Prasłowiańska Zamieć
3 głosy
-27-
– Posłuchaj mnie, głupku – przemówił ich przywódca. –
Świętowit to tylko idea. Abstrakcja, dzięki której potrafimy wytłumaczyć
sobie powstanie świata, tego, co nas otacza, istnienie nas samych. Może przy
innej okazji lepiej i dogłębniej ci to wytłumaczę, ale teraz mam inne
sprawy na głowie. Chętnie bym się dowiedział, jak tutaj trafiliście i kim
jesteście. Weles wspominał, że przypłynęliście z Polszy. Niestety
zjawiliście się w nieodpowiednim czasie. Mamy tutaj kolejną wojnę Kauków.
Tak więc do widzenia, zapraszam ponownie po wojnie. Weles przepuści was przez
bramę. Żegnam.
Pochylił się nad stołem, na którym w
nieładzie leżało kilka map. Kompletnie nas zignorował. Wiedziałem, że tak
to się nie skończy. Znałem Starego.
Wolnego, koleś. – Dowódca odezwał się
poirytowanym głosem.
Koleś? Mów do mnie Swaróg i nie zapominaj,
że jestem twoim bogiem! -
Mężczyzna wybuchnął gniewem, urósł dobre
półtora metra, a jego postać otoczyła trudna do zidentyfikowania aura.
Przestraszeni cofnęliśmy się parę kroków. Tylko Borsuk, pozostał w
miejscu, niewzruszony.
— Posłuchajcie, Swarogu. Przebyliśmy
długą drogę. B a r d z o długą drogę, żeby tu dotrzeć, a nasz własny
bóg nas po prostu zlewa. Zbyt wielkie środki zostały zaangażowane w
operację, zbyt wiele nadziei z nią się wiąże, żebyśmy teraz odeszli
z kwitkiem. Uważam, że należy nam się jakieś wytłumaczenie.
— A to dlaczego?
Komandor spojrzał prosto w oczy
słowiańskiego boga. Mijały sekundy, a nam się
wydawało, że całe wieki. Konfrontacja dwóch
potężnych sił. Zimne, chłodne i boskie spojrzenie Swaroga, zdawało się
nasycone eonami trwania i przemijania. Straszliwe w swojej wieczności. Oczy
Starego niejedno już widziały. Jego spojrzenie, surowe i wnikliwe,
przewiercało duszę boga na wylot, docierało do najgłębszych zakamarków,
obnażając wszystkie słabości. Swaróg zaczął mięknąć. Nerwowy tik
twarzy i pot na czole zdradzały jego zdenerwowanie. Komandor wiedział, że
zdobył przewagę psychologiczną.
— A to dlatego, że przed waszym pałacem
czeka w gotowości bojowej nasz okręt wojenny wyposażony w torpedy kalibru
533,4 mm.
Nie wiadomo, co byłoby dalej. Jak
zakończyłaby się konfrontacja?
Lecz nagle do sali wbiegł niski, gruby
mężczyzna ubrany niczym chłop pańszczyźniany. Na głowie miał czapkę
z nausznikami, z naszywką radzieckiej czerwonej gwiazdy. Dyszał ciężko,
nie mogąc wydobyć z siebie słowa.
— Strzybóg, co się stało?! – Swaróg
dopiero teraz oderwał wzrok od naszego dowódcy.
— Strzybóg? Władca wiatrów, powietrza,
najszybszy i najśmiglejszy z bogów. To grube, niskie coś wyglądające jak?
jak hobbit. To miał być Strzybóg?
— Żmijowie! Żmijowie nadlatują! –
wycharczał w końcu.
-28-
Ewakuacja! – zarządził Swaróg.
Start eskadry smoków! Niech nas
osłaniają! – wydawał dalsze polecenia.
Bogowie zwinęli mapy ze stołu i zaczęli
uciekać w kierunku wyjścia. Pobiegliśmy za nimi. Cóż mieliśmy robić?
Wtedy runęła ściana za naszymi plecami.
Odwróciłem się i nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Na krystalicznych
gruzach stała potężna wyverna. Rozpostarła błoniaste szkarłatne skrzydła,
z jaszczurzego pyska dobył się potężny ryk. Zionęła ogniem w miejsce,
gdzie staliśmy jeszcze chwilę temu. Ze stołu została kupa popiołu.
Przyspieszyłem, nie oglądając się więcej
za siebie, ale i tak jako jeden z ostatnich wybiegłem na zewnątrz.
Stanąłem jak wryty. To co się działo, przeszło moje najśmielsze
oczekiwania.
Na fioletowym niebie walczyły ze sobą dwa
rodzaje skrzydlatych istot. Ziały ogniem, rozrywały sobie wzajem ciała
szponami i zębami. Jedne, podobne temu, którego miałem okazję spotkać w
pałacu – latające szkarłatne jaszczury, drugie zielone, niczym smoki
wyciągnięte prosto z bajek dla dzieci. Te zdawały się w mniejszości
i próbowały ochronić ewakuujących się bogów, którzy bronili się całym
dostępnym arsenałem, używając boskich atrybutów.
Perun walił błyskawicami do pikujących
jaszczurów. Trafione spadały z głośnym pluskiem do wody. Borewit i Lesza
stworzyli i utrzymywali nad naszymi głowami osłonę z kolczastych krzewów.
Próbujące się przedostać stworzenia okrutnie raniły sobie pyski. Bobo
kopał z kopyta, natomiast Żywia używała blasku swoich oczu niczym
zwierciadła na bazyliszki. I żmije jak przystało na bazyliszki padały.
Blond-włosy Jaryło, wyprowadzał z dłoni białe światło, które
oślepiało napastników, a Strzybóg wyjął ruską pepeszę i zaczął do
nich po prostu strzelać. Zdaje się, że właśnie jego broń była
najskuteczniejsza.
Komandor podporucznik Włodzimierz Borsuk nie
stracił zimnej krwi. Wyjął służbowego glocka i spokojnie, jakby wykonywał
egzekucję, zaczął odstrzeliwać skrzydlate stwory. Kule w magazynku szybko
się jednak skończyły.
Wszyscy na okręt! – zarządził.
Zaczęliśmy przebijać się do prowizorycznej
kei, gdzie ?zaparkowaliśmy? „Dzika“. Osłaniani przez arsenał bogów,
pepeszę Strzyboga i nasze glocki, posuwaliśmy się do przodu.
Nagle jeden ze stworów zastąpił nam drogę.
Usiadł pół metra przed bosmanem i zaczął szczerzyć zęby. Nasz bosman nie
z takimi miał do czynienia. Podobno kiedyś w Hongkongu stanął mu na drodze
sam Bruce-Lee.
Finał znamy.
Później w książkach i biografiach
rozpisywano się o wibrującej pięści, o tajemniczych technikach walki.
Prawda jest bardziej prozaiczna. Dwa strzały na korpus i jeden w twarz.
Tym razem wydawało się jednak, że sytuacja
jest poważniejsza. Nic z tych rzeczy. Bosman nawet nie wziął dużego
zamachu. Tak od niechcenia wyprowadził prawy prosty. Stworzenie oberwało
między oczy i padło jak ścięte.
Zauważyłem szacunek w oczach Swaroga
i innych bogów.
Tymczasem podporucznik Wrona stanął na
wysokości powierzonego mu zadania. Widząc zbliżającą się naszą gromadkę
doskoczył do działka pokładowego i zaczął nas osłaniać. Kaliber 104 mm
wywołał niemały popłoch wśród atakujących szwadronami napastników.
Czerwone bestie dość szybko poradziły sobie z zielonymi obrońcami i teraz
spokojnie mogły się skoncentrować na nalotach.
Dzielna postawa Wrony dała nam czas na
dotarcie do okrętu.
Ledwo zamknęliśmy za sobą właz, dowódca
nakazał pełne zanurzenie.
-29-
Swaróg siedział na koi ze szklaneczką spirytusu w dłoniach. Wcale się
nie krzywiąc, pociągał spore łyki. Obserwowaliśmy go wraz z komandorem,
oczekując na wyjaśnienia. Resztę wesołej gromadki umieściliśmy w mesie,
z której wypuściliśmy buntowników. Po pierwsze potrzebowaliśmy w miarę
dużej wolnej przestrzeni, po drugie brakowało nam obsady na stanowiskach, a
zaczęło się robić gorąco.
Porucznik Kózka, ksiądz Henryk, bliźniacy,
inni oficerowie, podoficerowie i marynarze należący do rebelii dali słowo
honoru, że odstąpią od dalszych prób buntu i będą współpracować,
dopóki nie minie kryzysowa sytuacja. Nie wątpiłem, że po powrocie do portu
Kózka nie omieszka napisać wyczerpującego donosu, a ksiądz Henryk udzieli
wywiadu na antenie wiadomej rozgłośni radiowej, gdzie da wyraz swojemu
oburzeniu.
Na razie jednak wszyscy zgodnie wykonywali
polecenia Starego.
— Wdepnęliście w niezłe gówno,
kniaziu – rozpoczął Swaróg, zwracając się bezpośrednio do Borsuka. –
Można rzec, że trafiliście na eskalację działań wojennych pomiędzy
Czarnogłowem a Białobogą.
— Kim? – zapytałem.
— Ech… jak wy mało wiecie. Jak z taką
wiedzą Wyraj odnaleźliście? No więc od początku. Naszym światem rządzą
dwie przeciwstawne sobie siły, reprezentowane przez bliźniaków zwanych
Kaukami. Pierwszym jest Czarnogłów, reprezentujący wszystko, co jasne
i męskie. Jego siostra Białoboga, reprezentuje to, co ciemne i kobiece.
— Takie yin i yang – wtrąciłem.
— Co? Nie znam ich? Pochodzą z Wyraju? –
zainteresował się Swaróg.
— Nie. To tylko taka symbolika.
— No tak, symbolika. U nas niestety nie są
czczą symboliką. Kaukowie istnieją realnie i toczą ze sobą wieczne wojny.
Czarnogłowowi służę ja, moi towarzysze, których mieliście honor
i przyjemność uratować, kilka pomniejszych demonów i ażdahowie.
— Ażdahowie? – tym razem zapytał
komandor.
— Tak. Smoki.
— To te zielone były, co nam pomagały?
— Zgadza się. Trzecia eskadra smoków
Peruna. Obawiam się, że wszystkie straciliśmy. Psia jego mać! Skąd my teraz
nowe jaja weźmiemy? – zamyślił się chwilę, lecz zaraz podjął dalej
swoją opowieść. – Białobodze zaś służą ażdahowie żmijowi. Uprzedzę
wasze pytanie. To te szkarłatne paskudztwa. Przyboczne bogini to Dziewanna,
Pogoda, Marzanna. Nasz wywiad doniósł, że na jej stronę przeszedł też
Dażbog, Rod i ten chuj Kupała. – Swaróg plunął trzy razy za siebie,
opluwając makatkę ze zdjęciem Lenina, którą Stary z Moskwy sobie
przywiózł. – Nalejcie jeszcze. – Bóg wyciągnął ku mnie pustą
szklankę. Nalałem do pełna.
— Nie będę przed wami udawał. Jesteśmy w
odwrocie – rozłożył bezradnie ręce.
— To może rozpocznijcie pertraktacje
pokojowe? – zaproponowałem nieśmiało.
— Co?! Pertraktacje! Z tą suką!
Niedoczekanie! – Brodacz poderwał się z miejsca, rozlewając spirytus po
całej kajucie.
— No już dobrze, dobrze – uspokajałem
rozgniewanego boga. – Ale w takim układzie jakie macie wyjście?
Swaróg uśmiechnął się chytrze,
odsłaniając cały wachlarz spróchniałych zębów.
— Wspominaliście, kniaziu, o jakichś
torpedach, prawda?
Komentarze 3 z 3
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Komentarz chyba zbędny Tekst jest po prostu bardzo dobry, a nawet lepszy (no nie, jeszcze nie "Arcydzieło" :P ). Owszem, miałabym do niego szereg uwag natury technicznej, ale szkoda na to czasu, poza tym w komentarzach i tak jest za mało miejsca.
Natomiast czyta się to z prawdziwą przyjemnością. Po prostu.

kto powiedział że to pijacka załoga?! Żeby nie wyszło na wazeliniarstwo, ja z tym panem nie mam nic wspólnego. To po prostu zbieżność nazwisk!
Oczywiście żart. ORP jest nie do zdarcia, szkoda tylko że dalsze dzieje najbardziej zaawansowanego technicznie okrętu polskiego poszły w las, a miejsce zastąpiły jakiechś Grunwaldy. Miejmy nadzieję, że "ORP Dzik" jeszcze powróci do łask autora. A tak nawiasem mówiąc czytałem lepsze opowiadanka o zwariowanej załodze Dzika. Może jeszcze ujrzymy je na łamach Baśni.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.




Bartosz Kowa
30 Wrzesień 2008, 18:10
Prawie odyseja polska Nasuwają się pytania. Fabuła zdradza cechy bohaterów i przygody, które już przed wydarzeniami tej opowieści musiały być obrazowane bardziej. Przygody załogi okrętu ORP Dzik to faktycznie kolejny epizod z serii, tego samego autora, a publikowane drukiem w periodyku SFFiH w 2006 roku.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu