Bagiennik biebrzański

Tomasz Lippoman Wyróżniony w I Konkursie Literackim BASNIE.pl za "Bagiennik biebrzański" publikacja 20 Listopad 2009, 17:11 Poprawki 20 Listopad 2009, 17:23 Gatunek Obok domu..., Białowieża Czytano 5402 razy
1 głos
Spis treści utworu
Bagiennik biebrzański
Strona 2

Rzecz działa się nie tak dawno temu, bo na przełomie XVIII i XIX w.
We wsi Brzostowo, chętnie dzisiaj odwiedzanej przez amatorów podglądania wodnego i błotnego ptactwa, mieszkał wraz z ojcem Jan Mocarski. Obaj byli rybakami, jak większość sąsiadów. Pewnego wrześniowego wieczora ojciec naszego bohatera wybrał się na rzekę, by zapolować na dużego suma. Zabrał ze sobą zapas grubej linki, solidne haki i kilka martwych płotek – na przynętę.
Noc była ciepła, ale pochmurna i zanosiło się na deszcz. Stary Mocarski zarzucił przynętę na głęboczek, zapalił skręta i czekał.
Tuż przed północą miał branie. Nawinięty na olszynowy kołek sznur, błyskawicznie pogrążał się w czarnej wodzie. Doświadczony rybak nie próbował podrywania, wiedział bowiem, że duża ryba potrzebuje sporo czasu, by połknąć przynętę.
Gdy jednak linka niemal w całości odkręciła się z kołka, zaciął. Teraz jednak sum przejął inicjatywę. Ciągnął twardo pod prąd. Stary nie chciał stracić ryby i popuszczał po trosze po kawałku linki. Wkrótce nie miał już jednak czego popuszczać. Koniec sznura owinął wiec wokół dłoni. Sum twardo ciągnął, sznur wrzynał się w ciało do krwi. Walka trwała niemal do wschodu słońca. Wielka ryba holowała łódź kilka kilometrów w górę rzeki. Gdzieś w okolicach wsi Biodry, staremu udało się ją zmęczyć. Wyholował olbrzyma na mieliznę, ogłuszył osinową pałką i wciągnął do wąskiej duszyhubki.
Tuż po wschodzie słońca był w domu z niemal siedemdziesięci­okilogramowym, dwumetrowym sumem. Próżno dzisiaj szukać takich ryb w naszych wodach. Wytrute, wybite prądem, osaczone sieciami, należą już do legendy.
Mocarski wrócił do chaty dumny jak paw. Dochód z takiej zdobyczy pozwalał na godne życie przez kilka tygodni. Uznanie sąsiadów też nie było bez znaczenia.
Mijały coraz krótsze jesienne dni. Rana na dłoni rybaka nie chciała się jednak goić.
Okalające biebrzańską dolinę lasy wypełniały się bogactwem barw. Brzegi zielonych borów pojaśniały żółcią brzóz. W grądach złociły się klony i osiki, rozjaśniając brązowe plamy dębów i grabów. W dolinach strumieni, z ciemną zielenią olch żywo kontrastowały złote pióropusze jesionów. W nieco suchszych miejscach torfowisk, na rdzawej palecie traw i turzyc, żółto dźwięczały przysadziste kępy krzaczastych wierzb.
Stary nie mógł jednak, jak co roku, cieszyć się urokami jesieni. Zraniona dłoń paliła go i rwała, z dnia na dzień coraz bardziej. Nie pomagały okłady z torfu i sprawdzonych ziół. Palce zaczęły czernieć, do rany wdała się gangrena. Ból był tak nieznośny, że stary błagał syna, by odciął mu dłoń. Ten jednak udał się do miejscowej poszeptuchy. Zielarka poradziła Janowi, by na początek złożył ofiarę z najprzedniejszych ryb Pani Jezior i Płytkowodzi a następnie ciemną pochmurną nocą udał się nad brzeg Biebrzy i przywabił Bagiennika świeżym, tłustym węgorzem oraz dymem z dębowych liści, wyprażonych w piecu chlebowym. Zanim jednak wywoła z moczarów demona, powinien starannie owinąć głowę lnianym płótnem. Jak wiemy bowiem, oddech Bagiennika jest zabójczy, a maź, którą strzela on z nozdrzy, gorąca jak ogień.
Młody Mocarski zastosował się do zaleceń zielarki. Pierwszej nocy nic jednak się nie wydarzyło. Słyszał tylko puszczyki nawołujące się z pobliskiej dąbrowy. Drugiej nocy coś ciężkiego wpadło do wody, chociaż nie było ani krztyny wiatru. Trzeciej nocy z Biebrzy wyłonił się Bagiennik, by odebrać swoją ofiarę. Najpierw ukazała się wielka, żabia głowa. Szeroka, bezzębna paszcza pochwyciła węgorza i po chwili wszystko zniknęło. Jan jednak czekał.
O brzasku demon pojawił się raz jeszcze na bardzo krótką chwilę, by strzelić gorącą mazią wprost na owiniętą lnianym płótnem głowę rybaka.
Ile w tej historii prawdy, trudno dociec. Podobno jednak stary Mocarski nie stracił zaatakowanej przez gangrenę dłoni i dożył lat ponad dziewięćdziesięciu, co jak na owe czasy było nie lada wyczynem. Na coś się więc jednak maź Bagiennika przydała. Wszak do dziś dnia ludzie zażywają dla zdrowia kąpieli borowinowych, które jak wiadomo z bagna pochodzą.
Czy Bagiennik nadal nad Biebrzą przebywa? Trudno powiedzieć. Jak bowiem wszystkim dobrze wiadomo, niewielu śmiertelników może go ujrzeć na własne oczy.

K O N I E C

.

Komentarze 1 z 1 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Bartosz Kowa
20 Listopad 2009, 20:51

W swoim stylu Autorowi szczególne brawo za opisy, za słownictwo, choć tym pierwszym opowieść raczej ciut przesycona. Niewątpliwie wytrwały patriotyzm lokalny (sumując wszystkie publikacje autora), wart jest uznania. Styl nieco przewodnikowy, wynikający jednak z profesji pozaliterackiej autora, strawny. 
Wątki: tutaj Pani Jezior i Płytkowodzi, zwana też Królową Podwodnych Łąk i Panią Ryb, to raczej innowacyjny twór autora, ale wydaje się pasować do mitów Prasłowian, co akurat świadczy o godziwym wyczuciu. 
Gorzej, niestety, prezentuje się fabuła, która stanowi niejako drugą, mniejszą, część, a szkoda.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Ty też opowiadaj! Publikuj i zarządzaj tekstami. Przeczytaj przewodnik i prezentuj się, rozwijaj dzięki uwagom czytelników. Zostań bajarzem.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi