Jancyk
1 głos
Onegdaj, gdy świat był świeży, jak świeża może być rana, gdy przedwcześnie zerwie się plaster, chodzili po świecie ludzie i bogowie. Ludzie byli prości, mieszkali w drewnianych domach i dzień w dzień wieszczyli koniec świata. Uprawiali przy tym pola, hodowali zwierzęta. Nie walczyli, albo szło im to bardzo opornie. Żyli w pokoju ze sobą wzajem i innymi plemionami, a także ze zwierzem wszelakim.
Po lasach przechadzali się bogowie rozmaici pod postacią wiatrów,
zwierząt albo starców z długimi brodami. A jeden pośród nich był
najważniejszy i najpotężniejszy. I choć nie on stworzył ziemski padół
dziwnym zrządzeniem boskich losów przyszło mu sprawować pieczę nad
światem. A ponieważ ludziska powiadali, że widzi wszystko Światowidem go
nazwali i czcili najlepiej jak mogli, bo dobry był.
Dbał o wszystko i starał się harmonię
trzymać w świecie. Wychodziło mu to wspaniale. Lecz pewnego dnia popełnił
błąd, gdy starał się zmajstrować nowego drapieżnika, by zapobiec pladze
królików, co wyżerały uprawy. Coś poszło nie tak, energia uciekła nie tam
gdzie trzeba i przez kilka dni i nocy błąkała się po lasach. Wydawać by
się mogło, iż będzie spokój, że rozlezie się energia i co najwyżej
jakiś grzyb albo robak się rozświeci, jak dawniej bywało. Tym razem jednak
stało się coś odmiennego. Po kilku dniach rumor przepotężny przetoczył
się po lesie i spłoszył zwierzęta. A pod niebo buchnął płomień
i słup smolistego dymu lizał chmury przez kilka dni. Znów było cicho, lecz
niepokój dziwny las wypełnił.
Szukał Światowid przyczyn tego rabanu, lecz
las zbyt gęsty i zbyt rozległy był nawet jak na jego moce. Na dodatek dym
woni nie posiadał. Tymczasem…
Narodziła się istota przedziwna, jakiej nikt
jeszcze tu nie widział. Człowiekom podobna, lecz spojrzenie miała tak
zwierzęce, iż najmężniejszy lękał się jej w oczy patrzeć. Błąkało
się toto przez dni kilka po lesie, rozsiewało strach, aż dnia pewnego
zabłąkało się pod domostwa ludzi.
Ludkowie jakby przeczuwali, że coś się
święci. Wybiegli nagle, jak na komendę, przed chaty każdy w jakieś kosy lub
widły uzbrojony. A ono, to szkaradztwo, na widok którego każdy odium
straszne poczuł, stało sobie i szczerzyło zębiska, całkiem ludzkie
zresztą a łeb cały krwią zalany jakby kto jej chciał włosy nożem zdjąć.
Podniosło dłonie i zobaczyli, że dziury ma w nich, jakby je kto gwoździami
przebił. Słyszeli po prawdzie ludzie, że gdzieś daleko jacyś boga swego do
belek przybili. I pomyśleli, że może rację mają ci przedziwni mędrcy co
o takim ciągle rozpowiadają i jeszcze są z tego dumni. Zadrżeli tedy
z trwogi i lament podnieśli wielki. A ono tymczasem uniosło się nad
ziemię i wleciało do pierwszej chałupy jaką zobaczyło. Tłum otoczył
chatę, a wejść nikt się nie ważył bo rumor straszny stamtąd dobiegał.
Z komina i okien wszystkich ogień i dym trysnął. Rozwarły się drzwi
i wyskoczyło to coś pieca dosiadając jak rumaka rączego, buchającego
ogniem i dymem. Stanął na tym dziwadle dęba i krzyknął:
— Miejcie mnie w myśli, ludkowie, powrócę
tu kiedyś jak teraz mnie widzicie. Ale niewidoczny dla oczu zawsze wśród was
będę!
I pogalopował w ciemny las i do dziś tak
podobno galopuje. Ludzie, choć go później nikt nie obaczył, powiadają, że
dymem mami do dziś ludzkie głowy.
Światowid natomiast zaszył się w lesie i po
dziś dzień jako szum wiatru bądź stare drzewo można go obaczyć.
______________
Swobodne szaleństwo na podstawie staropolskiej histori o Jancykryście
Komentarze 1 z 1
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.



Bartosz Kowa
17 Luty 2008, 17:27
Dym spowija nasze głowy Trudno przed tym diabelstwem umknąć, ale się nie damy,
choć trudno będzie - woni nie posiada. Podoba mi się ta opowieść, metafory wyraźne, aktualne bodaj stale. Język też nieprzesadnie stary, winien przemówić do naszej szanownej wiary
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu