Prasłowiańska Zamieć

Darek Domagalski publikacja 30 Wrzesień 2008, 16:03 Poprawki 10 Listopad 2009, 04:22 Gatunek Mity, prasłowiańskie Czytano 12674 razy
3 głosy
Spis treści utworu
Prasłowiańska Zamieć
2. Wyjście z portu
3. Nowa Prawda
4. Przewrót, na bogów?
5. Księga Welesa
6. Razy Pięścią
7. To ja, Wrona...
8. Ofiara w Panierce
9. Nie koleś! - Swaróg!
10. Dym w Wyraju
11. Dryf na Spitsbergen

-19-

Rozejrzałem się wokół, spoglądając na współwięźniów.
Komandor podporucznik Włodzimierz Borsuk siedział na podłodze ze spuszczoną głową, całkiem zrezygnowany. Obok niego, skrępowany mocniej niż inni, wrząc z wściekłości, leżał nasz bosman. Zastanawiałem się, jak zdołali go dopaść. I przypomniałem sobie, że na korytarzu co rusz wzywano sanitariusza – podejrzewałem nie bez racji, że miało to związek z akcją pochwycenia bosmana. Dalej w pozycji embrionalnej leżał jeden z żerców, drugi łagodnie przemawiał do zapłakanych kapłanek. Pewnie nie sądzili, że w tak żałosny sposób zakończy się ich egzotyczno-ezoteryczna wyprawa.
Bosmanmat Albert Wagner pod wpływem stresu znowu zaczął morfować, ale napotkawszy moje surowe spojrzenie, natychmiast się uspokoił.
Było jeszcze kilku szeregowych marynarzy, trzech chorążych i jeden mat.
— Widział ktoś podporucznika Wronę? – zapytałem.
— Nie – odparł dowódca, podnosząc na mnie wzrok.
— A wśród buntowników ktoś go widział?
Wszyscy zgodnie zaprzeczyli ruchem głowy.
Być może mieliśmy więc jeszcze szansę.
Zamknąłem oczy i uspokoiłem oddech. Głęboki wdech nosem i wydech ustami.
Wolniej, coraz wolniej. Moje serce prawie przestało bić. Dźwięki cichły, aż przestały w ogóle dochodzić, wrażenia dotykowe znikały. Realny świat pozostawiłem daleko za sobą. Najpierw delikatnie, potem coraz pewniej ogarnąłem przestrzeń moim dodatkowym zmysłem. Poruszałem się w rzeczywistości innej niż nasza, rządzącej się własnymi prawami. Nigdy nie wiedziałem, co spotkam po drugiej stronie.
Stałem pośrodku mesy w poświacie szarości. Czułem się jak w niemym filmie, będąc zarazem widzem i aktorem. Postacie współwięźniów pozostawały cieniami bez twarzy. Ruszyłem w stronę drzwi, przenikając przez nie bez problemu. Poszukiwałem, wypełniając okręt własnymi myślami, wypuszczając je niczym sondy we wszystkie zakamarki. W końcu znalazłem. Wrona siedział ukryty w jednej z wyrzutni, zasłonięty przez torpedę 533,4 mm. Skierowałem się tam, po drodze mijając szare postacie bez twarzy. Nie mogli mnie zobaczyć, co najwyżej poczuli gęsią skórkę, kiedy przez nich przenikałem. W pewnym momencie przeszedłem przez pole energetyczne jednego z bliźniaków. Złośliwie uczyniłem to dwa razy. Z satysfakcją spostrzegłem, że aż się zatrząsł. Dobrze mu tak!
Kompletnie nie przejmując się materią, dotarłem do luku torpedowego i stanąłem naprzeciwko rozmazującej się sylwetki podporucznika Wrony. Posłałem mu bardzo mocną myśl.
Potrzebujemy cię, Wrona!
Wyprostował się zaskoczony i otworzył szeroko oczy. Udało się, pomyślałem. Kontakt nawiązany. Zacząłem mu wykładać co musi zrobić.

-20-

Drzwi od mesy drgnęły. Najpierw uchyliły się, powoli odsłaniając kilkucentymetrową szparę. Nieśmiało, jakby osoba je otwierająca czegoś się obawiała. Doprawdy trudno powiedzieć dlaczego, gdyż wszyscy po tej stronie siedzieli lub leżeli związani kablem. Drzwi otworzyły się trochę szerzej z okrutnym skrzypnięciem nieoliwionych zawiasów.
— Ta ja, Wrona? – Najpierw pojawił się zawadiacki wąsik trzeciego oficera, a dopiero potem cała głowa.
— Nareszcie – westchnąłem z ulgą. – Rozwiąż nas!
— Co ze strażnikami? – zapytał czujny jak zawsze komandor.
— Leżą na korytarzu. Potraktowałem ich kluczem francuskim. Szybko się nie obudzą – z dumą poinformował Wrona. Dzielny chłopak, zrobił to, co mu telepatycznie poleciłem.
Pięć minut później, już rozwiązani, z powyłamywanymi nogami od stołów w rękach, biegliśmy na mostek. Tak jak się spodziewałem, Kózka w obawie o własne bezpieczeństwo nie wydał ludziom broni. Ani trochę mu się nie dziwiłem. Nie posiadał autorytetu wśród załogi, o posłuchu nie wspominając. Wolał pozostawić marynarzy bezbronnymi, sam mając za paskiem swojego służbowego glocka. To dodawało mu pewności siebie.
Bosman wpadł na mostek pierwszy, zamaszystym sierpowym posyłając na deski obu bliźniaków. Równocześnie wyprowadził kopnięcie proste w genitalia starszego mata. Jako jedyny z naszej grupy nie posiadał prowizorycznej broni. Po co? Miał przecież pięści. W naszej jednostce wydano rozporządzenie, na mocy którego pięści bosmana uznano za broń masowego rażenia.
Borsuk zdzielił w bebechy najbliższego podoficera i zaczął tłuc po łbie starszego chorążego, robiącego obecnie za nawigatora.
Albert Wagner, zwany również Grendelem, podszedł do księdza Henryka, chwycił go za sutannę, uniósł lekko w górę i zrzucił iluzję. Klecha pobladł, zaczął panicznie wierzgać w powietrzu nogami i wzywać wszystkich świętych na pomoc, co by zabrali od niego Szatana. Łzy ciekły mu po policzkach, a na sutannie poniżej pasa pojawiła się duża, brzydko pachnąca plama.
Kapłanki z Rodzimego Kościoła Polskiego gryzły i szarpały, uwieszone pleców zbuntowanych marynarzy. Dwaj żercy okładali przeciwników nogami od stołu, a i z sandała potrafili kopnąć.
Ja również nie próżnowałem. W tłumie walczących odszukałem wzrokiem porucznika Kózkę. Mieliśmy rachunki do wyrównania. Dostrzegł, że na niego szarżuję, i wyciągnął zza paska glocka.
— Stój! Będę strzelał! – krzyknął piskliwie.
Najważniejszą z zasad podczas używania magii oraz zdolności paranormalnych jest: NIE SZKODZIĆ. To tyle, jeśli chodzi o zasady. Uderzyłem z całą mocą telekinetycznych zdolności. Kózka wyleciał w powietrze, aż mu buty pospadały, i wylądował dwa metry dalej, uderzając głową o ścianę. Oszołomiony próbował jeszcze się podnieść, ale po chwili zrezygnował i oddał się w objęcia błogiej nieświadomości.
Cała walka trwała kilkanaście sekund i zakończyła się naszym całkowitym zwycięstwem. Dowódca w przypływie radości zaintonował Międzynarodówkę, ale kiedy nikt nie podjął tematu, przerwał.
— Bosmanie. Ocućcie porucznika Kózkę i do aresztu z nimi wszystkimi! – rozkazał.
Bosman uśmiechnął się wrednie. Bardzo wrednie.

-21-

Podczas wynurzania ORP „Dzik“ przebił krę lodową. Znaleźliśmy się w krainie zimna, śniegu i wiecznej zamieci. Stąd był już tylko krok do bieguna północnego. Kompas wskazywał dokładnie 44? E i 88? N. Byliśmy na miejscu.
Schowałem dłonie w szeroką zimową kurtkę. Na rękach miałem rękawiczki, ale i tak było mi zimno. Naciągnąłem głębiej czapkę na uszy. Rozejrzałem się po okolicy. Może spodziewałem się jakichś olbrzymich złotych wrót wiszących na niebie, może fajerwerków lub języków ognia, z głośną monumentalną muzyką w tle, jak to bywa na filmach.
A tu nic.
Tylko lód, śnieg, mrok i zamieć.
— Co dalej? – zapytałem Starego.
Spojrzał na zegarek.
— Za dwie godziny północ. Nastanie 4 kwietnia. Wtedy zaczniemy – to mówiąc odwrócił się i wrócił pod pokład.
Pozostałem sam. Oparty o kiosk obserwowałem szare niebo pokryte granatowymi chmurami. Krajobraz przytłaczał swoją surowością, a ja czułem się zagubiony, samotny i zmęczony. Zacząłem zastanawiać się, co ja tu w ogóle robię? Wpajano mi, że żołnierz nie powinien myśleć, tylko wykonywać rozkazy. Może i słusznie – pytanie tylko, czy rozkazy są słuszne.
Zdawałem sobie sprawę z tego, co planuje Stary. Przy pomocy dawno zapomnianych bogów chciał zaprowadzić ład społeczny w kraju, a może także na świecie. Koncepcja jak najbardziej warta podjętych działań. Czy jednak oznacza to powrót do komunizmu? Do gospodarki nierentownej? Do octu na półkach, kartek na mięso, wódkę i papierosy? Kartki na papierosy mogłyby ewentualnie być. Ja nie palę, ale na wódkę chętnie bym wymienił. Na drugiej szali był szacunek dla człowieka, dla idei, dla wartości wyższych, skończyłaby się wieczna pogoń za pieniądzem i dobrami materialnymi. Zresztą, co ja mogłem wiedzieć? Gówniarzem byłem, jak przez płoty skakali i systemy obalali.
A może bogowie wskażą nam drogę? Naprowadzą, pomogą znaleźć satysfakcjonujące dla wszystkich rozwiązanie. System idealny, niczym u Platona.
Coś mi mówiło, że nie powinienem na to liczyć.



Komentarze 3 z 3 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10

Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Anna Wołosiak
01 Październik 2008, 17:43

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca. ;) 
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Maciej Domagalski
03 Październik 2008, 01:31

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk! ;) Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Stworopedia to księga baśniowych stworów i słów związanych. Nie znajdziesz tam odpowiedzi zostań autorem wpisu.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi