Legenda o królu ryb
Tego wieczora, jak zawsze od niepamiętnych czasów, wynurzyła się z Wisły ogromna ryba. Nic by się nie działo, gdyby nie zaczęła uderzać wielkim ogonem w taflę wody. Powstała wielka fala, która szła przed siebie i prowadziła ze sobą małe i malutkie fale. Razem narobiły szkód rybakom i przyniosły wiele nieszczęścia. Zaraz wszystkie wioskowe baby na rzeką zaczęły plotkować, że znowu ZŁE przypomina o sobie.
A dlaczego tak się stało?
Dlatego, że kiedyś, przed laty, w zakolu Wisły, niedaleko Krakowa,
rozłożyły się dwie osady: Rybitwy i Przewóz. Dokładnie na ich granicy,
nad brzegiem rzeki, mieszkała Maryna o lśniących, złotych włosach
i Jaśko rudy jak niebo przy zachodzącym słońcu. Znali się od zawsze,
psocili razem od zawsze i rośli u brzegu rzeki też od zawsze. Wszędzie ich
było pełno. Sąsiedzi ich bardzo lubili za pomoc, dobroć i wesoły śmiech,
którym każdego potrafili zarazić. Kiedyś wymknęli się łódką na rzekę,
by na drugim brzegu szukać jaj w gniazdach rybitw. Byli na środku nurtu, gdy
woda zakołysała się i powstał ogromny wir. Chwycili mocniej wiosła
i zagarniali grzbiety bałwanów, ale na nic. Wir dopadł ich, a oni kręcili
się w nim szybko, coraz szybciej. Porzucili wiosłowanie, mocno uchwycili
drewnianą ławkę-siedzenie i czekali ze strachem, co będzie dalej. Krzycho,
sąsiad Jaśkowy, zauważył co się dzieje i skrzyknął rybaków na pomoc. Ci
natrudzili się niemało, ale nie oddali rzece wioskowych śmieszków.
Starzykowie z obu osad zebrali się radzić w kłopocie. Kiedy nic nie
wymyślili, posłali po starą, mądrą Borzychę, która na chorobach ciała
i duszy się znała. Wiedziała ona wszystko, co od niepamiętnych czasów tu
się działo. Powitali ją godnie i usadzili przy ogniu, w kręgu rady
najzacniejszych mężów.
— Pomóżcie, mądra Borzycho, bo nieszczęścia wiele Wisła przynosi.
Dawniej tego nie było. Co nam robić trzeba? – zapytali niezwykłego
gościa, niezwykłego, gdyż odkąd osady istnieją, żadna kobieta w tym
miejscu jeszcze nie siedziała.
— Żeby pomoc znaleźć, musicie wiedzieć, skąd zło idzie. Pewnie
obraziliście władcę rzeki.
— Jakże to? Rzeka ma władcę? Kto to? Gdzie go znaleźć? – pytali starzy
rybacy zdumieni słowami mądrej.
— Posłuchajcie, to powiem wszystko co wiem:
— Żyje na dnie naszej żywicielki Wisełki, może i od narodzenia rzeki,
ryba ogromna, podobna do suma. Najstarsza ona i najmądrzejsza z wszystkich
mieszkańców rzeki, którzy słuchali jej rad i rozkazów. Rozsądzała
spory, dbała o narybek, raki, ślimaki, każde żyjątko wodne.
W rzece działo się tak dobrze, że każdy chętnie jej służył
z wdzięczności. W końcu uznali ją za króla. Nosiła na głowie koronę,
tę, z którą Wanda Piastówna wskoczyła w toń głęboką. Gdy nasi rybacy
zarzucali sieci, zawsze uwalniała najmniejsze rybki. Gdy uznała, że chcą
więcej niż potrzebują, rwała oka i wypuszczała braci. Potem wystawiała
z wody wielki łeb i patrzyła na złość ludzi. Czasem zdarzało
się, że rybi król wpadał we wściekłość. Miotał wtedy na prawo i lewo
ogromnym ogonem, aż tworzyły się podwodne wiry. Od nich rodziły się wysokie
fale i przewracały łódki, a rybacy szli na dno.
Na to, jak wy, rada starzyków zgodzić się nie mogła. Ryba rządzić
ma na rzece? Przez nią dzieci głód poznały, gdy porwane sieci wyciągały
wodorosty, rybacy szli na dno, a dorośli spierali się ze sobą. Gdy zbliżała
się sobótkowa noc, zebrali się najstarsi i najmądrzejsi rybacy z obu
osad. Siedząc w kręgu przy ognisku, w lnianych koszulach i portkach,
wyglądali jak duchy. Ogień tańczył złotymi i czerwonymi blaskami na
pomarszczonych twarzach, poważnych i skupionych. Niektórzy zamknęli oczy
i prosili dobre duchy wioskowe o pomoc. Gdy przyszła właściwa pora,
zaczęli radzić:
-Musimy rybę przeprosić-wyrwał się najmłodszy z rady nie czekając na
swoją kolej.
— Najmłodszyś, chociaż wcaleś nie młody. Pierwszyś raz z nami. Ucz
się. Poczekaj na swoją kolej, zanim głupotę następną powiesz –
zwrócił mu uwagę najstarszy z zebranych, lekko zgarbiony człowiek
z bielutką brodą i białymi włosami sięgającymi do pasa.
— Trzeba rybę złapać.
— I dać jej porządną nauczkę!
— I tak zrobić, żeby już nigdy nie rwała sieci!
— I nie topiła braci!
— I żeby nasze wnuki głodu więcej nie znały! – propozycje sypały się
jak z rękawa.
— A jak to zrobimy? – zapytał najstarszy.
— Sieci trzeba upleść nowe, ale z pomocą Codrzychy. To moja
prababka – wyjaśniła poważnie Borzycha – co na ziołach i czarach
się znała.
— Do sznura wpleść trzeba ziele, które nam doradzi i smołą wszystko dla
bezpieczeństwa posmarować. Żeby wysiłek nasz na darmo nie poszedł, a rybi
król nie rozerwał. I nocą na połów ruszyć wypada, gdy mniejsze ryby
śpią.
I wpletli rybacy w sznury sieci gałązki mirtu, macierzanki
i piołunu. Zrobili, jak postanowili. Przy bladym księżycu, cichuteńko,
najodważniejsi i najsilniejsi rybacy z Rybitw i Przewozu wypłynęli na
rzekę. Ryba wielka usłyszała plusk wioseł i podpłynęła bliżej
powierzchni. Złota korona zalśniła w księżycowej poświacie i już! Sieci
ciężkie od ziół i smoły spadły na nią. Oplotły , uwięziły, nie dały
się poruszyć. Zebrali rybacy siły i dopłynęli do brzegu ciągnąc ze sobą
zdobycz. Z pomocą gromady wyciągnęli ją na płyciznę i rozpoczęli
sądy.
— Przeszkadzałaś nam w pracy! – krzyknął pierwszy.
— Przewracałaś łodzie! – dodał następny.
— Sieci rwałaś! – dołożył inny.
— Syna mi zabrałaś!
— Nam żywiciela jedynego! – posypały się głosy.
— I dzieci nasze głodem przymierały!
Oskarżeń przybywało i przybywało.
— Nie ważcie się mnie skrzywdzić – usłyszeli skrzek rybiego króla.
— Jeśli coś mi się stanie, wszystkie ryby, nawet te najmniejsze, będą
omijały wasze sieci, a w końcu opuszczą rzekę. Poznacie wtedy, co to
prawdziwy głód. Rwałem sieci, wywracałem łodzie, robiłem wiry, by was
przegonić! Odstraszyć od moich poddanych! Obronić ich…
— Milcz, potworze! Nie oszukuj nas! Nie boimy się ciebie! Twoje ryby są
głupie i dadzą się złowić, kiedy tylko zechcemy! – wołali wszyscy.
— Mylicie się. Broniłem mych braci i siostry, gdy działo się źle. Żadna
nigdy nie wpłynęła do sieci bez mego rozkazu. Teraz też tak będzie –
odrzekł władca w koronie Wandy na łbie, rybi król Wisły. Rybacy zamarli.
O tym nie pomyśleli… Robili krzywdę mieszkańcom rzeki. Muszą to
przemyśleć na radzie gromady. Ale nie można wypuścić rybiego króla wolno,
bo może się zemścić strasznie.
— Nie zabijemy cię – usłyszeli głos najstarszego z rady.
— Ale też nie puścimy. Przynieśli najmocniejsze sieci, opletli nimi
więźnia, obłożyli grubymi sznurami i przywalili w głębinie Wisły
wielkimi głazami. I spokój zapanował na rzece, a rybacy pilnowali, by
łowić tyle ryb, ile potrzeba, nic więcej – zakończyła opowieść
Borzycha.
— Dlaczego teraz znów źle się dzieje na Wiśle?
— Może praw dziadów nie przestrzegacie, chciwi jesteście, uwięzionego
króla o złość tym przyprawiacie? Bo on nie zginął, rybi bracia przez
lata długie liny tarli, gryźli aż go w końcu uwolnili. Szanować wolę jego
musicie, nie obrażać krzykami, ryb nie straszyć a łowić ile potrzeba.
Zdumieli się starcy, bo historia odległa była i nikt prócz Borzychy jej nie
pamiętał. Jej opowiadała mądra babka, babce matka, a wszystkie ziołami
i zamawianiem chorób i nieszczęść się zajmowały.
— Przeprosić rzekę i jej króla potrzeba – uradzili.
— W sobótkową noc, gdy młodzi na wodę pójdą. Jak postanowili, tak
zrobili. A że rybi król przyjął przeprosiny, wiry na rzece ustały, Marina,
Jaśko i inni pływać po niej bezpiecznie mogli.
Komentarze
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Twoja ocena wraz z komentarzem mogą być pierwsze. Nie żałuj sobie.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.


