Prasłowiańska Zamieć

Darek Domagalski publikacja 30 Wrzesień 2008, 16:03 Poprawki 10 Listopad 2009, 04:22 Gatunek Mity, prasłowiańskie Czytano 12117 razy
3 głosy
Spis treści utworu
Prasłowiańska Zamieć
2. Wyjście z portu
3. Nowa Prawda
4. Przewrót, na bogów?
5. Księga Welesa
6. Razy Pięścią
7. To ja, Wrona...
8. Ofiara w Panierce
9. Nie koleś! - Swaróg!
10. Dym w Wyraju
11. Dryf na Spitsbergen

-16-

Usiłowałem przypomnieć sobie jej historię. Z przeżartych alkoholem zakamarków nadwątlonej pamięci próbowałem wyłuskać jakieś informacje. Otwierałem jedne szuflady w mojej głowie, zamykałem inne. Powoli i delikatnie, nie trzaskając, żeby nie obudzić słoni. Wtedy zacząłby się wściekły tupot nóg i nieznośny ból głowy. W końcu znalazłem. Informacja leżała na samym dnie dolnej szuflady z napisem:

MOŻE KIEDYŚ SIĘ PRZYDA.

Podczas ofensywy Denikina na Moskwę w 1919 roku pułkownik białej armii, niejaki Ali Fiodor Arturowicz Izenbek, odnalazł w jednym z majątków w Charkowie drewniane deseczki pokryte dziwnymi napisami. Kilka lat później próbował je sprzedać muzeum w Belgradzie. Nic z tego, nikt nawet nie zainteresował się tajemniczym znaleziskiem.
W roku 1925 w Brukseli tabliczki zaczął badać niejaki Mirolubow. Odrestaurował deseczki, skatalogował, sfotografował i przetłumaczył. Nazwał je ?Księgą Welesa? od pierwszej tabliczki dotyczącej boga Welesa, władcy podziemi, strażnika krainy wiecznej szczęśliwości – Nawii.
Teksty opowiadały o zapomnianych bogach słowiańskich. O Darzbogu – stworzycielu wszystkiego, o Perunie gromowładnym, o Żmiju mieszkającym w czarnych chmurach, o bogu niebios, Świętowicie, i Swarożycu, który strzegł ogniska domowego. Kolejne karty odsłaniały opisy obrzędów religijnych, słowa modlitw, a także inwokacji otwierających i zamykających bramy do zaświatów.
Podczas drugiej wojny światowej Księga zaginęła.
Krytycy twierdzili, że nigdy nie istniała, a wykonane przez Mirolubowa zdjęcia i tłumaczenie to falsyfikat. Neopoganie uważają Księgę za swoją biblię i szukają jej do dnia dzisiejszego. Niczym Świętego Graala. Dotąd nikt nie miał bladego pojęcia, gdzie się znajduje.
Gdziekolwiek była wcześniej, teraz znalazła się na pokładzie okrętu Polskiej Marynarki Wojennej.

-17-

Dzięki ciepłemu prądowi norweskiemu woda w południowej części Morza Barentsa, nie zamarzała. Na razie nie groziły nam więc lodowe kry i zmarzlina. Raźnie płynęliśmy na północ, wprost w objęcia przeznaczenia i tego, co nam los zgotuje.
Przepływaliśmy pod kutrami poławiaczy dorszy i śledzi, uważając, żeby nie zaplątać się w sieci. Minęliśmy wieloryba i stado fok. Nie napotkaliśmy na szczęście jednostek wojskowych. Być może pościgu zaprzestano, a może to Rosyjska Flota Północna skutecznie go powstrzymała. Jeśli rzeczywiście tak było, to jest wielce prawdopodobne, że do zarzutów porwania okrętu, przewrotu i spisku z przedstawicielami obcego państwa dojdzie jeszcze wywołanie III wojny światowej. Niezbyt ciekawa perspektywa?
Dopiero teraz ze swoich kajut zaczęli wychodzić nasi goście. Sprawiając wrażenie uduchowionych, paradowali w powłóczystych białych szatach, a ich myśli błądziły w regionach niedostępnych zwykłym śmiertelnikom. Łazili po całym okręcie, recytując śmieszne wierszyki z Księgi Welesa. Pewnie były to próby przed ceremonią otwarcia bramy do Wyraju.
Zacząłem ich uważniej obserwować.
Żercy, jak kazali siebie nazywać dwaj mężczyźni, byli po sześćdziesiątce i cechowały ich gesty emerytowanych wojskowych. Wychowani w Polsce Ludowej prawdopodobnie nie potrafili odnaleźć się w nowej, kapitalistycznej rzeczywistości. Stąd – z frustracji i rozżalenia – tylko jeden krok dzielił ich od oddania się praktykom okultystycznym i nie zawahali się tego kroku uczynić.
Próbowałem sobie przypomnieć, co wiem o żercach. Starożytni Słowianie określali tym mianem swoich kapłanów, których rola polegała na składaniu jedzenia – tak zwanej żertwy – bogom w ofierze.
Natomiast kobiety były młodsze. Dwudziesto-, trzydziestoletnie idealistki, z tych, co to całymi dniami biegają z gałązkami młodych brzóz i na korze drzew wypisują prośby do Białej Pani lub w Noc Kupały wianki na wodzie puszczają, by potem jakiegoś młodzieńca w krzakach zbałamucić.
Nawet ksiądz Henryk, który z reguły całe dnie spędzał w kajucie, dyskretnie pociągając samogon, zaczął przemierzać korytarze, emanując gniewem i świętym oburzeniem. Napotykając neopogan, prowokował ich, zastępując drogę, klnąc zaiste nie po chrześcijańsku oraz grożąc mękami piekielnymi. Nagabywani w ten sposób ignorowali klechę, omijali go szerokim łukiem, skupieni na wkuwaniu na pamięć litanii.
Obserwując wraz z bosmanem jeden z takich przemarszów członków Rodzimego Kościoła Polskiego, szturchnąłem go łokciem i zapytałem:
— Co o nich sądzisz?
— Tylko chodzą i wkurwiają – odrzekł.
— Tak to New Age pełną gębą zawitało na pokład naszego okrętu.

-18-

Przyszli w nocy, jak to mają w zwyczaju spiskowcy. Zakneblowali usta, walnęli kilka razy pięścią po żebrach i przyłożyli w głowę czymś ciężkim. Nie spodziewałem się ataku, nie miałem nawet proroczych snów, które zazwyczaj poprzedzały gwałtowne wydarzenia w moim życiu. Tym razem mój anioł stróż zaspał.
Ocknąłem się w mesie, związany. Światło jarzeniówki niemiłosiernie raziło w oczy, a buczenie agregatora rozsadzało czaszkę. W tym właśnie momencie stado wściekłych słoni rozpoczęło dziką, nieokiełzaną szarżę w mojej głowie. Jednocześnie czułem, jak na potylicy rośnie mi olbrzymi guz. Przypomniałem sobie, co się stało, i jęknąłem.
Obudził się!
Zobaczyłem pochylającą się nade mną postać.
Podjąłem wysiłek, zogniskowałem wzrok i dostrzegłem twarz jednego z bliźniaków. Nie wiedziałem którego, nigdy ich nie rozróżniałem. Próbowałem przewrócić się na plecy, ale ręce miałem wykręcone do tyłu i związane w nadgarstkach. Spróbowałem się podnieść. Nie dało rady. Nogi w kostkach również były związane.
No proszę, proszę! Co my tu mamy? Wygodnie ci, Pierwszy?
Nad sobą ujrzałem oblicze niczym z sennego koszmaru. Wodniste wyłupiaste oczy pozbawione jakichkolwiek oznak życzliwości, poorana bliznami trądzikowymi twarz zmieniona w maskę okrucieństwa.
— Rozwiąż mnie, Kózka! – powiedziałem ostro. Za ostro, bo zaraz oberwałem z kopa ciężkim kózkowym buciorem.
— Zamknij ryja! – krzyknął wściekle.
W końcu frustracja, która tak długo się w nim zbierała, eksplodowała agresją. Przydałby mu się psychoterapeuta. Niestety byliśmy prawie pod kołem podbiegunowym, sto metrów pod wodą, w stalowej puszce ogarniętej buntem, więc raczej wątpliwe, żeby liczący się terapeuta otworzył tu praktykę.
— Myśleliście, że jesteście tacy sprytni, co? – cedził wolno słowa. Prawie syczał z wściekłości. Zrobiłem zeza i spojrzałem na jego aurę. Zazwyczaj Kózka miał białą aurę symbolizującą niewinność, czystość i duchowość lub poważną chorobę psychiczną. Tym razem jednak biały kolor zupełnie zszarzał i nawet pojawiły się siarkowe pasemka. Oznaczało to gniew i irytację.
— Chcieliście sprowadzić pogańskich bogów, podpisując z nimi diabelski pakt. Łotry! Niedoczekanie wasze. Myśleliście, że ujdzie wam to na sucho, tak? Staniecie przed sądem. Wystaw sobie… kapitanie – wypowiadając to słowo prychnął z pogardą, a w jego aurze pojawiły się ogniki zawiści – … że są jeszcze na tym okręcie ludzie uczciwi, bogobojni, wierni naszym światłym przywódcom politycznym i Kościołowi oraz Ojcu Dyrektorowi.
Trzeba było też zamknąć księdza Henryka, pomyślałem.
W tym momencie drzwi do mesy otworzyły się i ksiądz Henryk z kilkoma marynarzami wprowadził pozostałych jeńców.
— No to mamy chyba wszystkich? – wysapał. – Stąd nie uciekną. Wy dwaj! – wskazał na marynarzy. – Zamknijcie drzwi i nikogo tutaj nie wpuszczajcie.
— Nawet księdza? – zapytał ten bystrzejszy.
— Nawet… Oj, głupiś – zreflektował się – oczywiście, że dostęp do więźniów mam ja i porucznik Kózka. Nikt więcej. Zrozumiano?
— Ku chwale ojczyzny! – Marynarz zasalutował.
— Idziemy na mostek! – zakomenderował Kózka. – Obejmuję dowodzenie okrętem!
Tak spełniło się życiowe marzenie porucznika Kózki, a drzwi do prowizorycznego więzienia się zatrzasnęły.
Po kilku minutach poczułem, że zaczynają pracować silniki manewrowe. Okręt zawrócił. Od strony mostka dochodziły chóralne, zwycięskie śpiewy, w których prym wiódł fałszujący niemiłosiernie falset.

Bogurodzica Dziewica
Bogiem sławiena Maryja
U twego syna Gospodzina matko zwolena
Maryja!



Komentarze 3 z 3 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10

Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Anna Wołosiak
01 Październik 2008, 17:43

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca. ;) 
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Maciej Domagalski
03 Październik 2008, 01:31

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk! ;) Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Źle czytać z monitora? - drukuj pobrane nowele PDF. Zaglądaj do ulubionej treści on-line, może być poprawiana lub rozwijana.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi