Prasłowiańska Zamieć
3 głosy
-22-
Modlimy się do Welesa, Ojca Naszego,
Aby puścił na niebo Konnicę Surego,
I aby Suria wkroczył na niebo,
Aby obracać wieczne złote koła?
Kapłanki zawodziły od godziny, bez większych efektów. Zdaje się, że wypróbowały już wszystkie zaklęcia z Księgi Welesa. Prawie cała załoga pojawiła się na pokładzie, a niektórzy z marynarzy docinali kobietom, sugerując orgię seksualną jako najpewniejszy sposób otwarcia bram Wyraju. Kapłanki nie zrażone ironią kontynuowały modły.
Jesteśmy wnukami Darzbożymi,
Ulubieńcami bożymi i boże rodło w prawicy dzierżąc,
Opiewamy sławę Cudownego
I do wieczora pięciokroć bogów wysławiamy codziennie?
Po chwili podszedł do nas jeden z żerców i zwrócił się do
dowódcy:
— Bez ofiary nie damy rady.
— Ofiary? – Komandor uniósł brwi.
— Ofiara całopalna? żertwa. Może być
cielaczek, owieczka, kózka. Byle żywe było.
— Dobry pomysł. Kózkę dajmy na
ofiarę – wtrącił podporucznik Wrona.
— Nikogo nie będziemy mordować! – Stary
spiorunował go gniewnym spojrzeniem. – Skoczcie no lepiej, Wrona, do
kucharza i trochę kotletów schabowych z zamrażalnika przynieście! –
zakomenderował.
— Da radę?
— Substytut, ale może podziała? – Żerca
wzruszył ramionami i odszedł kontynuować swoje modły.
— A jak nie podziała – odparł
zamyślony dowódca – to wtedy weźmiemy Kózkę.
-23-
Kotlety schabowe podziałały.
Błysnęło, huknęło i na horyzoncie
pojawiła się przepiękna tęcza. Nasycona kolorami, emanując ciepłem,
rozkoszą i szczęściem. Portal zdawał się nas przyzywać, mamiąc
obietnicami. Zachwyceni skierowaliśmy okręt w tamtą stronę. Do Wyraju –
krainy wiecznej szczęśliwości.
Dziwnie jest z tymi religiami. U wikingów do
Asgardu, przechodziło się tęczowym mostem zwanym Bisfort. Słowianie do
swojej krainy bogów przechodzili jakby pod owym mostem, niejako tylnymi
drzwiami. Uważam to za niesprawiedliwość dziejową.
Tymczasem my zbliżaliśmy się do bramy,
zostawiając za sobą morze skute lodem, chłód i mrok. Niemal namacalnie
wyczuwaliśmy ciepło i światło bijące z drugiej strony. Rozjaśniało
nasze serca, przepełniało radością i spokojem. Błogostan i ukojenie.
Dlatego też kompletnie nas zaskoczyło
olbrzymie oko na niebie. Pojawiło się znienacka, niespodziewanie i spojrzało
gniewnie w dół.
— Wy kto? – Pytanie rozległo się echem
po okolicy.
— O Welesie, Wielki Strażniku Wrót Wyraju!
Błagać o pomoc przybyliśmy. My z Polski – powiedział jeden z żerców,
padając przy tym na kolana. Ręką wskazał, żebyśmy wszyscy tak uczynili.
Nie było wyjścia. Uklękliśmy.
— Polanie – stwierdził z przekąsem
głos na niebie.
— Pozwól nam wpłynąć do Krainy Wiecznej
Szczęśliwości, o Potężny Welesie, Władco Świata Podziemnego!
— No dobra. Tylko niczego nie kradnijcie! Mam
was na oku! – powiedziało oko i znikło.
-24-
Wyraj, to według starodawnych wierzeń słowiańskich mityczna kraina,
znajdująca się na końcu Drogi Mlecznej. To właśnie tutaj dusze naszych
zmarłych przodków, niesione wiatrem, odchodziły na wieczny spoczynek. To
stąd nadchodziła wiosna i tutaj na zimę przylatywały ptaki. Nie wiem, na
ile to prawda, na ile mit, ale jedno wiem na pewno. Niebo nad Wyrajem jest
fioletowe. Fioletowe jak wrzosy na łące, fioletowe jak pierwiosnki, fioletowe
jak oczy jednej dziwki z Hamburga.
Może kolor nieba nie robił wielkiego
wrażenia, ale cztery księżyce, które na nim wisiały, owszem.
Czy byliśmy na Ziemi, czy może faktycznie na
drugim krańcu Galaktyki? Zresztą czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Sto
tysięcy lat świetlnych w tę czy w tamtą stronę nie znaczy nic, jeśli
dysponuje się portalem. Oby tylko nie był to portal w jedną stronę.
Płynęliśmy wolno po gęstej granatowej
cieczy, która mam nadzieję, była wodą lub substancją wodzie podobną.
Szukaliśmy jakiegoś lądu, pałacu w stylu Walhalli, gdzie mogliby urzędować
bogowie. Nie widzieliśmy żadnych kierunkowskazów ani tablic informacyjnych.
Zdani byliśmy tylko na siebie i niezawodny w takich wypadkach nos. Niestety,
tym razem nos niczego mi nie podpowiadał. Już miałem zapytać się naszych
neopogan, czy aby nie ma jakichś wskazówek w Księdze Welesa, gdy Wrona
wydarł się tuż nad moim uchem:
— Tam! Zobaczcie! Pałac na wodzie!
-25-
Srebrna krystaliczna budowla pojawiła się na środku wodnego akwenu.
Strzeliste wieże zdawały się dotykać fioletowego nieba. Gdzieniegdzie
ściany zdobiły szmaragdowe freski. Wszystko mieniło się i świeciło,
emanując ciepłym nieziemskim blaskiem. W sumie nic dziwnego, przecież
byliśmy w raju.
Pałac zdawał się wymarły lub opuszczony.
Wokół panowała absolutna cisza. Nie słyszeliśmy odgłosów zwierząt,
ptaków. Jeśli bogowie tutaj mieszkali, to musiało im być cholernie nudno.
Dość długo szukaliśmy jakiegoś miejsca do
przycumowania. Baszty, stromizny, ślepe ściany. Kiedy już traciliśmy
nadzieję, naszym oczom ukazała się niewielka zatoczka z występem skalnym,
z którego prowadziła droga do olbrzymiej bramy. Chyba znaleźliśmy wejście
główne.
ORP „Dzik“ dobił do prowizorycznej kei.
Komandor podporucznik Włodzimierz Borsuk
pierwszy zeskoczył na brzeg. Przez chwilę podeszwą wojskowego buta sprawdzał
grunt.
— Torf jakiś czy co? – pokręcił
sceptycznie głową. – Pierwszy i bosman idziecie ze mną. Wrona! Do naszego
powrotu dowodzicie okrętem.
— Tak jest! – Wrona wypiął dumnie
pierś.
— Bądźcie w gotowości bojowej. Nie
wiadomo, jak przebiegną rokowania.
— Tak jest? – Wrona powiedział to już
ciszej i niemrawo zasalutował.
— Idziemy! – rozkazał dowódca.
— Halo! Halo! Panie dowódco! – zawołał
jeden z żerców. – Może powinniśmy iść z wami? Kapłan zawsze się
przyda – zasugerował nieśmiało.
— Wiecie co? Ja mam jakąś awersję do
kapłanów wszelkiej maści. Zrobiliście swoje, to teraz siedźcie na dupie
i nie przeszkadzajcie. – Borsuk mówił wolno i spokojnie, ale nikt
o zdrowych zmysłach nie śmiałby z nim w tej chwili polemizować.
— Dobrze, proszę pana. – Neopoganin
okazał się mądrzejszy, niż na to wyglądał.
— Nie oglądając się za siebie, ruszyliśmy
w kierunku lśniącej krystalicznym srebrem bramy. Ramię przy ramieniu, jak w
tandetnym westernie.
-26-
Zapewne słyszeliście o Walhalli? Wielka i błyszcząca złotem komnata
z wikingowych legend, do której zdążali polegli w walce wojownicy. Potężna
w swoim majestacie, pełna przepychu i bogactwa.
W pałacu bogów słowiańskich niczego takiego
nie zastaliśmy. Sala główna była zatęchłym, ciemnym i nieprzyjaznym
pomieszczeniem. Typowe dla słowiańskiej mentalności – piękna fasada, a w
wewnątrz ruina.
Pośrodku sali stał duży dębowy stół, nad
którym pochylało się kilka postaci. Wydawało się, że nad czymś debatują.
Podeszliśmy bliżej, wchodząc w krąg światła rzucany przez pochodnie. Wtedy
nas zauważyli.
— Który z was to kniaź? – odezwał się
najwyższy spośród nich, potężny mężczyzna z długą czarną brodą.
— Kniaź? – zapytał Borsuk.
— Chodzi mu o dowódcę –
podpowiedziałem.
— W takim razie to ja! Komandor podporucznik
Włodzimierz Borsuk, oficer Ludowej… wróć Marynarki Wojennej Rzeczpospolitej
Polskiej. Chciałbym rozmawiać ze Świętowitem.
Wszyscy zebrani zwrócili się w naszą
stronę, niektórzy zaczęli chichotać pod nosem, inni kręcić z politowaniem
głowami, a ja miałem okazję im się przyjrzeć. Był wśród nich facet w
zielonym wdzianku z rogami jelenia na głowie. Domyśliłem się, że to
Borewit, bóg lasów. Obok niego stał postawny mężczyzna o srebrnych,
długich do pasa włosach i złotych wąsach. Przypomniałem sobie opowieści
o Perunie – władcy grzmotów i błyskawic. Najgłośniej chichotał
młodzieniec o długaśnych blond lokach. Pewnie to Jaryło, bóg młodości,
płodności i siły.
Było również kilka kobiet. Niektóre
urzekająco piękne, o oczach błyszczących nieziemskim światłem. Poznałem
Perperunę, żonę Peruna, szmaragdowo-skórą Żywię, boginię narodzin
i uzdrawiania, oraz Lesze – boginię lasów.
W pewnej chwili wzrok mój natrafił na
znajomą koźlą fizjonomię. Demon przekrzywił łeb, jakby usiłował sobie
coś przypomnieć, w jego czarnych oczach pojawiły się iskierki rozbawienia.
Skierował w moją stronę kopytko.
— Żertwa – powiedział ucieszony.
— Bobo – pokiwałem mu głową na
powitanie.
Komentarze 3 z 3
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca.
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu.

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk!
Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.




Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10
Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu