Kwiat paproci

Robert Pol Nie mam konta w czytelni, ale mam opowieść. publikacja 16 Październik 2008, 18:51 Poprawki 10 Listopad 2009, 06:11 Gatunek Mity, staropolskie Czytano 6981 razy
1 głos

Chodźta, dzieciaki – powiedział Radomir, biorąc Maćka na ręce – zara się ściemni. Olech przytulił płaczącą siostrę.

– Lza nam iść – powiedział. Kiwnęła głową. Otarła łzy i spojrzała po raz ostatni na mogiłę matki. Wzięła głęboki oddech i ruszyła pospiesznie za bratem i wujem. Opuszczali rodzimą wieś. Nie było tam już dla nich nic. Matka przez ostatnie lata wciąż wspominała Jacusia. Mówiła, że był tu raz, ale go nie poznała, bo ubrany był bogato i ze służbą przyjechał. Olech nie wierzył w to. Jeśli nawet ich brat żył, na dodatek tak dostatnie, jak opisała matka, nie miałby tu czego szukać. Podczas gdy oni umierali w głodzie i chorobie, on woził się ze służbą. Gdyby tak było naprawdę, Olech znienawidziłby go. Tyle przecież wycierpieli. Bogna rozmawiała z matką na ten temat, tuż przed jej śmiercią. Umierająca, mówiła, że może to był tylko sen, może wizja. Pewnie Jacek żyje, gdzieś daleko, zbiera pieniądze i pewnego dnia wróci. W karocy, w asyście dworzan, z kuframi. Wtedy ich los na pewno się odmieni. Matka nie wierzyła, że jej kochany synek, mógłby o niej zapomnieć. Trzeba czekać na jego powrót, mówiła. I czekała, aż zmogła ją starość i choroba. Jacek się jednak nie pojawił. Zanim dotarli na miejsce była noc. Padał lekki deszcz, ale wszystko wskazywało na to, że za kilka godzin rozpęta się burza. Chata Radomira znajdowała się na skraju lasu. Dzieci bały się tego miejsca, nigdy przedtem go nie odwiedzały. Wuja znały tylko z opowieści ojca. Ponoć wiele lat temu pokłócili się obaj strasznie, doszło do bójki. Matka mówiła, że to z jej powodu. Stąd tez wielkie było ich zdziwienie, kiedy tego samego dnia, kiedy umarła matka, pojawił się w ich domu. Był bardzo podobny do ich ojca. Te same oczy, postura. Z początku, Bogna pomyślała, że widzi ducha. Kiedy Radomir się odezwał, stało się jasne kim jest. Olech i on, pogrzebali matkę, tuż przy mogile ojca. Wuj powiedział, że zabierze całą trójkę do siebie, że teraz on będzie ich opiekunem. Dzieci nie miały innego wyboru, jeśli chciały pozostać przy życiu. Decyzję podjął Olech, jako najstarszy. Potrzebowali dorosłego, żeby się nimi opiekował. Zwłaszcza małym Maćkiem.
— Nie boicie się tak przy lesie? – Olech zagadnął Radomira.
— A czego niby? – powiedział z uśmiechem wuj.
— No, Licho i inne stwory. Przyjść mogą i krzywdę zdziałać.
— Ha ha – zaśmiał się Radomir. – Borowy mi druchem. Nie bójta się. Nic nam nie grozi. Bogna spojrzała na wuja z podziwem. Musiał być wyjątkowym człowiekiem, skoro sam Borowy go chronił. Przez moment, zdawało jej się, że widzi postać starca, tuż przy krawędzi lasu. Ale mogło to być tylko jej złudzenie. Była senna, przetarła oczy i spojrzała raz jeszcze. Nikogo nie było.
— No chodź, Bogna – ponaglił ją brat. Weszła do środka. Radomir położył śpiącego już Maćka do łóżka i zapalił świecę. W słabym świetle zobaczyli, że w izbie stoją cztery dziecięce łóżka.
— Zrobiłem je dla was.
— Ale… – zaczął Olech.
— Tak, wiem – powiedział Radomir. – Po prostum czuł, że pewnego dnia przyjdzie mi się wami zająć. Sądziłem, że także waszym bratem, Jackiem. Ale cóż, może kiedyś… Olech spuścił wzrok. Czuł dziwny wstyd. Bogna ziewnęła.
— No, kładźta się – powiedział wuj. – Pora spać.
— A wy, wuju?
— Ja lubię spać na podłodze. Dobranoc. Położył się na drewnianej podłodze i nakrył niedźwiedzią skórą. Dzieci weszły do swoich łóżek. Bogna zdziwiła się, jak wygodne było to posłanie. Uśmiechnęła się do siebie i zasnęła. Sen miała dziwny. Był w nim Jacek. Przyjechał nocą do ich chaty. Sam, bez służby, na pięknym białym koniu, ubrany jak królewicz. Zdziwił się, kiedy nikogo nie zastał. Nie wiadomo skąd, pojawił się jakiś żebrak. Powiedział, że wszyscy pomarli, i że to wina Jacka. Jacek zaczął krzyczeć i rozdarł koszulę. Bogna zobaczyła na piersi brata dziwny kwiat, lśniący i jakby wrośnięty w ciało. Potem niebo przeszyła błyskawica, ziemia rozstąpiła się a Jacek zniknął w jej wnętrzu. Obudziła się z płaczem. Przy jej łóżku ktoś stał. Starzec, o twarzy koloru mleka. Bogna pomyślała, że to pewnie ta sama postać, którą widziała przez moment na skraju lasu. Chciała krzyknąć, ale on był szybszy. Zatkał jej usta dłonią.
— Nie bój się – powiedział. – Nic ci nie zrobię. Tylko nie krzycz. Obiecujesz? Kiwnęła głową. Puścił ją.
— Kim jesteś? – zapytała.
— Ćśś – przyłożył palec do ust, poczym wskazał na drzwi. Przytaknęła. Wyszli przed chatę. Padało strasznie. Burza zupełnie jak we śnie Bogny. Starzec pstryknął palcami i już po chwili rozpostarł się nad nimi szklany dach, chroniący ich przed deszczem.
— To… – Bogna nie wiedziała co powiedzieć. – Jak to zrobiłeś?
— Nieważne – odpowiedział starzec. – Ważne jest to, jak ty zrobisz to, co musisz zrobić.
— Co?
— Widziałaś brata, Jacka, czyż nie?
— To był sen…
— To nie był sen – powiedział patrząc jej w oczy. Poczuła dreszcz. – To co widziałaś, wydarzyło się naprawdę. Przed chwilą.
— Toć to co matka gadała było prawdą? Że Jacek bogactwa zbierał dla nas?
— Nie do końca, ale dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. Teraz biegnij już.
— Gdzie? Dlaczego? Starzec znowu pstryknął palcami. Tym razem krople deszczu zatrzymały się, ucichł także wiatr. Zapanowała cisza.
— Co zrobiłeś? – zapytała zdziwiona Bogna.
— Słuchaj – powiedział starzec. – Twój brat jest teraz w Nawii. Nie dokończył życia tak, jak powinien. Sam je sobie odebrał. Jeśli mu nie pomożesz, wróci na ten świat jako strzygon, albo inne paskudztwo.
— Co ja mogę? – Bogna rozpłakała się.
— Nie rycz. Biegnij do waszej chaty i wejdź w dziurę w ziemi. Dostaniesz się przez nią do krainy umarłych. Tam znajdź Jacka, a reszta przyjdzie sama.
— Boję się, sama…
— Czas stoi w miejscu, nic ci tu nie grozi, ale musisz się spieszyć. Perun może się rozgniewać, że mieszam się do nie swoich spraw. Idź już. Pobiegła ile sił w nogach. Boso, tak jak stała. Przedzierała się przez gęsto rozsiane krople. Zanim dobiegła na miejsce, cała była przemoczona. Przed chatą rzeczywiście był otwór w ziemi. Dokładnie taki sam, jak w jej śnie. Stanęła na krawędzi i spojrzała w głąb. Nie widziała nic, tylko ciemność. Zawahała się. Kochała brata i bardzo za nim tęskniła. Teraz mogła mu pomóc i wiedziała, że aby to zrobić, musi zebrać się na odwagę. Zamknęła oczy i skoczyła. Nie poczuła upadku. Sądziła, że być może ciągle spada. Trwało to jednak bardzo długo i w końcu ciekawość wzięła nad nią górę. Powoli otworzyła oczy. Zdumiała się, kiedy zobaczyła, że stoi twardo na ziemi. Rozejrzała się. Była w jakiejś jaskini. Musiała się ona znajdować pod ziemią, gdyż z powały zwisało mnóstwo ogromnych korzeni. Zrobiła krok do przodu i zamarła ze strachu. O kilka metrów od niej, między korzeniami, siedział smok. Czarny, z głową przypominającą łeb węża. Zapiszczała, kiedy żółte oczy spojrzały na nią. Smok wysunął język i zasyczał, jak żmija. Bogna przypomniała sobie opowieści. Miała do czynienia ze strażnikiem otchłani, Żmijem.
— Czego tu szukasz? – zapytał Żmij.
— Brata – odpowiedziała Bogna.
— Ha ha ha – zaśmiał się smok. – Brata powiadasz? A cóż to za jeden, ten twój brat? I czemuż to szukać go chcesz w Nawii?
— Staruszek powiedział – zaczęła, głos jej drżał – że mi się nie śniło, że Jacek naprawdę wrócił. Bogaty i w ogóle, tylko matka zmarła i on…
— Jacek? – zdziwił się Żmij. – Ten Jacek, co kwiat paproci znalazł?
— Jaki kwiat? Mojego brata szukam, Jacka ze Studnicy. Żmij podniósł łeb wysoko i pokręcił nim. Wstał, odwrócił się i ruszył powoli przed siebie. Mruczał coś pod nosem, w końcu zawołał.
— Idziesz, czy nie?! Bogna pobiegła za smokiem. Mimo, iż szedł wyraźnie bez pośpiechu, z trudem dotrzymywała mu kroku. Nic dziwnego, przewyższał ją rozmiarem kilkakrotnie.
— Nieszczęsna – odezwał się Żmij. – Nie powinnaś była tu przychodzić. Coś ty zrobiła najlepszego?
— Ten starzec mi kazał – odpowiedziała. – On czarownik chyba, bo czas zatrzymał.
— Doprawdy? – smok odwrócił głowę w jej stronę.
— Mówił, że muszę ratować brata.
— Tak – pokiwał głową Żmij. – To jedyne, co możesz teraz zrobić. Bogna spuściła głowę. Dopiero teraz zauważyła, że jest boso. Jej stopy jednak, nie były poranione, choć stąpała po ostrych kamieniach. Nie czuła też zimna, a powinna, bo każdemu oddechowi towarzyszył obłoczek pary, uciekający z ust. Nie miała czasu, by się nad tym zastanowić, bo doszli właśnie do wyjścia. Wyszli na wielką łąkę, usłaną kwiatami. Otaczały ją niewielkie wzniesienia a linia horyzontu wydawała się ciągnąć bez końca. Serce Bogny zabiło szybciej, kiedy tuż nad jej głową przeleciało stado różnobarwnych ptaków. Spojrzała w górę. Na niebie nie było chmur, tylko mnóstwo ptaków; miliony kolorowych, nie znanych jej gatunków.
— Co to za ptaki? – zapytała.
— To ludzkie dusze – odpowiedział Żmij. – Wszyscy ci, którzy umarli i dane im jest spoczywać w spokoju.
— To znaczy, że to jest…
— Tak – usłyszała głos. – To moje królestwo. Rozejrzała się, nie było nikogo. Smok gdzieś zniknął. Pewnie wrócił do jaskini, pomyślała Bogna. Musiała odnaleźć Jacka, tylko nie bardzo wiedziała jak się do tego zabrać. Wszystkie ptaki wyglądały tak samo, a jej brat był jednym z nich.
— Jacek! – zawołała. Zaczęła biec i machać rękami. Liczyła, że brat ją zauważy, gdziekolwiek jest. Usłyszała śmiech. Zatrzymała się. Przed nią stał kozioł. Zupełnie zwykły, mogłaby pomyśleć, ale sporo większy, niż kozły, które widywała we wsi. Przewyższał ją wzrostem, a Bogna była dość wysoka, jak na swój wiek.
— Nie bój się – usłyszała głos. Kozioł stał i patrzył na nią. Jego oczy wydawały przenikać w głąb jej duszy.
— Ty mówisz? – zapytała.
— Ha ha ha. Kozły przecież nie mówią.
— Ale ja słyszę twój głos – powiedziała Bogna. – Bo to ty do mnie mówisz, prawda? Jego pysk się nie poruszał, jednak dziewczynka była pewna, że to on do niej mówi. Wpatrywał się tylko w nią. Miał naprawdę piękne oczy, takie ludzkie.
— Kim jesteś? –zapytała.
— Jestem Wołos – odpowiedział kozioł.
— Pasterz dusz.
— Tak, a to jest moje królestwo.
— Pięknie tu – powiedziała.
— Cieszę się, że ci się tu podoba. A teraz chodź ze mną. Poszła. Kozioł stąpał dumnie i twardo. Nie deptał jednak trawy ani kwiatów, a może po prostu odżywały one na nowo. Bogna zauważyła, że ona również ich nie depta, zupełnie jakby ważyła tyle co piórko. Spojrzała w niebo. Ptaki podążały za nimi, krążyły wokół, jakby chciały być jak najbliżej swojego pasterza.
— To bardzo piękne, co zrobiłaś – odezwał się w końcu Wołos. Bogna nie wiedziała, co powiedzieć.
— Jesteś bardzo odważna – ciągnął. – Twój brat jest szczęściarzem. Ach, żeby tylko nie był takim głupcem, wszystko potoczyłoby się inaczej. Kozioł zatrzymał się i zaryczał. Nie był to odgłos, jaki mógłby wydać zwykły kozioł. Bardziej przypominało to ryk smoka. Przed nimi pojawił się Jacek. Starszy niż wtedy, kiedy Bogna widziała go po raz ostatni. Wyglądał dokładnie jak w jej śnie. Nie był jednak tak samo ubrany. Nie miał bogatych szat, tylko zwykłą lniana koszulę i portki. Na nogach miał drewniane chodaki.
— Jacek! – zawołała Bogna ze łzami w oczach i pobiegła, by uściskać brata. Przytulił ją i pocałował. Łzy pociekły mu po policzkach.
— Kochany braciszku, nareszcie. Odepchnął ją.
— Coś ty zrobiła?
— Przyszłam ci z pomocą – powiedziała Bogna.
— Nie! – krzyknął Jacek. – Zgubiłaś siebie, a mnie i tak nie możesz już pomóc. Upadł na kolana i zakrył twarz dłońmi. Bogna objęła go i pogłaskała po głowie.
— Wszystko będzie dobrze, braciszku.
— Nic nie będzie dobrze! To wszystko przeze mnie! Kozioł ryknął ponownie. Spojrzeli na niego z przerażeniem.
— Dosyć tego – powiedział. – Idziemy. W ułamku sekundy cała bajeczna równina zniknęła. Jacek i Bogna znaleźli się w swojej zagrodzie. Przed chatą siedział mężczyzna z mieczem w dłoni. Twarz miał piękną a oczy identyczne jak kozioł, z którym przed chwilą byli.
— Ty jesteś Wołos? – zapytała Bogna.
— Tak. – odpowiedział. – Jak widzisz, Jacku, nie cała twoja rodzina umarła. Zostali jeszcze twoi dwaj bracia: Olech i Maciek. Są teraz w domu waszego wuja, Radomira.
— Jeszcze ja – wtrąciła Bogna. – Nie zapominaj o mnie. Wołos westchnął.
— Nie zapomniałem o tobie, dziecko – popatrzył na Jacka. – Podziękuj siostrze i zmiataj stąd. – Zza pleców Wołosa wyleciała sowa i poleciała w kierunku lasu. – Ona wskaże ci drogę. Ze łzami w oczach Jacek przytulił siostrę mocno.
— Dziękuję – wyszeptał. – I przepraszam. Puścił ją i pobiegł za sową.
— Co się… – Bogna chciała pobiec za nim, ale nie mogła się poruszyć. Popatrzyła tylko pytająco na Wołosa.
— Drogie dziecko – powiedział. – Teraz wrócisz ze mną do Nawii. Podobało ci się tam przecież.
— Ale ja chciałam…
— Wiem. Widzisz, twój brat znalazł przed siedmioma laty kwiat paproci. Dał mu on bogactwa, o jakich książęta tego świata nie mogą nawet śnić. Niestety ceną było to, że nie mógł się z nikim swoim bogactwem podzielić. Chciał, bardzo chciał wam pomóc, ale strach przed utratą wszystkiego wziął nad nim górę.
— Więc to prawda, co mówiła matka. Że przyjechał ze służbą – powiedziała Bogna.
— To prawda. Przyjechał także tej nocy, ale Kusy powiedział mu, że wszyscy pomarliście, a Jacek przeklął swój los i pochłonęła go ziemia.
— Dlaczego Kusy go okłamał?
— Bo taki już jest. Z tego samego powodu okłamał też ciebie i kazał ci ruszyć na pomoc Jackowi. Bogna spuściła głowę. Świadomość tego, że Jacek nie pomógł im, kiedy przymierali głodem, kiedy matka była chora, była dla niej przytłaczająca.
— Mój brat naprawdę był taki samolubny? – zapytała dziewczynka.
— Naprawdę – powiedział Wołos i wziął ją na ręce. – Jednak to kwiat paproci był przyczyną tego zła, które się stało. To on był tego przyczyną. Jacek miał obsesję na jego punkcie, nie mógł dłużej znosić biedy i głodu. Dlatego tak pragnął tego kwiatu. Niestety, bardziej kochał samego siebie, niż własną rodzinę. Ale teraz to się zmieni. Dostał dzięki tobie drugą szansę i lepiej, żeby ją wykorzystał. Bo jeśli nie…
— Wiesz – Bogna spojrzała mu w oczy – gdybym wiedziała, że muszę umrzeć, żeby uratować Jacka, to myślę, że mimo wszystko bym to zrobiła. Ja go naprawdę kocham.
— Wiem. Znów znaleźli się na łące. Bogna poczuła jednak, że nie stoi na ziemi, ale unosi się w powietrzu. Spojrzała na swoje ręce. Teraz to były kolorowe skrzydła. Rozejrzała się. Ta kraina wyglądała stąd jeszcze piękniej, niż z dołu. Bognę otoczyła gromada innych ptaków. W wielu z nich rozpoznała znanych sobie ludzi. Co najważniejsze, byli tam także jej rodzice. Uśmiechnęła się. Kozioł zaryczał donośnie i ruszył w kierunku wzgórz. Ptaki podążyły za nim.

Komentarze 1 z 1 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 13:26

Średnie wypracowanie, a nie opowieść Kuleje interpunkcja, trochę powtórzeń, ograny pomysł. Nachalne moralizatorstwo mocno mnie razi. 
Nie podobało mi się.

Dyskusja: 1 odpowiedź Dodaj komentarz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Stworopedia to księga baśniowych stworów i słów związanych. Nie znajdziesz tam odpowiedzi zostań autorem wpisu.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi