Jezioro Dadaj

Wioletta Lenda Nie mam konta w czytelni, ale mam opowieść. publikacja 05 Wrzesień 2008, 23:19 Poprawki 05 Wrzesień 2008, 23:19 Gatunek Obok domu..., Biskupiec Czytano 2339 razy
0 głosów

Jakby na skinienie licha, które tu przed setkami lat się spotykały, wyrósł w jednej chwili las gęsty i nieprzebyty. Pośród niego zabłysło jezioro głębokie o wodzie tak smutnej, jak serce zmartwionego ojca…Żaden człowiek tędy nie chodzi, żaden ptak nie przelatuje, żadne zwierzę nie mieszka. A stało się tak dlatego, że… wiele, wiele lat temu, żył pod  Krakowem szewc Wojciech, ubogi, gdyż i ludzie wokół niego byli ubodzy. Często z dachu domu deszcz padał mu na szewski warsztat, chleba ani kromki w domu nie znalazłeś, ale największe jego zmartwienie to brak żony i dzieci. Marzył i marzył o nich

ale kto spojrzy na takiego biedaka! Nikt. Kiedyś wybrał się nad Wisłę, żeby chociaż jej się poskarżyć. Zamknął oczy, twarz wystawił do słońca i ruszył w świat wyobrażeń, o wiele lepszy niż rzeczywisty. Podmuch wiatru przerwał jego drzemkę. Otwarł oczy i zobaczył niedaleko od siebie śliczną dziewczynę, która zwijała długie, złote włosy w warkocz. Uśmiechy popłynęły w obie strony, zadrżały dwa serca. Pełne młodej odwagi niedługo kazały na siebie czekać.    
     Jakby za sprawą dobrych czarów odmieniło się życie Wojtka: dostatek i szczęście zagościły z Hanką w jego domu, dach naprawiony, szydło i dratwa tylko migały w pracowitych dłoniach szewca. Na domiar szczęścia został ojcem Dorotki, która rosła rodzicom na pociechę. Gdy nauczyła się chodzić i mówić, wołała do wszystkich: Da! Daj!, aż nie nazywano jej inaczej jak Dorotka Dadaj, a później tylko Dadaj.      
      Nic co dobre nie trwa wiecznie, Hankę owiało zimne powietrze, zachorowała ciężko i nie było lekarstwa, które by ją uratowało. Zostawiła Wojciecha z małą Dadaj samego, a gdy odeszła, szczęście odeszło razem z nią. Szewc osiwiał ze zmartwienia, broda urosła mu do pasa, zrobił się zły, skąpy i chytry. Wszystkiego zawsze było mu mało: i pracy, i chleba, i pieniędzy.
       Zamiast zająć się Dadaj, myślał jak stać się bogatym. Dorotce Dadaj serce pękało z bólu, ale ojciec tego nie widział. Kiedyś wybrał się do karczmy, by przy tanim winie zapomnieć o smutku i niedoli. W szklanicy widział swoje odbicie i żalił się do niego, a gdy odbicie przemówiło, zaskoczony rozlał napitek i… ujrzał w nim małe diable, przynajmniej na takie wyglądało w mokrej kałuży na stole. Tak zawarli znajomość: szewc Wojciech i Boruta, potomek czarta Mefistofelesa.     
— Cóż za smutki topisz w tym kiepskim trunku, przyjacielu mój? – zapytał z przewrotnym uśmiechem ogoniasty.
— Nic nie mów, wszystkie troski ci w oczach widać. Znam cię od dawna… Wiem, że majątku pragniesz bardziej niż wszystkiego na świecie, niż serca dobrego, kromki chleba w pocie zapracowanej i blasku słońca. Wiesz czego pragnę, choć nic nie mówiłem… I co? I możesz mi na to coś poradzić? Jeszcze się taki nie urodził, który by mógł to zrobić… – rozżalił się  szewc.    
 — Ja wiele mogę. Mogę dać ci to, czego pragniesz, ale ty musisz mi się odwdzięczyć w ten sam sposób.
— A czego ty możesz chcieć, jeśli masz wszystko? – zdumienie odbiło się w słowach Wojciecha.
— No, tak dobrze to i ja nie mam. Chcę Dadaj – diabeł wyjawił powód swej ofiarności.     
— Dorotkę?! – Czyś ty oszalał? Moje dziecko? Diabłu?!  Nigdy!!!     
-Zanim podejmiesz ostateczną decyzję, zastanów się dobrze – radził przybysz z innego świata.     
— Dobrze pomyśl! – krzyknął za odchodzącym w pośpiechu.         
     Gdy Dorotka spała, on przewracał się z boku na bok. We śnie, kiedy ten go w końcu zmorzył, oglądał i liczył złoto i klejnoty całego świata, układał je, przesypywał, dzielił kolorami, kształtami, wielkością i znów zaczynał od początku. Zbudził się  i zaczął myśleć o biedzie i co może dać jedynaczce.  Podjął decyzję z przekonaniem, że lepiej jej będzie u zamożnego, mimo że wcale nie pięknego diabła, niż przy biednym, skąpym ojcu, który nic dobrego nie potrafi dać. Wstał, gdy księżyc bladł coraz bardziej, wyszedł przed dom – a tu bies jakby czekał na to.     
— Zabieraj dziecko moje – zrezygnowanym głosem zwrócił się do niego.     
— Mój żeś ty, przyjacielu jedyny! – usłyszał, a po małej chwili wiatr przyniósł mu wstążkę z włosów córki.  
      Dorotka zbudziła się w obcym, ciemnym miejscu. Zobaczyła pana z piekieł i zrozumiała co się stało. Jej łez Boruta niczym nie mógł ukoić, płynęły i płynęły jak rzeka. Mimo tego nie oddał jej Wojciechowi. Ten zaś, żyjąc w dostatku, czuł się dobrze. Bardzo dobrze. Trwało to dotąd, dokąd samotność nie zaczęła mu dokuczać. Wracała w pamięci twarz córki tak podobna do Hanki, że nie wiedział czasem, która to. Tęsknił z każdym dniem coraz mocniej i mocniej. Nie chciał pałacu, nie chciał pieniędzy… Chciał córki. Wiele czasu szukał siedziby Boruty, aż nadszedł dzień, w którym mu się udało. Wszedł do domostwa ogromnego, szedł i szedł w nim długo, aż gdzieś usłyszał płacz. Otwarł złocone drzwi, a za nimi  zobaczył swoje dziecko. Radości nie było miary, ale też i o ucieczce myśleć musieli szybko.
     Pobiegli salami, pobiegli korytarzami, pobiegli ogrodem i sadem wielkim, które dla wybranki diabeł uczynił i wreszcie trafili do domu. Teraz to nie była dziurawa chałupa, ale kamienica zbytkiem opatrzona, zasobna, dostojna – i przeraźliwie pusta.    
   Znów los im się odmienił, życie poweselało, ale nie na długo – Boruta nie zastawszy w domu Dadaj wpadł w złość. Domyślił się, co się stało. Przybył do Wojciecha i rzeczywiście  – zastał tu porwaną przez ojca Dorotkę. Parsknął z gniewu tak strasznie, że ogień buchnął z jego pyska i zapalił kosztowne materie na ścianach, tynk się posypał od wiru powietrznego, a on śmignął jak meteor trzymając dziewczynę za ręce. Zły, zdradzony, oszukany, przyniósł ją na polanę po Krzemionkami. Tu machnął kudłatymi łapami, pomruczał po diabelsku i szast-prast – wokół w jednej chwili wyrósł potężny las. Dorotka rozpłakała się rozpaczliwie, szlochała i szlochała, jakby jej życie składało się tylko z płaczu. Natoczyła tyle łez, że utworzyło się jezioro, które otoczyło ją wodą  jak matka ramionami, aż zamknęło się nad nią.
A Wojciech? Chodził i chodził po strasznym lesie, wołał: Dadaj! Dadaj! a ludzie mówią, że i dziś, przy pełni księżyca słychać płacz Dadaj, wołanie Wojciecha i diabli skrzek Boruty.

Komentarze RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Twoja ocena wraz z komentarzem mogą być pierwsze. Nie żałuj sobie.

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF
Zaloguj się by zarządzać prywatnymi zakłądkami. Nie masz konta - zarejestruj się.

Ty też opowiadaj! Publikuj i zarządzaj tekstami. Przeczytaj przewodnik i prezentuj się, rozwijaj dzięki uwagom czytelników. Zostań bajarzem.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi