Piekielne Wrota
| Spis treści utworu |
|---|
| Piekielne Wrota |
| Strona 2 |
Dzisiaj są to najczęściej młode brzozowe laski z nielicznymi już
ostańcami – świadkami dawnych dziejów. Stare lipy i dęby dawno temu
wycięto i sprzedano.
W pobliżu wielkiego, na chłopa, takiego, co
i pięciu nie podniesie głazu, znajdowało się wejście do piekieł.
Bartłomiej szybko się przeżegnał i bez
wahania wpełzł do jamy.
Wędrował ciemnym tunelem odpychając się
łokciami kolanami, od wilgotnych i zimnych ścian. Z czasem droga stał się
nieco szersza. Zsuwał się wciąż niżej i niżej to zgięty w pół, to
pełznąc na brzuchu jak wąż.
Za kolejnym zakrętem tunel się rozszerzył. Mógł już iść niemal
wyprostowany, było jednak coraz cieplej. Im bardziej opuszczał się w dół
tym trudniej było oddychać ciężkim bagiennym powietrzem.
Pot zalewał mu oczy a płuca przy każdym
oddechu wypełniały się bólem. Szedł po omacku, niżej i niżej,
ślizgając się po pochyłości. Za kolejnym zakrętem stracił równowagę
i runął w czarną czeluść.
Ocknął się na miękkiej wilgotnej
i ciepłej ziemi, w sporej pieczarze oświetlonej łagodnym żółtym
światłem. Powietrze było tu ciepłe, niemalże świeże z nutą metalicznego
posmaku.
Środek pomieszczenia wypełniało czarne,
torfowe klepisko.
Z boku tuż pod pochyłą ścianą dostrzegł
małe, granatowe jeziorko. Resztę posadzki zajmowały sterty złotych monet,
żarzących się niczym dogasające palenisko w wiejskim kaflowym piecu.
W rogu na stosie monet siedział przystojny
złotowłosy, niebieskooki, szczupły mężczyzna, o regularnych przyjemnych
rysach wyglądający dokładnie tak samo jak Bartłomiej.
— Jak się miewasz Bartłomieju?
— Myślałem, że diabeł ma rogi, ogon,
kopyta i szpetną twarz.
— Nie wierz we wszystko, co ludzie
powiadają. Mogę wyglądać jak tylko zechcę. Powiedz, mój drogi, co cię do
mnie sprowadza.?
— Potrzebuję pieniędzy by kupić wszystko
to, co niezbędne prawdziwemu malarzowi.
— Jak widzisz pieniędzy u mnie dostatek.
Nie mam jednak w zwyczaju rozdawać ich za darmo. Hmmm… niech pomyślę. Już
wiem. Przynieś mi tu taflę lodu z rzeki bym mógł zrobić sobie z niej okno
i oglądać przez nie chmury.
Bartłomiej nie zwlekawszy ruszył w drogę
powrotną, która zajęła mu niewiele czasu i prawie wcale nie była
uciążliwą. Musiały to sprawić kwasowe czary.
Bartłomiej próbował na różne sposoby
dostarczyć Kuwasie jego osobliwe zamówienie. Za każdym jednak razem docierał
do skarbca z mniej lub bardziej wilgotnym pakunkiem, niezawierającym jednak
ani kawałka lodu. Po siódmej próbie wpadł jednak na pewien pomysł.
Głodny i wyczerpany dotarł do Ciszewa, gdzie
u zamożnego gospodarza zatrudnił się jako parobek. W stodołach wciąż
trwała młócka.
Bartłomiej przepracował kilka dni i za
otrzymane wynagrodzenie kupił solidny szpadel i nieco prowiantu, po czym
ruszył wprost do Piekielnych Wrót. Był koniec lutego. Wiosna stała za
progiem.
Po niebie żeglowały klucze gęsi. Skowronki
dzwoniły spod chmur, na zamarzniętych w grudę polach suchym kirrek, kirrek
nawoływały się kuropatwy.
Łatwo odnalazł wejście do piekieł
i niezwłocznie zabrał się do roboty. Od rzeki Jegrzni dzieliło je nie
więcej niż sto kroków. Pracował od świtu do zmierzchu, a na noc wpełzał
do ciepłej jamy.
Siódmego dnia otworzył kanał, przy wejściu
do piekieł i patrzył jak lodowata woda wpływa do kuwasowego skarbca.
Pod koniec dnia zasypał wejście, wziął
wcześniej wyciętą taflę lodu, owiniętą mchem i płótnem i zsunął się
w ciemność.
W tunelu wciąż było ciepło, jednak znacznie
chłodniej niż za pierwszym razem. Znał drogę na pamięć i wkrótce
stanął twarzą w twarz z Kuwasą.
— Mam dla ciebie lód, przez, który chcesz
oglądać biebrzańskie chmury.
— Sprytnyś. Bierz złoto i znikaj, muszę
tu teraz zrobić porządek.
Bartłomiej wziął tylko kilka garści monet
i ruszył w górę.
Nikt nie wie gdzie później terminował. Wiadomo jednak, że został
wędrownym malarzem, pejzażystą. Zajęcie to nie dawało mu chyba wiele
satysfakcji, bo szybko je porzucił. To, w co wkładał całą swą duszę było
wszak dla ludzi niczym więcej niż widoczkami, które służyły do dekoracji
wnętrz.
Po kilku latach pojawił się ponownie nad
Narwią, w okolicach Waniewa i po trzykroć przywołał rusałkę Nirve.
Boginka powitała go jak dawno wyczekiwanego gościa i zgodnie z obietnicą
wprowadziła w świat duchów bagienno rzecznej krainy.
I tak Bartłomiej rozpoczął nową odsłonę
życia.
Z radością tworzył obrazy duchów malując
je na śniegu, lodzie, na trawach pokrytych rosą, a nawet na mgle.
Wyczarowywał wizerunki magicznych postaci przy pomocy źdźbła trawy,
trzcinowej łodygi, gałązki wierzby.
Portrety mamutów, płanetników, wodników,
utopców, polewików, południc, borowych, strzyg….Biebrzańskie mandale.
Historia, którą wam opowiedziałem wydarzyła się dawno temu i obrazów
Bartłomieja, co oczywiste nie z najdziecie w żadnym muzeum.
Czasem jednak, zimą, gdy wiatry nadciągną z północy Biebrza wygląda
jak Bałtyk w sztormowy wieczór.
Nie ma wtedy traw, nie ma drzew, bo wszystko
znika, aby chmury stały się Biebrzą, a Biebrza chmurami.
W takie to dni warto spojrzeć w górę
i uważnie przyjrzeć się obłokom, bo niekiedy odbijają się w nich dawne
obrazy Bartłomieja. Wizerunki płanetników, utopców, polewików,
południc…
K O N I E C
.Komentarze
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Twoja ocena wraz z komentarzem mogą być pierwsze. Nie żałuj sobie.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.


