
wszystko, czego sobie życzymy. Wracam za trzy godziny.
Odpłynęli, a ja zrozumiałem, że operacja
zaplanowana jest na międzynarodową skalę.
-14-
Stary wrócił nie po trzech, ale po sześciu godzinach i do tego kompletnie
pijany, z jakimś manuskryptem pod pachą. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia. W
tym właśnie miejscu, niedaleko Murmańska, w kwietniowy wieczór padł mit.
Mit wiecznie trzeźwego Borsuka. Najstarsze komandory ze wszystkich gdyńskich
knajp nie pamiętają takiego wydarzenia. Niemożliwością było upicie
dowódcy ORP „Dzik“, a wielu próbowało. Amerykanie, Anglicy, Szkoci,
Norwegowie, oraz Finowie. Francuzi i Hiszpanie nawet nie stawali w szranki.
Borsuk z każdej takiej próby wychodził
mocniejszy niż kiedykolwiek. ?Co cię nie zabije, uczyni cię silniejszym? –
zwykł mawiać słowami Fredricha Nietzschego. Ale nie tym razem. Tym razem
było to jego prywatne Waterloo.
No cóż, nie ma się czemu dziwić. W końcu
trafił na Rosjan. Mieliśmy tylko nadzieję, że godnie reprezentował nasz
kraj. Bo jak nie on, to kto?
Odebrałem Starego od rosyjskich marynarzy
i zacząłem prowadzić do kajuty. Członkowie załogi odsuwali się
z nabożnym szacunkiem, robiąc coś w rodzaju szpaleru. Nawet szeregowcy ze
służby zasadniczej zdawali sobie sprawę, że są świadkami niezwykłego
wydarzenia. Światopogląd niektórych z nich legł w gruzach. Jakiś starszy
marynarz o wyżartej przez alkohol twarzy zapłakał. Pewnie Borsuk był dla
niego niedościgłym wzorem.
Tymczasem komandor jak nie leciał mi
bezwładnie przez ręce, to się wyrywał z okrzykiem: ?Do ataku! Agoń! Nu
dajesz!?, albo śpiewał. Zawsze mnie zastanawia, dlaczego statystyczna
większość Polaków po wypiciu większej ilości alkoholu staje się
specjalistami od polityki wewnętrznej i zagranicznej kraju, żeby za chwilę
z równą łatwością poprowadzić reprezentację narodową w piłce nożnej,
jak i wyprowadzić prosty wzór na ogólną teorię wszystkiego. I zawsze
kończą tak samo. Śpiewając pieśń, którą teraz Stary wyryczał prosto w
moje ucho. Poczułem, jak mi bębenki eksplodują.
Hej, hej, hej sokoły
Omijajcie góry, lasy, doły
Dzwoń, dzwoń, dzwoń, dzwoneczku
Mój stepowy skowroneczku?
-15-
Po jakiejś godzinie udało mi się go położyć spać. Obyło się bez
opowiadania bajki, ale nie bez wypicia pół litra wódki. Koniecznie musiał
mnie poczęstować na dobranoc.
Więc piliśmy.
Odetchnąłem z ulgą, usłyszawszy wreszcie
jego chrapanie. Nagle podniósł się na koi, wypił do końca trzymaną w ręku
szklankę wódki i opadł, ponownie zasypiając.
Dopiero teraz mogłem się przyjrzeć
tajemniczemu manuskryptowi, jaki przywlókł ze sobą od Ruskich.
Najdelikatniej, jak potrafiłem, wyciągnąłem księgę zza pazuchy komandora,
przy okazji zrzucając lampkę nocną i potykając się o postawione przy koi
buty. Na szczęście spał jak zabity. Chwiejnym krokiem dotarłem do stołu, w
duchu przeklinając się, że uległem i dałem w siebie wmusić napój
wyskokowy, kiedy ojczyzna wzywa. W końcu, walcząc z zawrotami głowy,
usiadłem i położywszy manuskrypt na blacie, zacząłem go przeglądać.
Kartki nie były z papirusu, jak się
spodziewałem, lecz z cienkich drewnianych deseczek. Napisy w jakimś dziwnym
starosłowiańskim dialekcie zostały wyryte dłutem i pokryte lakierem.
W jednej chwili zupełnie otrzeźwiałem, a
z mojego gardła dobiegł zdławiony okrzyk zdumienia. Musiałem się
przytrzymać, żeby nie spaść z krzesła.
Miałem przed sobą legendarną Księgę
Welesa.
Komentarze 3 z 3
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca.
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu.

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk!
Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.




Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10
Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu