Prasłowiańska Zamieć
3 głosy
-19-
Rozejrzałem się wokół, spoglądając na współwięźniów.
Komandor podporucznik Włodzimierz Borsuk
siedział na podłodze ze spuszczoną głową, całkiem zrezygnowany. Obok
niego, skrępowany mocniej niż inni, wrząc z wściekłości, leżał nasz
bosman. Zastanawiałem się, jak zdołali go dopaść. I przypomniałem sobie,
że na korytarzu co rusz wzywano sanitariusza – podejrzewałem nie bez racji,
że miało to związek z akcją pochwycenia bosmana. Dalej w pozycji
embrionalnej leżał jeden z żerców, drugi łagodnie przemawiał do
zapłakanych kapłanek. Pewnie nie sądzili, że w tak żałosny sposób
zakończy się ich egzotyczno-ezoteryczna wyprawa.
Bosmanmat Albert Wagner pod wpływem stresu
znowu zaczął morfować, ale napotkawszy moje surowe spojrzenie, natychmiast
się uspokoił.
Było jeszcze kilku szeregowych marynarzy,
trzech chorążych i jeden mat.
— Widział ktoś podporucznika Wronę? –
zapytałem.
— Nie – odparł dowódca, podnosząc na
mnie wzrok.
— A wśród buntowników ktoś go
widział?
Wszyscy zgodnie zaprzeczyli ruchem głowy.
Być może mieliśmy więc jeszcze szansę.
Zamknąłem oczy i uspokoiłem oddech.
Głęboki wdech nosem i wydech ustami.
Wolniej, coraz wolniej. Moje serce prawie
przestało bić. Dźwięki cichły, aż przestały w ogóle dochodzić,
wrażenia dotykowe znikały. Realny świat pozostawiłem daleko za sobą.
Najpierw delikatnie, potem coraz pewniej ogarnąłem przestrzeń moim dodatkowym
zmysłem. Poruszałem się w rzeczywistości innej niż nasza, rządzącej się
własnymi prawami. Nigdy nie wiedziałem, co spotkam po drugiej stronie.
Stałem pośrodku mesy w poświacie szarości.
Czułem się jak w niemym filmie, będąc zarazem widzem i aktorem. Postacie
współwięźniów pozostawały cieniami bez twarzy. Ruszyłem w stronę drzwi,
przenikając przez nie bez problemu. Poszukiwałem, wypełniając okręt
własnymi myślami, wypuszczając je niczym sondy we wszystkie zakamarki. W
końcu znalazłem. Wrona siedział ukryty w jednej z wyrzutni, zasłonięty
przez torpedę 533,4 mm. Skierowałem się tam, po drodze mijając szare
postacie bez twarzy. Nie mogli mnie zobaczyć, co najwyżej poczuli gęsią
skórkę, kiedy przez nich przenikałem. W pewnym momencie przeszedłem przez
pole energetyczne jednego z bliźniaków. Złośliwie uczyniłem to dwa razy.
Z satysfakcją spostrzegłem, że aż się zatrząsł. Dobrze mu tak!
Kompletnie nie przejmując się materią,
dotarłem do luku torpedowego i stanąłem naprzeciwko rozmazującej się
sylwetki podporucznika Wrony. Posłałem mu bardzo mocną myśl.
Potrzebujemy cię, Wrona!
Wyprostował się zaskoczony i otworzył
szeroko oczy. Udało się, pomyślałem. Kontakt nawiązany. Zacząłem mu
wykładać co musi zrobić.
-20-
Drzwi od mesy drgnęły. Najpierw uchyliły się, powoli odsłaniając
kilkucentymetrową szparę. Nieśmiało, jakby osoba je otwierająca czegoś
się obawiała. Doprawdy trudno powiedzieć dlaczego, gdyż wszyscy po tej
stronie siedzieli lub leżeli związani kablem. Drzwi otworzyły się trochę
szerzej z okrutnym skrzypnięciem nieoliwionych zawiasów.
— Ta ja, Wrona? – Najpierw pojawił się
zawadiacki wąsik trzeciego oficera, a dopiero potem cała głowa.
— Nareszcie – westchnąłem z ulgą. –
Rozwiąż nas!
— Co ze strażnikami? – zapytał czujny
jak zawsze komandor.
— Leżą na korytarzu. Potraktowałem ich
kluczem francuskim. Szybko się nie obudzą – z dumą poinformował Wrona.
Dzielny chłopak, zrobił to, co mu telepatycznie poleciłem.
Pięć minut później, już rozwiązani,
z powyłamywanymi nogami od stołów w rękach, biegliśmy na mostek. Tak jak
się spodziewałem, Kózka w obawie o własne bezpieczeństwo nie wydał
ludziom broni. Ani trochę mu się nie dziwiłem. Nie posiadał autorytetu
wśród załogi, o posłuchu nie wspominając. Wolał pozostawić marynarzy
bezbronnymi, sam mając za paskiem swojego służbowego glocka. To dodawało mu
pewności siebie.
Bosman wpadł na mostek pierwszy, zamaszystym
sierpowym posyłając na deski obu bliźniaków. Równocześnie wyprowadził
kopnięcie proste w genitalia starszego mata. Jako jedyny z naszej grupy nie
posiadał prowizorycznej broni. Po co? Miał przecież pięści. W naszej
jednostce wydano rozporządzenie, na mocy którego pięści bosmana uznano za
broń masowego rażenia.
Borsuk zdzielił w bebechy najbliższego
podoficera i zaczął tłuc po łbie starszego chorążego, robiącego obecnie
za nawigatora.
Albert Wagner, zwany również Grendelem,
podszedł do księdza Henryka, chwycił go za sutannę, uniósł lekko w górę
i zrzucił iluzję. Klecha pobladł, zaczął panicznie wierzgać w powietrzu
nogami i wzywać wszystkich świętych na pomoc, co by zabrali od niego
Szatana. Łzy ciekły mu po policzkach, a na sutannie poniżej pasa pojawiła
się duża, brzydko pachnąca plama.
Kapłanki z Rodzimego Kościoła Polskiego
gryzły i szarpały, uwieszone pleców zbuntowanych marynarzy. Dwaj żercy
okładali przeciwników nogami od stołu, a i z sandała potrafili
kopnąć.
Ja również nie próżnowałem. W tłumie
walczących odszukałem wzrokiem porucznika Kózkę. Mieliśmy rachunki do
wyrównania. Dostrzegł, że na niego szarżuję, i wyciągnął zza paska
glocka.
— Stój! Będę strzelał! – krzyknął
piskliwie.
Najważniejszą z zasad podczas używania
magii oraz zdolności paranormalnych jest: NIE SZKODZIĆ. To tyle, jeśli chodzi
o zasady. Uderzyłem z całą mocą telekinetycznych zdolności. Kózka
wyleciał w powietrze, aż mu buty pospadały, i wylądował dwa metry dalej,
uderzając głową o ścianę. Oszołomiony próbował jeszcze się podnieść,
ale po chwili zrezygnował i oddał się w objęcia błogiej
nieświadomości.
Cała walka trwała kilkanaście sekund
i zakończyła się naszym całkowitym zwycięstwem. Dowódca w przypływie
radości zaintonował Międzynarodówkę, ale kiedy nikt nie podjął tematu,
przerwał.
— Bosmanie. Ocućcie porucznika Kózkę i do
aresztu z nimi wszystkimi! – rozkazał.
Bosman uśmiechnął się wrednie. Bardzo
wrednie.
-21-
Podczas wynurzania ORP „Dzik“ przebił krę lodową. Znaleźliśmy się w
krainie zimna, śniegu i wiecznej zamieci. Stąd był już tylko krok do
bieguna północnego. Kompas wskazywał dokładnie 44? E i 88? N. Byliśmy na
miejscu.
Schowałem dłonie w szeroką zimową kurtkę.
Na rękach miałem rękawiczki, ale i tak było mi zimno. Naciągnąłem
głębiej czapkę na uszy. Rozejrzałem się po okolicy. Może spodziewałem
się jakichś olbrzymich złotych wrót wiszących na niebie, może fajerwerków
lub języków ognia, z głośną monumentalną muzyką w tle, jak to bywa na
filmach.
A tu nic.
Tylko lód, śnieg, mrok i zamieć.
— Co dalej? – zapytałem Starego.
Spojrzał na zegarek.
— Za dwie godziny północ. Nastanie
4 kwietnia. Wtedy zaczniemy – to mówiąc odwrócił się i wrócił pod
pokład.
Pozostałem sam. Oparty o kiosk obserwowałem
szare niebo pokryte granatowymi chmurami. Krajobraz przytłaczał swoją
surowością, a ja czułem się zagubiony, samotny i zmęczony. Zacząłem
zastanawiać się, co ja tu w ogóle robię? Wpajano mi, że żołnierz nie
powinien myśleć, tylko wykonywać rozkazy. Może i słusznie – pytanie
tylko, czy rozkazy są słuszne.
Zdawałem sobie sprawę z tego, co planuje
Stary. Przy pomocy dawno zapomnianych bogów chciał zaprowadzić ład
społeczny w kraju, a może także na świecie. Koncepcja jak najbardziej warta
podjętych działań. Czy jednak oznacza to powrót do komunizmu? Do gospodarki
nierentownej? Do octu na półkach, kartek na mięso, wódkę i papierosy?
Kartki na papierosy mogłyby ewentualnie być. Ja nie palę, ale na wódkę
chętnie bym wymienił. Na drugiej szali był szacunek dla człowieka, dla idei,
dla wartości wyższych, skończyłaby się wieczna pogoń za pieniądzem
i dobrami materialnymi. Zresztą, co ja mogłem wiedzieć? Gówniarzem byłem,
jak przez płoty skakali i systemy obalali.
A może bogowie wskażą nam drogę?
Naprowadzą, pomogą znaleźć satysfakcjonujące dla wszystkich rozwiązanie.
System idealny, niczym u Platona.
Coś mi mówiło, że nie powinienem na to
liczyć.
Komentarze 3 z 3
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca.
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu.

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk!
Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.




Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10
Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu