Prasłowiańska Zamieć

Darek Domagalski publikacja 30 Wrzesień 2008, 16:03 Poprawki 10 Listopad 2009, 04:22 Gatunek Mity, prasłowiańskie Czytano 12674 razy
3 głosy
Spis treści utworu
Prasłowiańska Zamieć
2. Wyjście z portu
3. Nowa Prawda
4. Przewrót, na bogów?
5. Księga Welesa
6. Razy Pięścią
7. To ja, Wrona...
8. Ofiara w Panierce
9. Nie koleś! - Swaróg!
10. Dym w Wyraju
11. Dryf na Spitsbergen

-22-

Modlimy się do Welesa, Ojca Naszego,
Aby puścił na niebo Konnicę Surego,
I aby Suria wkroczył na niebo,
Aby obracać wieczne złote koła?

Kapłanki zawodziły od godziny, bez większych efektów. Zdaje się, że wypróbowały już wszystkie zaklęcia z Księgi Welesa. Prawie cała załoga pojawiła się na pokładzie, a niektórzy z marynarzy docinali kobietom, sugerując orgię seksualną jako najpewniejszy sposób otwarcia bram Wyraju. Kapłanki nie zrażone ironią kontynuowały modły.

Jesteśmy wnukami Darzbożymi,
Ulubieńcami bożymi i boże rodło w prawicy dzierżąc,
Opiewamy sławę Cudownego
I do wieczora pięciokroć bogów wysławiamy codziennie?

Po chwili podszedł do nas jeden z żerców i zwrócił się do dowódcy:
— Bez ofiary nie damy rady.
— Ofiary? – Komandor uniósł brwi.
— Ofiara całopalna? żertwa. Może być cielaczek, owieczka, kózka. Byle żywe było.
— Dobry pomysł. Kózkę dajmy na ofiarę – wtrącił podporucznik Wrona.
— Nikogo nie będziemy mordować! – Stary spiorunował go gniewnym spojrzeniem. – Skoczcie no lepiej, Wrona, do kucharza i trochę kotletów schabowych z zamrażalnika przynieście! – zakomenderował.
— Da radę?
— Substytut, ale może podziała? – Żerca wzruszył ramionami i odszedł kontynuować swoje modły.
— A jak nie podziała – odparł zamyślony dowódca – to wtedy weźmiemy Kózkę.

-23-

Kotlety schabowe podziałały.
Błysnęło, huknęło i na horyzoncie pojawiła się przepiękna tęcza. Nasycona kolorami, emanując ciepłem, rozkoszą i szczęściem. Portal zdawał się nas przyzywać, mamiąc obietnicami. Zachwyceni skierowaliśmy okręt w tamtą stronę. Do Wyraju – krainy wiecznej szczęśliwości.
Dziwnie jest z tymi religiami. U wikingów do Asgardu, przechodziło się tęczowym mostem zwanym Bisfort. Słowianie do swojej krainy bogów przechodzili jakby pod owym mostem, niejako tylnymi drzwiami. Uważam to za niesprawiedliwość dziejową.
Tymczasem my zbliżaliśmy się do bramy, zostawiając za sobą morze skute lodem, chłód i mrok. Niemal namacalnie wyczuwaliśmy ciepło i światło bijące z drugiej strony. Rozjaśniało nasze serca, przepełniało radością i spokojem. Błogostan i ukojenie.
Dlatego też kompletnie nas zaskoczyło olbrzymie oko na niebie. Pojawiło się znienacka, niespodziewanie i spojrzało gniewnie w dół.
— Wy kto? – Pytanie rozległo się echem po okolicy.
— O Welesie, Wielki Strażniku Wrót Wyraju! Błagać o pomoc przybyliśmy. My z Polski – powiedział jeden z żerców, padając przy tym na kolana. Ręką wskazał, żebyśmy wszyscy tak uczynili. Nie było wyjścia. Uklękliśmy.
— Polanie – stwierdził z przekąsem głos na niebie.
— Pozwól nam wpłynąć do Krainy Wiecznej Szczęśliwości, o Potężny Welesie, Władco Świata Podziemnego!
— No dobra. Tylko niczego nie kradnijcie! Mam was na oku! – powiedziało oko i znikło.

-24-

Wyraj, to według starodawnych wierzeń słowiańskich mityczna kraina, znajdująca się na końcu Drogi Mlecznej. To właśnie tutaj dusze naszych zmarłych przodków, niesione wiatrem, odchodziły na wieczny spoczynek. To stąd nadchodziła wiosna i tutaj na zimę przylatywały ptaki. Nie wiem, na ile to prawda, na ile mit, ale jedno wiem na pewno. Niebo nad Wyrajem jest fioletowe. Fioletowe jak wrzosy na łące, fioletowe jak pierwiosnki, fioletowe jak oczy jednej dziwki z Hamburga.
Może kolor nieba nie robił wielkiego wrażenia, ale cztery księżyce, które na nim wisiały, owszem.
Czy byliśmy na Ziemi, czy może faktycznie na drugim krańcu Galaktyki? Zresztą czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Sto tysięcy lat świetlnych w tę czy w tamtą stronę nie znaczy nic, jeśli dysponuje się portalem. Oby tylko nie był to portal w jedną stronę.
Płynęliśmy wolno po gęstej granatowej cieczy, która mam nadzieję, była wodą lub substancją wodzie podobną. Szukaliśmy jakiegoś lądu, pałacu w stylu Walhalli, gdzie mogliby urzędować bogowie. Nie widzieliśmy żadnych kierunkowskazów ani tablic informacyjnych. Zdani byliśmy tylko na siebie i niezawodny w takich wypadkach nos. Niestety, tym razem nos niczego mi nie podpowiadał. Już miałem zapytać się naszych neopogan, czy aby nie ma jakichś wskazówek w Księdze Welesa, gdy Wrona wydarł się tuż nad moim uchem:
— Tam! Zobaczcie! Pałac na wodzie!

-25-

Srebrna krystaliczna budowla pojawiła się na środku wodnego akwenu. Strzeliste wieże zdawały się dotykać fioletowego nieba. Gdzieniegdzie ściany zdobiły szmaragdowe freski. Wszystko mieniło się i świeciło, emanując ciepłym nieziemskim blaskiem. W sumie nic dziwnego, przecież byliśmy w raju.
Pałac zdawał się wymarły lub opuszczony. Wokół panowała absolutna cisza. Nie słyszeliśmy odgłosów zwierząt, ptaków. Jeśli bogowie tutaj mieszkali, to musiało im być cholernie nudno.
Dość długo szukaliśmy jakiegoś miejsca do przycumowania. Baszty, stromizny, ślepe ściany. Kiedy już traciliśmy nadzieję, naszym oczom ukazała się niewielka zatoczka z występem skalnym, z którego prowadziła droga do olbrzymiej bramy. Chyba znaleźliśmy wejście główne.
ORP „Dzik“ dobił do prowizorycznej kei.
Komandor podporucznik Włodzimierz Borsuk pierwszy zeskoczył na brzeg. Przez chwilę podeszwą wojskowego buta sprawdzał grunt.
— Torf jakiś czy co? – pokręcił sceptycznie głową. – Pierwszy i bosman idziecie ze mną. Wrona! Do naszego powrotu dowodzicie okrętem.
— Tak jest! – Wrona wypiął dumnie pierś.
— Bądźcie w gotowości bojowej. Nie wiadomo, jak przebiegną rokowania.
— Tak jest? – Wrona powiedział to już ciszej i niemrawo zasalutował.
— Idziemy! – rozkazał dowódca.
— Halo! Halo! Panie dowódco! – zawołał jeden z żerców. – Może powinniśmy iść z wami? Kapłan zawsze się przyda – zasugerował nieśmiało.
— Wiecie co? Ja mam jakąś awersję do kapłanów wszelkiej maści. Zrobiliście swoje, to teraz siedźcie na dupie i nie przeszkadzajcie. – Borsuk mówił wolno i spokojnie, ale nikt o zdrowych zmysłach nie śmiałby z nim w tej chwili polemizować.
— Dobrze, proszę pana. – Neopoganin okazał się mądrzejszy, niż na to wyglądał.
— Nie oglądając się za siebie, ruszyliśmy w kierunku lśniącej krystalicznym srebrem bramy. Ramię przy ramieniu, jak w tandetnym westernie.

-26-

Zapewne słyszeliście o Walhalli? Wielka i błyszcząca złotem komnata z wikingowych legend, do której zdążali polegli w walce wojownicy. Potężna w swoim majestacie, pełna przepychu i bogactwa.
W pałacu bogów słowiańskich niczego takiego nie zastaliśmy. Sala główna była zatęchłym, ciemnym i nieprzyjaznym pomieszczeniem. Typowe dla słowiańskiej mentalności – piękna fasada, a w wewnątrz ruina.
Pośrodku sali stał duży dębowy stół, nad którym pochylało się kilka postaci. Wydawało się, że nad czymś debatują. Podeszliśmy bliżej, wchodząc w krąg światła rzucany przez pochodnie. Wtedy nas zauważyli.
— Który z was to kniaź? – odezwał się najwyższy spośród nich, potężny mężczyzna z długą czarną brodą.
— Kniaź? – zapytał Borsuk.
— Chodzi mu o dowódcę – podpowiedziałem.
— W takim razie to ja! Komandor podporucznik Włodzimierz Borsuk, oficer Ludowej… wróć Marynarki Wojennej Rzeczpospolitej Polskiej. Chciałbym rozmawiać ze Świętowitem.
Wszyscy zebrani zwrócili się w naszą stronę, niektórzy zaczęli chichotać pod nosem, inni kręcić z politowaniem głowami, a ja miałem okazję im się przyjrzeć. Był wśród nich facet w zielonym wdzianku z rogami jelenia na głowie. Domyśliłem się, że to Borewit, bóg lasów. Obok niego stał postawny mężczyzna o srebrnych, długich do pasa włosach i złotych wąsach. Przypomniałem sobie opowieści o Perunie – władcy grzmotów i błyskawic. Najgłośniej chichotał młodzieniec o długaśnych blond lokach. Pewnie to Jaryło, bóg młodości, płodności i siły.
Było również kilka kobiet. Niektóre urzekająco piękne, o oczach błyszczących nieziemskim światłem. Poznałem Perperunę, żonę Peruna, szmaragdowo-skórą Żywię, boginię narodzin i uzdrawiania, oraz Lesze – boginię lasów.
W pewnej chwili wzrok mój natrafił na znajomą koźlą fizjonomię. Demon przekrzywił łeb, jakby usiłował sobie coś przypomnieć, w jego czarnych oczach pojawiły się iskierki rozbawienia. Skierował w moją stronę kopytko.
— Żertwa – powiedział ucieszony.
— Bobo – pokiwałem mu głową na powitanie.



Komentarze 3 z 3 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10

Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Anna Wołosiak
01 Październik 2008, 17:43

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca. ;) 
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Maciej Domagalski
03 Październik 2008, 01:31

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk! ;) Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Losowy tytuł - loteria nieocenionych przez Ciebie. Oceniaj i korzystaj z funkcji do odszukiwania nieczytanych opowieści.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi