Księżniczka Wanduchna Czarnobrewa

Bartek Jelonek i Jan Włosik Nie mam konta w czytelni, ale mam opowieść. publikacja 05 Wrzesień 2008, 23:39 Poprawki 19 Listopad 2009, 16:35 Gatunek Obok domu..., Kraków Czytano 5921 razy
1 głos

Może sto, może dwieście, a może tysiąc lat temu, o poranku albo wieczorem, a może o innej porze dnia, przyszła na świat w wawelskim zamczysku maleńka księżniczka. Uradowani rodzice – Król i Królowa, nadali jej imię Wanduchna. Wszyscy jednak nazywali ją Czarnobrewa, gdyż brwi na jej czole przypominały skrzydła jaskółki. W szczęściu i spokoju, bez złych czarownic, czarnoksiężników i czarów, żyli długo, mądrze  i radośnie…

Z okazji 14 urodzin Czarnobrewej Król i Królowa pozwolili jej wybrać się samej na konną przejażdżkę nadwiślańskimi ścieżkami. Polne kwiaty przyjaźnie schylały przed nią główki. Wisła, pełna wodnego życia, mieniła się odcieniami zieleni, co chwilę rozświetlały ją blaski słoneczne. Dzikie zioła pachniały mocno, drzewa wyciągały ulistnione ramiona, by ją objąć i uściskać.
Gdy przemierzała ścieżki podzamcza, znane od dziecka, została napadnięta i porwana. To zgraja zbójców-rabusiów z odległej, niepołomickiej puszczy, pełnej zwierza strasznego, ośmieliła się podnieść rękę na królewskie dziecię. Zastąpili drogę Wanduchnie, zarzucili płachtę na głowę i skrępowali mocno. Wiedli  związaną między sobą. Śmiali sięi planowali, ile talarów  zażądają za jej zwrócenie. Nagle ktoś zastąpił im drogę. To znany rycerz Ludolud. On to, zobaczywszy zza drzew co się dzieje z uwielbianą panną, ruszył na ratunek.
Byłby ją od zguby ocalił, ale zdradziecki nóż obwiesia znalazł drogę do jego serca… I w taki to sposób piękny i odważny rycerz uwolniony został od ziemskich zadań. Przeniósł się nieoczekiwanie do krainy duchów.
Zbójcy-rabusie przywiedli porwaną do borów niepołomickich. Tu, związaną trzymali w leśnej głuszy i szukali kupca na nią. Chętnym okazał się imć Henryk Szafraniec z Pieskowej Skały. Zbój, znany nie tylko w okolicy, zapłacił żądaną sumę i dumny z siebie powiódł do swego zamczyska. Teraz mógł żądać od Króla Uwięził Czarnobrewą w najwyższej wieży starego zamku. To niezwykłe gmaszysko-więzienie. Strzegł  go straszliwy smok trzygłowy i stu czarnych rycerzy. Król i królowa schli w zamku wawelskim ze zmartwienia. Nikt nie widział zdarzenia oprócz Ludoluda, nikt nie wiedział, gdzie szukać zaginionej. A Ludolud nie mógł nikomu zdradzić tego, co widział. Rabusie, korzystając z łupu, nie słali wieści do zamku wawelskiego, bo nie chcieli stracić głów. Biedna Wanduchna, samotna,  wylewała łzy w pustej wieżycy  i skarżyła się ptakom na zły los. Tylko one jej zostały na pocieszenie, tylko w nich miała nadzieję.
Któregoś dnia przejeżdżał niebezpieczną okolicą Pieskowej Skały młody kupiec Dobrzysław. Jechał z towarem do grodu krakowskiego. Ujrzał ptactwo kołujące nad wysoką basztą i zatrzymał się. Pomyślał, pomodlił się wszelkich znanych sobie bogów o szczęście i ptaki sfrunęły do niego. Opowiedziały historię uwięzionej Czarnobrewy i prosiły o pomoc. Nakazał im Dobrzysław po orły do Ojcowa lecieć i na ratunek je wezwać. Tak ptaki zrobiły. On ukrył się za skałami ze swymi ludźmi, by nie paść ofiarą właściciela-rabusia z zamczyska, złego smoka trzygłowego lub stu czarnych rycerzy.
Ledwie słońce wstało następnego dnia, rozległ się miarowy szum. To para ogromnych królewskich ptaków przybywała na wezwanie. Wysłuchały prośby kupczyka i uniosły się do wieży wysokiej. Tam, w oknie baszty, stała Czarnobrewa z rękami złożonymi w niemej prośbie. Orlica zajęła rozmową straszliwego smoka. Biedny gad siedział u stóp wieżycy, bardzo się nudził i marzł tak, że znajoma niania musiała mu zrobić na drutach ciepły sweter. Narzekał na samotność, na brak powagi kasztelana, który zamiast poważnej smoczej pracy każe mu pilnować dziewczyny.
Przecież można ją zjeść i będzie po sprawie…— łzy zalśniły mu w  ognistych, czerwonych ślepiach. Skarżył się, że nie może opuszczać zamczyska, a na obiad dostaje groch z kapustą zamiast porządnych młodych ludzi czy zwierząt. A to tak bardzo szkodzi mu na zdrowiu. Kasztelan z chytrości oszczędza nawet na diecie najodważniejszego sługi…
Mądra orlica słuchała cierpliwie. Pilnowała dzioba, by nie roześmiać się z naiwności smoka. Taki wielki, tyle czasu tu spędził, a niczego się o swoim panu nie nauczył!  Doradzała zmianę pana, okolicy i mieszkania. Proponowała ciekawie położoną jamę pod wawelskim wzgórzem, gdzie o dobre towarzystwo, napitek i jadło znacznie łatwiej.
A Czarnobrewa? Wychyliła się, mocno uchwyciła łapy nadlatującego orła i poszybowała na ziemię, do Dobrzysława. Uwolniona, nie wiedziała komu bardziej dziękować, ale nic nie zdążyła zrobić. Usłyszeli rozdzierający wrzask, a gdy popatrzyli w górę, zobaczyli w oknie wieżycy krzyczącego Szafrańca.  Nie było czasu na rozmyślania. Jeszcze raz orły posłużyły pomocą i przeniosły uciekających pod Wawel. Nie dogoniło ich stu czarnych rycerzach na stu czarnych koniach. Gdy rozwścieczeni docierali do bram grodu,  strażnicy podnieśli zwodzony pomost do bramy, ją opuścili – i tak skończyła się ich wyprawa do Krakowa. Uciekających nie dogoniła złość Henryka, który wygonił ze służby gadatliwego smoka, nie dogoniły przekleństwa zbójców-rabusiów…
Całych i zdrowych Wanduchnę i Dobrzysława ptaki opuściły na królewski dziedziniec. Król i Królowa wybiegli z komnat na krużganki słysząc łopot  skrzydeł i krzyk wielki. Gdy zobaczyli zaginioną córkę, całą i zdrową, popłakali się z radości, która trwała i trwała…
Na cześć Dobrzysława wyprawili ucztę u Wierzynka i zwolnili kupczyka na zawsze z myta rogatkowego. Orłu nadali tytuł ptaka królewskiego, a  jego podobizna w koronie zdobi od tej pory królewskie pieczęcie i znak kraju. Na wieczną pamięć o bramie, która ocaliła gród przed 100 czarnymi  rycerzami na 100 czarnych koniach, król zarządził, by jej wizerunek, z głową orła, po wsze czasy zdobił herb królewskiego grodu, zaś błękit i biel, na wieczną pamiątkę koloru szat uprowadzonej Wanduchny, znaczą barwy królewskiego grodu Krakowa.
Smok posłuchał rady orlicy i zmienił lokal. Przeniósł się do jamy nazwanej później smoczą, a co król myślał o tym, to już opowiemy  w innej bajce.  A królewna Wanduchna Czarnobrewa? O niej opowieść potoczy się tak: …

Komentarze 1 z 1 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Bartosz Kowa
19 Listopad 2009, 18:39

Godło Krakowa Dziwnie lekko się to czyta. Jakby opowieść młodych poprawiał ktoś doświadczony. Motywy regionalne ratują całość od nudności.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Losowy tytuł - loteria nieocenionych przez Ciebie. Oceniaj i korzystaj z funkcji do odszukiwania nieczytanych opowieści.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi