Baśń No1
2 głosy
| Spis treści utworu |
|---|
| Baśń No1 |
| 2. część |
| dalsza część |
| 4. zakończenie |
– Nie.
— Był piękny… Primavera wprawiła
falbanki swojej bluzki w delikatne wirowanie. Zawisła kilkanaście centymetrów
nad ziemią, uniesiona ekstatycznym wspomnieniem wczorajszego światła i tej
chmury w kształcie JEGO serca. Wspomnieniem JEGO włosów i JEGO skóry.
Opadła na ziemię i nie zostawiła ani odrobiny tego zachwytu dla mnie.
Zniknęła w kurzu i słońcu. A potem zaczęły opadać liście, nieomylny
znak, że już odeszła. Złoto-brązowe blaszki wirowały dookoła, gdy mijały
długie sekundy i gdy myślałem o niej…
…osłaniała oczy od słońca. Słońce zawsze jej towarzyszy, nawet jeśli
dzień jest chmurny. Oparta delikatnie o barierkę mostu, wpatrzona gdzieś pod
słońce, w odległy horyzont. Właśnie w takich miejscach widywałem ja
najczęściej. Teraz stała oparta o barierkę. Obok przechadzali się
nieświadomi i bezrozumni.
— Cześć – przywitałem się.
— Cześć – odpowiedziała nawet nie
siląc się na uśmiech. Pamiętałem, jak jesienne niebo…
— Co słychać? – spytałem.
— Wygrzewam się na słońcu – odparła.
Obok przeszedł jakiś facet obrzucając nas podejrzliwym spojrzeniem. Primavera
lubiła być kusząca i wyzywająca. Lubiła jak się za nią oglądali, jak
pogwizdywali za nią. Lubiła nawet jak ja zaczepiali. Wiedziała, że jest
bezpieczna. Póki chroniła ja moc mogła bez problemu zabić każdego faceta na
ziemi. Zabierała im całe siłę, wysysała energię i nikt nie wiedział jak.
Stała się przez to kapryśna, trzeba z nią było postępować ostrożnie,
jak z jadowitym motylem. Był kiedyś taki jeden kwiat na początku…
— Lubisz słońce, co? – spytałem.
Obrzuciła mnie spojrzeniem pełnym pogardy dla tego typu bezrozumnych
pytań.
— Pytasz się ryb, czy lubią wodę? –
spytała.
— Nie – odparłem – to nie ma sensu.
— No właśnie. Tak samo nie ma sensu, jak
zadawanie takich pytań mnie. Milczałem. Odzywanie się w takich momentach
mogło spowodować, że Primavera po prostu obraziłaby się. Co prawda, zawsze
musiała do mnie wrócić, ale nieprzyjemny był jej gniew. Mogło sprowadzić
deszcz na cały tydzień, albo silna burzę, labo coś jeszcze gorszego.
A najgorsze co mogła zrobić, to nie pokazywać się przez tydzień. Ale
i tak musiała wrócić. Takie było jej przeznaczenie.
— Przyjdziesz do mnie dziś w nocy?
— Nie – powiedziała – nie dziś.
— Dobra. A kiedy?
— Rano. O świcie.
— To mnie obudź.
— Gwarantuje ci to – odparła
i zniknęła.
Słońce grzało niemiłosiernie. Błękitne niebo i kolor ziemi jak kolor jej oczu. Ech… Primavera… Jak mam sprawić, żebyś zostawiła wszystko inne?
Pokazywała na mnie palcem.
— To przez ciebie – powiedziała.
— Co przeze mnie?
— Przez ciebie nie mogę odzyskać spokoju.
Ciągle mi się coś przypomina, ciągle mam jakieś majaki. Nieprawda, że
zwątpiła w swoje istnienie. Zwątpiła w swoją potrzebność na tym
świecie.
— Po tylu latach ON znowu się odezwał.
— ON? Kto?
— Demiurg, Stworzyciel, jak zwał tak zwał.
ON. Przypomniał mi o wszystkim. Siedzieliśmy na wielkiej łące. Bezkresne
łany żyta falowały na wietrze. Primavera sączyła słońce z kłosów
żyta. Ja tylko patrzyłem w niebo.
— Jutro muszę wrócić do Hali –
powiedziałem.
— Nie przypominaj mi o tym! Primavera nie
była tak do końca wolna. Coś ją zawsze ciągnęło w stronę kilku osób.
Nie wiem, czy tego chciała czy nie, ale nic nie mogła na to poradzić. Miałem
szczęście lub nieszczęście znaleźć się w gronie tych osób.
— Przyjdę do ciebie – powiedziała.
— Jeśli chcesz.
— Wiesz, że chcę. Wiesz, że nic nie mogę
na to poradzić.
— Wiem. Już tyle razy słyszałem od niej,
że nie chce mnie znać, że zacząłem ignorować te wyznania. Już tyle razy
była na mnie zła. Wiedziałem, że i tak wróci. A ona wiedziała, że
zawsze ją przyjmę. Nie było dla nas innych możliwości.
— Primavera… – zacząłem.
— Tak, wiem – powiedziała zdejmując
bluzkę. Jedynie przez seksualność mogliśmy odnaleźć spełnienie. Nie
przeszkadzało mi to, że poza mną jest jeszcze kilku. Do nich wszystkich
odnosiła się tak samo. Tu nie było poróżnień, bo to było silniejsze od
niej. Jej włosy pachniały deszczem a skóra słońcem. Dwa podmorskie smoki
wypłynęły z oceanu. Ich zdziwienie na widok słońca, moje zdziwienie na
widok jej ciała. Zawsze robiło wrażenie. A kim była reszta osób? Nie
obchodziło mnie to. Złapać ją za rękę i poczuć to zagubienie gdy będzie
już po wszystkim, leżeć tak po prostu i patrzeć w niebo.
Po godzinie powiedziała, że musi iść.
— Poczekaj chwilę – złapałem ją za
rękę. – Musi być jakiś sposób… Musi!
— Nie zaczynaj od początku, dobra?
— Ja się z tym nie pogodzę. Póki nie
znajdę sposobu…
— Posłuchaj – powiedziała – znasz tę
starą kapliczkę na mieście? Idź tam i zawołaj Go.
— Kogo?
Komentarze 2 z 2
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Ładne. Trochę moralizatorskie (jak na mój gust - może nieco za bardzo), ale naprawdę ładne. Co prawda nie jakoś szczególnie w moim guście, ale wierzę, że może się podobać.
Literówek na tyle niewiele, że wspominam o nich wyłącznie z poczucia obowiązku - nawet ich już nie pamiętam... A nie! było "labo" zamiast "albo". I coś jeszcze, ale tego czegoś jeszcze nie pamiętam.
Tak czy tak - gratulacje.
Dyskusja: 2 odpowiedzi Dodaj komentarz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.



Bartosz Kowa
23 Wrzesień 2008, 21:51
BAŚŃ!!!
Wszystkie wymogi formalne baśni spełnione! Jestem zachwycony. Cieszę się, że przeczytałem tę opowieść. Cieszę się, że znalazła się w tej czytelni. Uwagi krytyczne zostawię innym...
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu