Bagiennik biebrzański
1 głos
| Spis treści utworu |
|---|
| Bagiennik biebrzański |
| Strona 2 |
Rzecz działa się nie tak dawno temu, bo na przełomie XVIII i XIX w.
We wsi Brzostowo, chętnie dzisiaj odwiedzanej
przez amatorów podglądania wodnego i błotnego ptactwa, mieszkał wraz
z ojcem Jan Mocarski. Obaj byli rybakami, jak większość sąsiadów. Pewnego
wrześniowego wieczora ojciec naszego bohatera wybrał się na rzekę, by
zapolować na dużego suma. Zabrał ze sobą zapas grubej linki, solidne haki
i kilka martwych płotek – na przynętę.
Noc była ciepła, ale pochmurna i zanosiło
się na deszcz. Stary Mocarski zarzucił przynętę na głęboczek, zapalił
skręta i czekał.
Tuż przed północą miał branie. Nawinięty
na olszynowy kołek sznur, błyskawicznie pogrążał się w czarnej wodzie.
Doświadczony rybak nie próbował podrywania, wiedział bowiem, że duża ryba
potrzebuje sporo czasu, by połknąć przynętę.
Gdy jednak linka niemal w całości odkręciła
się z kołka, zaciął. Teraz jednak sum przejął inicjatywę. Ciągnął
twardo pod prąd. Stary nie chciał stracić ryby i popuszczał po trosze po
kawałku linki. Wkrótce nie miał już jednak czego popuszczać. Koniec sznura
owinął wiec wokół dłoni. Sum twardo ciągnął, sznur wrzynał się w
ciało do krwi. Walka trwała niemal do wschodu słońca. Wielka ryba holowała
łódź kilka kilometrów w górę rzeki. Gdzieś w okolicach wsi Biodry,
staremu udało się ją zmęczyć. Wyholował olbrzyma na mieliznę, ogłuszył
osinową pałką i wciągnął do wąskiej duszyhubki.
Tuż po wschodzie słońca był w domu
z niemal siedemdziesięciokilogramowym, dwumetrowym sumem. Próżno dzisiaj
szukać takich ryb w naszych wodach. Wytrute, wybite prądem, osaczone sieciami,
należą już do legendy.
Mocarski wrócił do chaty dumny jak paw.
Dochód z takiej zdobyczy pozwalał na godne życie przez kilka tygodni.
Uznanie sąsiadów też nie było bez znaczenia.
Mijały coraz krótsze jesienne dni. Rana na
dłoni rybaka nie chciała się jednak goić.
Okalające biebrzańską dolinę lasy
wypełniały się bogactwem barw. Brzegi zielonych borów pojaśniały
żółcią brzóz. W grądach złociły się klony i osiki, rozjaśniając
brązowe plamy dębów i grabów. W dolinach strumieni, z ciemną zielenią
olch żywo kontrastowały złote pióropusze jesionów. W nieco suchszych
miejscach torfowisk, na rdzawej palecie traw i turzyc, żółto dźwięczały
przysadziste kępy krzaczastych wierzb.
Stary nie mógł jednak, jak co roku, cieszyć
się urokami jesieni. Zraniona dłoń paliła go i rwała, z dnia na dzień
coraz bardziej. Nie pomagały okłady z torfu i sprawdzonych ziół. Palce
zaczęły czernieć, do rany wdała się gangrena. Ból był tak nieznośny, że
stary błagał syna, by odciął mu dłoń. Ten jednak udał się do miejscowej
poszeptuchy. Zielarka poradziła Janowi, by na początek złożył ofiarę
z najprzedniejszych ryb Pani Jezior i Płytkowodzi a następnie ciemną
pochmurną nocą udał się nad brzeg Biebrzy i przywabił Bagiennika
świeżym, tłustym węgorzem oraz dymem z dębowych liści, wyprażonych w
piecu chlebowym. Zanim jednak wywoła z moczarów demona, powinien starannie
owinąć głowę lnianym płótnem. Jak wiemy bowiem, oddech Bagiennika jest
zabójczy, a maź, którą strzela on z nozdrzy, gorąca jak ogień.
Młody Mocarski zastosował się do zaleceń
zielarki. Pierwszej nocy nic jednak się nie wydarzyło. Słyszał tylko
puszczyki nawołujące się z pobliskiej dąbrowy. Drugiej nocy coś
ciężkiego wpadło do wody, chociaż nie było ani krztyny wiatru. Trzeciej
nocy z Biebrzy wyłonił się Bagiennik, by odebrać swoją ofiarę. Najpierw
ukazała się wielka, żabia głowa. Szeroka, bezzębna paszcza pochwyciła
węgorza i po chwili wszystko zniknęło. Jan jednak czekał.
O brzasku demon pojawił się raz jeszcze na
bardzo krótką chwilę, by strzelić gorącą mazią wprost na owiniętą
lnianym płótnem głowę rybaka.
Ile w tej historii prawdy, trudno dociec.
Podobno jednak stary Mocarski nie stracił zaatakowanej przez gangrenę dłoni
i dożył lat ponad dziewięćdziesięciu, co jak na owe czasy było nie lada
wyczynem. Na coś się więc jednak maź Bagiennika przydała. Wszak do dziś
dnia ludzie zażywają dla zdrowia kąpieli borowinowych, które jak wiadomo
z bagna pochodzą.
Czy Bagiennik nadal nad Biebrzą przebywa?
Trudno powiedzieć. Jak bowiem wszystkim dobrze wiadomo, niewielu
śmiertelników może go ujrzeć na własne oczy.
K O N I E C
.Komentarze 1 z 1
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.



Bartosz Kowa
20 Listopad 2009, 20:51
W swoim stylu Autorowi szczególne brawo za opisy, za słownictwo, choć tym pierwszym opowieść raczej ciut przesycona. Niewątpliwie wytrwały patriotyzm lokalny (sumując wszystkie publikacje autora), wart jest uznania. Styl nieco przewodnikowy, wynikający jednak z profesji pozaliterackiej autora, strawny.
Wątki: tutaj Pani Jezior i Płytkowodzi, zwana też Królową Podwodnych Łąk i Panią Ryb, to raczej innowacyjny twór autora, ale wydaje się pasować do mitów Prasłowian, co akurat świadczy o godziwym wyczuciu.
Gorzej, niestety, prezentuje się fabuła, która stanowi niejako drugą, mniejszą, część, a szkoda.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu