Jezioro Dadaj

Wioletta Lenda Nie mam konta w czytelni, ale mam opowieść. publikacja 05 Wrzesień 2008, 23:19 Poprawki 05 Wrzesień 2008, 23:19 Gatunek Obok domu..., Biskupiec Czytano 3999 razy
0 głosów

Jakby na skinienie licha, które tu przed setkami lat się spotykały, wyrósł w jednej chwili las gęsty i nieprzebyty. Pośród niego zabłysło jezioro głębokie o wodzie tak smutnej, jak serce zmartwionego ojca…Żaden człowiek tędy nie chodzi, żaden ptak nie przelatuje, żadne zwierzę nie mieszka. A stało się tak dlatego, że… wiele, wiele lat temu, żył pod  Krakowem szewc Wojciech, ubogi, gdyż i ludzie wokół niego byli ubodzy. Często z dachu domu deszcz padał mu na szewski warsztat, chleba ani kromki w domu nie znalazłeś, ale największe jego zmartwienie to brak żony i dzieci. Marzył i marzył o nich

ale kto spojrzy na takiego biedaka! Nikt. Kiedyś wybrał się nad Wisłę, żeby chociaż jej się poskarżyć. Zamknął oczy, twarz wystawił do słońca i ruszył w świat wyobrażeń, o wiele lepszy niż rzeczywisty. Podmuch wiatru przerwał jego drzemkę. Otwarł oczy i zobaczył niedaleko od siebie śliczną dziewczynę, która zwijała długie, złote włosy w warkocz. Uśmiechy popłynęły w obie strony, zadrżały dwa serca. Pełne młodej odwagi niedługo kazały na siebie czekać.    
     Jakby za sprawą dobrych czarów odmieniło się życie Wojtka: dostatek i szczęście zagościły z Hanką w jego domu, dach naprawiony, szydło i dratwa tylko migały w pracowitych dłoniach szewca. Na domiar szczęścia został ojcem Dorotki, która rosła rodzicom na pociechę. Gdy nauczyła się chodzić i mówić, wołała do wszystkich: Da! Daj!, aż nie nazywano jej inaczej jak Dorotka Dadaj, a później tylko Dadaj.      
      Nic co dobre nie trwa wiecznie, Hankę owiało zimne powietrze, zachorowała ciężko i nie było lekarstwa, które by ją uratowało. Zostawiła Wojciecha z małą Dadaj samego, a gdy odeszła, szczęście odeszło razem z nią. Szewc osiwiał ze zmartwienia, broda urosła mu do pasa, zrobił się zły, skąpy i chytry. Wszystkiego zawsze było mu mało: i pracy, i chleba, i pieniędzy.
       Zamiast zająć się Dadaj, myślał jak stać się bogatym. Dorotce Dadaj serce pękało z bólu, ale ojciec tego nie widział. Kiedyś wybrał się do karczmy, by przy tanim winie zapomnieć o smutku i niedoli. W szklanicy widział swoje odbicie i żalił się do niego, a gdy odbicie przemówiło, zaskoczony rozlał napitek i… ujrzał w nim małe diable, przynajmniej na takie wyglądało w mokrej kałuży na stole. Tak zawarli znajomość: szewc Wojciech i Boruta, potomek czarta Mefistofelesa.     
— Cóż za smutki topisz w tym kiepskim trunku, przyjacielu mój? – zapytał z przewrotnym uśmiechem ogoniasty.
— Nic nie mów, wszystkie troski ci w oczach widać. Znam cię od dawna… Wiem, że majątku pragniesz bardziej niż wszystkiego na świecie, niż serca dobrego, kromki chleba w pocie zapracowanej i blasku słońca. Wiesz czego pragnę, choć nic nie mówiłem… I co? I możesz mi na to coś poradzić? Jeszcze się taki nie urodził, który by mógł to zrobić… – rozżalił się  szewc.    
 — Ja wiele mogę. Mogę dać ci to, czego pragniesz, ale ty musisz mi się odwdzięczyć w ten sam sposób.
— A czego ty możesz chcieć, jeśli masz wszystko? – zdumienie odbiło się w słowach Wojciecha.
— No, tak dobrze to i ja nie mam. Chcę Dadaj – diabeł wyjawił powód swej ofiarności.     
— Dorotkę?! – Czyś ty oszalał? Moje dziecko? Diabłu?!  Nigdy!!!     
-Zanim podejmiesz ostateczną decyzję, zastanów się dobrze – radził przybysz z innego świata.     
— Dobrze pomyśl! – krzyknął za odchodzącym w pośpiechu.         
     Gdy Dorotka spała, on przewracał się z boku na bok. We śnie, kiedy ten go w końcu zmorzył, oglądał i liczył złoto i klejnoty całego świata, układał je, przesypywał, dzielił kolorami, kształtami, wielkością i znów zaczynał od początku. Zbudził się  i zaczął myśleć o biedzie i co może dać jedynaczce.  Podjął decyzję z przekonaniem, że lepiej jej będzie u zamożnego, mimo że wcale nie pięknego diabła, niż przy biednym, skąpym ojcu, który nic dobrego nie potrafi dać. Wstał, gdy księżyc bladł coraz bardziej, wyszedł przed dom – a tu bies jakby czekał na to.     
— Zabieraj dziecko moje – zrezygnowanym głosem zwrócił się do niego.     
— Mój żeś ty, przyjacielu jedyny! – usłyszał, a po małej chwili wiatr przyniósł mu wstążkę z włosów córki.  
      Dorotka zbudziła się w obcym, ciemnym miejscu. Zobaczyła pana z piekieł i zrozumiała co się stało. Jej łez Boruta niczym nie mógł ukoić, płynęły i płynęły jak rzeka. Mimo tego nie oddał jej Wojciechowi. Ten zaś, żyjąc w dostatku, czuł się dobrze. Bardzo dobrze. Trwało to dotąd, dokąd samotność nie zaczęła mu dokuczać. Wracała w pamięci twarz córki tak podobna do Hanki, że nie wiedział czasem, która to. Tęsknił z każdym dniem coraz mocniej i mocniej. Nie chciał pałacu, nie chciał pieniędzy… Chciał córki. Wiele czasu szukał siedziby Boruty, aż nadszedł dzień, w którym mu się udało. Wszedł do domostwa ogromnego, szedł i szedł w nim długo, aż gdzieś usłyszał płacz. Otwarł złocone drzwi, a za nimi  zobaczył swoje dziecko. Radości nie było miary, ale też i o ucieczce myśleć musieli szybko.
     Pobiegli salami, pobiegli korytarzami, pobiegli ogrodem i sadem wielkim, które dla wybranki diabeł uczynił i wreszcie trafili do domu. Teraz to nie była dziurawa chałupa, ale kamienica zbytkiem opatrzona, zasobna, dostojna – i przeraźliwie pusta.    
   Znów los im się odmienił, życie poweselało, ale nie na długo – Boruta nie zastawszy w domu Dadaj wpadł w złość. Domyślił się, co się stało. Przybył do Wojciecha i rzeczywiście  – zastał tu porwaną przez ojca Dorotkę. Parsknął z gniewu tak strasznie, że ogień buchnął z jego pyska i zapalił kosztowne materie na ścianach, tynk się posypał od wiru powietrznego, a on śmignął jak meteor trzymając dziewczynę za ręce. Zły, zdradzony, oszukany, przyniósł ją na polanę po Krzemionkami. Tu machnął kudłatymi łapami, pomruczał po diabelsku i szast-prast – wokół w jednej chwili wyrósł potężny las. Dorotka rozpłakała się rozpaczliwie, szlochała i szlochała, jakby jej życie składało się tylko z płaczu. Natoczyła tyle łez, że utworzyło się jezioro, które otoczyło ją wodą  jak matka ramionami, aż zamknęło się nad nią.
A Wojciech? Chodził i chodził po strasznym lesie, wołał: Dadaj! Dadaj! a ludzie mówią, że i dziś, przy pełni księżyca słychać płacz Dadaj, wołanie Wojciecha i diabli skrzek Boruty.

Komentarze RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Twoja ocena wraz z komentarzem mogą być pierwsze. Nie żałuj sobie.

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Źle czytać z monitora? - drukuj pobrane nowele PDF. Zaglądaj do ulubionej treści on-line, może być poprawiana lub rozwijana.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi