Prasłowiańska Zamieć
3 głosy
-16-
Usiłowałem przypomnieć sobie jej historię. Z przeżartych alkoholem zakamarków nadwątlonej pamięci próbowałem wyłuskać jakieś informacje. Otwierałem jedne szuflady w mojej głowie, zamykałem inne. Powoli i delikatnie, nie trzaskając, żeby nie obudzić słoni. Wtedy zacząłby się wściekły tupot nóg i nieznośny ból głowy. W końcu znalazłem. Informacja leżała na samym dnie dolnej szuflady z napisem:
MOŻE KIEDYŚ SIĘ PRZYDA.
Podczas ofensywy Denikina na Moskwę w 1919 roku pułkownik białej armii,
niejaki Ali Fiodor Arturowicz Izenbek, odnalazł w jednym z majątków w
Charkowie drewniane deseczki pokryte dziwnymi napisami. Kilka lat później
próbował je sprzedać muzeum w Belgradzie. Nic z tego, nikt nawet nie
zainteresował się tajemniczym znaleziskiem.
W roku 1925 w Brukseli tabliczki zaczął
badać niejaki Mirolubow. Odrestaurował deseczki, skatalogował, sfotografował
i przetłumaczył. Nazwał je ?Księgą Welesa? od pierwszej tabliczki
dotyczącej boga Welesa, władcy podziemi, strażnika krainy wiecznej
szczęśliwości – Nawii.
Teksty opowiadały o zapomnianych bogach
słowiańskich. O Darzbogu – stworzycielu wszystkiego, o Perunie
gromowładnym, o Żmiju mieszkającym w czarnych chmurach, o bogu niebios,
Świętowicie, i Swarożycu, który strzegł ogniska domowego. Kolejne karty
odsłaniały opisy obrzędów religijnych, słowa modlitw, a także inwokacji
otwierających i zamykających bramy do zaświatów.
Podczas drugiej wojny światowej Księga
zaginęła.
Krytycy twierdzili, że nigdy nie istniała, a
wykonane przez Mirolubowa zdjęcia i tłumaczenie to falsyfikat. Neopoganie
uważają Księgę za swoją biblię i szukają jej do dnia dzisiejszego.
Niczym Świętego Graala. Dotąd nikt nie miał bladego pojęcia, gdzie się
znajduje.
Gdziekolwiek była wcześniej, teraz znalazła
się na pokładzie okrętu Polskiej Marynarki Wojennej.
-17-
Dzięki ciepłemu prądowi norweskiemu woda w południowej części Morza
Barentsa, nie zamarzała. Na razie nie groziły nam więc lodowe kry
i zmarzlina. Raźnie płynęliśmy na północ, wprost w objęcia przeznaczenia
i tego, co nam los zgotuje.
Przepływaliśmy pod kutrami poławiaczy dorszy
i śledzi, uważając, żeby nie zaplątać się w sieci. Minęliśmy wieloryba
i stado fok. Nie napotkaliśmy na szczęście jednostek wojskowych. Być może
pościgu zaprzestano, a może to Rosyjska Flota Północna skutecznie go
powstrzymała. Jeśli rzeczywiście tak było, to jest wielce prawdopodobne, że
do zarzutów porwania okrętu, przewrotu i spisku z przedstawicielami obcego
państwa dojdzie jeszcze wywołanie III wojny światowej. Niezbyt ciekawa
perspektywa?
Dopiero teraz ze swoich kajut zaczęli
wychodzić nasi goście. Sprawiając wrażenie uduchowionych, paradowali w
powłóczystych białych szatach, a ich myśli błądziły w regionach
niedostępnych zwykłym śmiertelnikom. Łazili po całym okręcie, recytując
śmieszne wierszyki z Księgi Welesa. Pewnie były to próby przed ceremonią
otwarcia bramy do Wyraju.
Zacząłem ich uważniej obserwować.
Żercy, jak kazali siebie nazywać dwaj
mężczyźni, byli po sześćdziesiątce i cechowały ich gesty emerytowanych
wojskowych. Wychowani w Polsce Ludowej prawdopodobnie nie potrafili odnaleźć
się w nowej, kapitalistycznej rzeczywistości. Stąd – z frustracji
i rozżalenia – tylko jeden krok dzielił ich od oddania się praktykom
okultystycznym i nie zawahali się tego kroku uczynić.
Próbowałem sobie przypomnieć, co wiem
o żercach. Starożytni Słowianie określali tym mianem swoich kapłanów,
których rola polegała na składaniu jedzenia – tak zwanej żertwy –
bogom w ofierze.
Natomiast kobiety były młodsze. Dwudziesto-,
trzydziestoletnie idealistki, z tych, co to całymi dniami biegają
z gałązkami młodych brzóz i na korze drzew wypisują prośby do Białej
Pani lub w Noc Kupały wianki na wodzie puszczają, by potem jakiegoś
młodzieńca w krzakach zbałamucić.
Nawet ksiądz Henryk, który z reguły całe
dnie spędzał w kajucie, dyskretnie pociągając samogon, zaczął przemierzać
korytarze, emanując gniewem i świętym oburzeniem. Napotykając neopogan,
prowokował ich, zastępując drogę, klnąc zaiste nie po chrześcijańsku oraz
grożąc mękami piekielnymi. Nagabywani w ten sposób ignorowali klechę,
omijali go szerokim łukiem, skupieni na wkuwaniu na pamięć litanii.
Obserwując wraz z bosmanem jeden z takich
przemarszów członków Rodzimego Kościoła Polskiego, szturchnąłem go
łokciem i zapytałem:
— Co o nich sądzisz?
— Tylko chodzą i wkurwiają –
odrzekł.
— Tak to New Age pełną gębą zawitało na
pokład naszego okrętu.
-18-
Przyszli w nocy, jak to mają w zwyczaju spiskowcy. Zakneblowali usta,
walnęli kilka razy pięścią po żebrach i przyłożyli w głowę czymś
ciężkim. Nie spodziewałem się ataku, nie miałem nawet proroczych snów,
które zazwyczaj poprzedzały gwałtowne wydarzenia w moim życiu. Tym razem
mój anioł stróż zaspał.
Ocknąłem się w mesie, związany. Światło
jarzeniówki niemiłosiernie raziło w oczy, a buczenie agregatora rozsadzało
czaszkę. W tym właśnie momencie stado wściekłych słoni rozpoczęło
dziką, nieokiełzaną szarżę w mojej głowie. Jednocześnie czułem, jak na
potylicy rośnie mi olbrzymi guz. Przypomniałem sobie, co się stało,
i jęknąłem.
Obudził się!
Zobaczyłem pochylającą się nade mną
postać.
Podjąłem wysiłek, zogniskowałem wzrok
i dostrzegłem twarz jednego z bliźniaków. Nie wiedziałem którego, nigdy
ich nie rozróżniałem. Próbowałem przewrócić się na plecy, ale ręce
miałem wykręcone do tyłu i związane w nadgarstkach. Spróbowałem się
podnieść. Nie dało rady. Nogi w kostkach również były związane.
No proszę, proszę! Co my tu mamy? Wygodnie
ci, Pierwszy?
Nad sobą ujrzałem oblicze niczym z sennego
koszmaru. Wodniste wyłupiaste oczy pozbawione jakichkolwiek oznak
życzliwości, poorana bliznami trądzikowymi twarz zmieniona w maskę
okrucieństwa.
— Rozwiąż mnie, Kózka! – powiedziałem
ostro. Za ostro, bo zaraz oberwałem z kopa ciężkim kózkowym buciorem.
— Zamknij ryja! – krzyknął wściekle.
W końcu frustracja, która tak długo się w
nim zbierała, eksplodowała agresją. Przydałby mu się psychoterapeuta.
Niestety byliśmy prawie pod kołem podbiegunowym, sto metrów pod wodą, w
stalowej puszce ogarniętej buntem, więc raczej wątpliwe, żeby liczący się
terapeuta otworzył tu praktykę.
— Myśleliście, że jesteście tacy sprytni,
co? – cedził wolno słowa. Prawie syczał z wściekłości. Zrobiłem zeza
i spojrzałem na jego aurę. Zazwyczaj Kózka miał białą aurę
symbolizującą niewinność, czystość i duchowość lub poważną chorobę
psychiczną. Tym razem jednak biały kolor zupełnie zszarzał i nawet
pojawiły się siarkowe pasemka. Oznaczało to gniew i irytację.
— Chcieliście sprowadzić pogańskich
bogów, podpisując z nimi diabelski pakt. Łotry! Niedoczekanie wasze.
Myśleliście, że ujdzie wam to na sucho, tak? Staniecie przed sądem. Wystaw
sobie… kapitanie – wypowiadając to słowo prychnął z pogardą, a w jego
aurze pojawiły się ogniki zawiści – … że są jeszcze na tym okręcie
ludzie uczciwi, bogobojni, wierni naszym światłym przywódcom politycznym
i Kościołowi oraz Ojcu Dyrektorowi.
Trzeba było też zamknąć księdza Henryka,
pomyślałem.
W tym momencie drzwi do mesy otworzyły się
i ksiądz Henryk z kilkoma marynarzami wprowadził pozostałych jeńców.
— No to mamy chyba wszystkich? –
wysapał. – Stąd nie uciekną. Wy dwaj! – wskazał na marynarzy. –
Zamknijcie drzwi i nikogo tutaj nie wpuszczajcie.
— Nawet księdza? – zapytał ten
bystrzejszy.
— Nawet… Oj, głupiś – zreflektował
się – oczywiście, że dostęp do więźniów mam ja i porucznik Kózka.
Nikt więcej. Zrozumiano?
— Ku chwale ojczyzny! – Marynarz
zasalutował.
— Idziemy na mostek! – zakomenderował
Kózka. – Obejmuję dowodzenie okrętem!
Tak spełniło się życiowe marzenie
porucznika Kózki, a drzwi do prowizorycznego więzienia się zatrzasnęły.
Po kilku minutach poczułem, że zaczynają
pracować silniki manewrowe. Okręt zawrócił. Od strony mostka dochodziły
chóralne, zwycięskie śpiewy, w których prym wiódł fałszujący
niemiłosiernie falset.
Bogurodzica Dziewica
Bogiem sławiena Maryja
U twego syna Gospodzina matko zwolena
Maryja!
Komentarze 3 z 3
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca.
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu.

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk!
Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.




Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10
Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu