Baśń No1

Adam Blank publikacja 23 Wrzesień 2008, 20:54 Poprawki 10 Listopad 2009, 02:05 Gatunek W blasku ognia, Błogie, smutne Czytano 7410 razy
2 głosy
Spis treści utworu
Baśń No1
2. część
dalsza część
4. zakończenie

– Nie.
— Był piękny… Primavera wprawiła falbanki swojej bluzki w delikatne wirowanie. Zawisła kilkanaście centymetrów nad ziemią, uniesiona ekstatycznym wspomnieniem wczorajszego światła i tej chmury w kształcie JEGO serca. Wspomnieniem JEGO włosów i JEGO skóry. Opadła na ziemię i nie zostawiła ani odrobiny tego zachwytu dla mnie. Zniknęła w kurzu i słońcu. A potem zaczęły opadać liście, nieomylny znak, że już odeszła. Złoto-brązowe blaszki wirowały dookoła, gdy mijały długie sekundy i gdy myślałem o niej…

…osłaniała oczy od słońca. Słońce zawsze jej towarzyszy, nawet jeśli dzień jest chmurny. Oparta delikatnie o barierkę mostu, wpatrzona gdzieś pod słońce, w odległy horyzont. Właśnie w takich miejscach widywałem ja najczęściej. Teraz stała oparta o barierkę. Obok przechadzali się nieświadomi i bezrozumni.
— Cześć – przywitałem się.
— Cześć – odpowiedziała nawet nie siląc się na uśmiech. Pamiętałem, jak jesienne niebo…
— Co słychać? – spytałem.
— Wygrzewam się na słońcu – odparła. Obok przeszedł jakiś facet obrzucając nas podejrzliwym spojrzeniem. Primavera lubiła być kusząca i wyzywająca. Lubiła jak się za nią oglądali, jak pogwizdywali za nią. Lubiła nawet jak ja zaczepiali. Wiedziała, że jest bezpieczna. Póki chroniła ja moc mogła bez problemu zabić każdego faceta na ziemi. Zabierała im całe siłę, wysysała energię i nikt nie wiedział jak. Stała się przez to kapryśna, trzeba z nią było postępować ostrożnie, jak z jadowitym motylem. Był kiedyś taki jeden kwiat na początku…
— Lubisz słońce, co? – spytałem. Obrzuciła mnie spojrzeniem pełnym pogardy dla tego typu bezrozumnych pytań.
— Pytasz się ryb, czy lubią wodę? – spytała.
— Nie – odparłem – to nie ma sensu.
— No właśnie. Tak samo nie ma sensu, jak zadawanie takich pytań mnie. Milczałem. Odzywanie się w takich momentach mogło spowodować, że Primavera po prostu obraziłaby się. Co prawda, zawsze musiała do mnie wrócić, ale nieprzyjemny był jej gniew. Mogło sprowadzić deszcz na cały tydzień, albo silna burzę, labo coś jeszcze gorszego. A najgorsze co mogła zrobić, to nie pokazywać się przez tydzień. Ale i tak musiała wrócić. Takie było jej przeznaczenie.
— Przyjdziesz do mnie dziś w nocy?
— Nie –  powiedziała – nie dziś.
— Dobra. A kiedy?
— Rano. O świcie.
— To mnie obudź.
— Gwarantuje ci to – odparła i zniknęła.

Słońce grzało niemiłosiernie. Błękitne niebo i kolor ziemi jak kolor jej oczu. Ech… Primavera… Jak mam sprawić, żebyś zostawiła wszystko inne?

Pokazywała na mnie palcem.
— To przez ciebie – powiedziała.
— Co przeze mnie?
— Przez ciebie nie mogę odzyskać spokoju. Ciągle mi się coś przypomina, ciągle mam jakieś majaki. Nieprawda, że zwątpiła w swoje istnienie. Zwątpiła w swoją potrzebność na tym świecie.
— Po tylu latach ON znowu się odezwał.
— ON? Kto?
— Demiurg, Stworzyciel, jak zwał tak zwał. ON. Przypomniał mi o wszystkim. Siedzieliśmy na wielkiej łące. Bezkresne łany żyta falowały na wietrze. Primavera sączyła słońce z kłosów żyta. Ja tylko patrzyłem w niebo.
— Jutro muszę wrócić do Hali – powiedziałem.
— Nie przypominaj mi o tym! Primavera nie była tak do końca wolna. Coś ją zawsze ciągnęło w stronę kilku osób. Nie wiem, czy tego chciała czy nie, ale nic nie mogła na to poradzić. Miałem szczęście lub nieszczęście znaleźć się w gronie tych osób.
— Przyjdę do ciebie – powiedziała.
— Jeśli chcesz.
— Wiesz, że chcę. Wiesz, że nic nie mogę na to poradzić.
— Wiem. Już tyle razy słyszałem od niej, że nie chce mnie znać, że zacząłem ignorować te wyznania. Już tyle razy była na mnie zła. Wiedziałem, że i tak wróci. A ona wiedziała, że zawsze ją przyjmę. Nie było dla nas innych możliwości.
— Primavera… – zacząłem.
— Tak, wiem – powiedziała zdejmując bluzkę. Jedynie przez seksualność mogliśmy odnaleźć spełnienie. Nie przeszkadzało mi to, że poza mną jest jeszcze kilku. Do nich wszystkich odnosiła się tak samo. Tu nie było poróżnień, bo to było silniejsze od niej. Jej włosy pachniały deszczem a skóra słońcem. Dwa podmorskie smoki wypłynęły z oceanu. Ich zdziwienie na widok słońca, moje zdziwienie na widok jej ciała. Zawsze robiło wrażenie. A kim była reszta osób? Nie obchodziło mnie to. Złapać ją za rękę i poczuć to zagubienie gdy będzie już po wszystkim, leżeć tak po prostu i patrzeć w niebo.
Po godzinie powiedziała, że musi iść.
— Poczekaj chwilę – złapałem ją za rękę. – Musi być jakiś sposób… Musi!
— Nie zaczynaj od początku, dobra?
— Ja się z tym nie pogodzę. Póki nie znajdę sposobu…
— Posłuchaj – powiedziała – znasz tę starą kapliczkę na mieście? Idź tam i zawołaj Go.
— Kogo?



Komentarze 2 z 2 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Bartosz Kowa
23 Wrzesień 2008, 21:51

BAŚŃ!!! :upset Wszystkie wymogi formalne baśni spełnione! Jestem zachwycony. Cieszę się, że przeczytałem tę opowieść. Cieszę się, że znalazła się w tej czytelni. Uwagi krytyczne zostawię innym...

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Anna Wołosiak
30 Wrzesień 2008, 13:10

Ładne. Trochę moralizatorskie (jak na mój gust - może nieco za bardzo), ale naprawdę ładne. Co prawda nie jakoś szczególnie w moim guście, ale wierzę, że może się podobać. ;) 
Literówek na tyle niewiele, że wspominam o nich wyłącznie z poczucia obowiązku - nawet ich już nie pamiętam... A nie! było "labo" zamiast "albo". I coś jeszcze, ale tego czegoś jeszcze nie pamiętam. 
Tak czy tak - gratulacje. :)

Dyskusja: 2 odpowiedzi Dodaj komentarz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Stworopedia to księga baśniowych stworów i słów związanych. Nie znajdziesz tam odpowiedzi zostań autorem wpisu.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi