Baśń No2

Adam Blank publikacja 23 Wrzesień 2008, 22:15 Poprawki 09 Listopad 2009, 21:57 Gatunek W blasku ognia, Poważnie uśmiechnięte Czytano 8251 razy
3 głosy
Spis treści utworu
Baśń No2
Strona 2
Strona 3
Strona 4

 Cały następny dzień Adalia snuła się jak cień po całej jaskini i wokół niej. Rozważała nawet możliwość powrotu do miasta i zdania się na łaskę zakonnic. Ale potem stwierdziła, że to nie jest zbyt rozsądny pomysł. Przebłagać go, aby zgodził się na jej pozostanie? Tak, ale jak? Już raz powiedział, że nic z tego. Tłumaczył coś o jakichś uwarunkowaniach, albo coś takiego. Dla Adalii to wszystko było jakąś magią. Dlaczego po prostu nie mogła tu zostać?
 — Już ci to tłumaczyłem. To nie jest takie proste. Zginiesz jeśli tu zostaniesz. Nie mogę cały czas mieć cię na oku. Mam tu tez swoje zadania. Pilnuję zmian czasu z letniego na zimowy, pilnuję zgodności kichnięć i ziewnięć i takie tam. To bardzo odpowiedzialne zadanie.
 — Nie wątpię – odparła z przekąsem. – Istotnie, zadania wymagające ciągłej czujności.
 — Nie bądź złośliwa! Smoki żyją innym sposobem. A przede wszystkim nie jedzą tak jak ludzie. Chcesz tu umrzeć z głodu?
 — Można kupować jedzenie w miasteczku!
 — A skąd weźmiesz pieniądze? I czy pokażesz się w miasteczku? Przecież podobizny wszystkich ofiar wiszą w katedrze jako męczennicy. A propos, wiesz, że masz szanse zostać beatyfikowana? Cóż za błyskotliwy początek kariery.
 — Bez możliwości awansu, niestety – stanęła i skrzyżowała ręce na piersiach. – Marna perspektywa.
 — A co? chciałabyś zostać papieżem? Raz już jedna zrobiła taki numer. Nie wyszło jej trochę…
 — Dlaczego?
 — Powiedzmy, że usiadła na trochę niewłaściwym miejscu, jeśli mnie rozumiesz.
 — Nie, nie rozumiem.
  Czas tylko spojrzał na nią. Nie chciało mu się nic tłumaczyć.
 — Zajmiemy się tym  kiedy indziej, dobra? Teraz…
 — Teraz – przerwała mu – pójdziemy do miasteczka. I ty mnie ochronisz.
 — Poroniony pomysł. Jak niby mam cię ochronić?
 — Pójdziesz ze mną i powiesz im, że mają nie składać ci ofiar.
 — Posłuchaj, wtedy stracą jeden sens i z pewnością nie spoczną, póki mnie nie zabiją. Ludzie muszą mieć jakąś bestię której będą mogli składać ofiary z ludzi. Bóg, smoki, poronione idee przestrzeni życiowej albo kapitalizm. Każda era ma swoją bestię. Mów co chcesz, ale taka jest prawda. Tego nic nie zmieni…
 — Przecież to…
 — Barbarzyństwo? A kto powiedział, że ludzie są ludzcy? Ludzie po prostu kochają  mieć władzę.
 Głośny okrzyk dobiegł ich uszu. Ktoś darł się na całe gardło:
 — Wyjdź, potworze przebrzydły!
 — Oho! – powiedział Czas. – Następny amator mocnych wrażeń. Idę do niego, jeszcze gotów się obrazić. Poczekaj tu na mnie.
 — Zabijesz go?
 — Albo on albo ja. Wybór jest prosty. Jak moje zęby?
 — Oszczędź go… Proszę…
 Czas tylko pokręcił głową.
 — Powiedziałem ci: wybór jest prosty. Jeśli ja zginę, możesz być pewna, że i ciebie nie oszczędzą.
  Wyszedł. Cisza. Wrócił po kilku minutach.
 — Nie patyczkowałeś się z nim.
 — Przyznam, że nie – powiedział wypluwając hełm.
 — Podobno nie jadasz ludzi.
 — Chyba musiałem go jakoś uspokoić.
 Adalia była niepocieszona. Stała odwrócona, wpatrywała się w malowidła na ścianie jaskini. Przedstawiały śmiesznych ludzików biegnących z kijami na byki, albo na coś, co wyglądało na byka. Nagle usłyszała syk a pod jej stopami zawirowała mgła. Nadal się nie odwróciła.
 — Myślę, że możemy ruszać – powiedział Czas. Z tym że jego głos był trochę inny, mniej basowy, mniej donośny. Bardziej ludzki.
 Odwróciła się. Przed nią stał młody mężczyzna, ubrany w czarną tunikę, z mieczem przy pasie.
 — To ty? – spytała.  
 — Ładnie, prawda?  Często tak chadzam do miasta. To moja ludzka postać.
 — No ładnie… – powiedziała przeklinają w duchu swój własny rumieniec. – Tylko fryzura taka jakaś, nie na czasie.
 — Jak najbardziej na czasie – odparł Czas. – To może najpierw odwiedzimy miasto, a potem zobaczymy co dalej.
 — I jak niby mam na ciebie wołać? Masz jakieś imię?
 — W zasadzie to nie. Nikt się do mnie nigdy nie odzywał.
 — To może będziesz Jerzy? To takie ładne imię…
 — Eeee… Źle mi się kojarzy. Z wujkiem…
 — Miał tak na imię?
 — Nie. Jakiś Jerzy go zabił. A potem został za to świętym. Nie ma sprawiedliwości na świecie…
 — No to jak chcesz się nazywać?
 — A bo ja wiem… Może Tarasque?
 — O co to oznacza?
 — Takie imię rodowe, tak jakby…
 — Niech będzie.
 Tarasque obrócił się twarzą do wyjścia jaskini. Poranek jaśniał już w pełni. Słońce zdawała się prześwitywać przez jego płaszcz ze skóry który narzucił na tunikę. Adalia pomyślała, że właściwie jej się tu podoba i że chce zostać. I już chciała otworzyć usta aby coś powiedzieć, ale Tarasque alias Czas wyszedł przed jaskinię i raźno zachęcał ją, aby uczyniła to samo. Westchnęła głęboko i wyszła. Ruszyli niespiesznie wąską dróżką. W dolinie jaśniało miasto w pełnym słońcu. Niczym zgniłe jajo egzotycznego ptaka: z wierzchu i owszem, ale po głębszym poznaniu zaczyna cuchnąć.  

 Tarasque szedł raźnym krokiem na przedzie, a Adalia z trudem dotrzymywała mu kroku.
 — Ostatnio mówiłeś, że nie możemy iść do miasteczka! – wysapała.
 — Bo teoretycznie nie możemy. Ale nie idziemy do tego samego miasteczka z którego ty jesteś. To będzie trochę inne miasteczko. Tu już nikt nie będzie cię pamiętać jako żywą osobę.
 — Nie rozumiem. Jak to, nikt mnie nie pamięta?
 — Dokładnie tak. A myślałaś, że za sto lat ktoś o tobie będzie pamiętał? To prawie trzy pokolenia.
 — Więc mogłabym chodzić do miasta! I robić zakupy! Sto lat? Jak bardzo zmieniła się moda?
 Tarasque tylko spojrzał na Adalię, rozanieloną wizją nowych trendów w modzie.
 — Jedyne, co się przez te sto lat zmieniło, to liczba męczenników. Reszta jakoś opornie idzie do przodu.
 — Ale przecież to sto lat!
 — To tylko sto lat.   
 Miasteczko wyłoniło się zza niewielkiego pagórka. Malowniczo położone w dolinie, z jednej strony otoczone lasem, z drugiej oddzielone urwiskiem skalnym. Dokładnie pośrodku przecinała je rzeka. Oczywiście nad wszystkim górowały budowle sakralne. Może nie były równie imponujące jak egipskie piramidy, ale ich cel był mniej więcej taki sam: miały dawać świadectwo nieśmiertelności. Bo gdyby zsumować życia wszystkich ludzi którzy zginęli podczas budowy tych cudów wyszła by niezła nieskończoność.
 Dobiegł ich typowy gwar miasta: pianie kogutów, krzyki handlarzy, bicie dzwonów… Wszystkie te rzeczy, które sprawiają, że ludzie znacznie bardziej wolą życie w dużych miastach. No właśnie. Życie.
 — Dokąd idziemy? – spytała Adalia.
 — Do katedry. Do centralnego punktu każdego miasta. Jak zapewne wiesz, to właśnie katedra nadaje każdemu miastu status miasta.
 — Jak to?  
 — Nie zdajesz sobie z tego sprawy, bo to jest twoja rzeczywistość. Dlatego na początek wybrałem nie tak odległe czasy. Co innego jest je widzieć, co innego doświadczać. Religia jest tu kluczowym pojęciem.
 — Religia jest najważniejsza! – niemal wykrzyczała Adalia. – I nie możesz tego zakwestionować!
 — I wcale  nie kwestionuję. Chcę tylko żebyś wiedziała też o innych rolach religii…
 — Nie mam zamiaru tego słuchać! – powiedziała Adalia zakrywając uszy rękoma. – Bóg to Bóg!
 Tarasque uniósł dłonie w geście poddania.
 — Z czasem dowiesz się wszystkiego… – mruknął do siebie i wybuchnął gromkim śmiechem. Z czasem dowiesz się wszystkiego! Cha cha! A to dobre!
 — Ale dlaczego ty się właściwie obrażasz? Czy ja powiedziałem coś złego?  
 — Nazwałeś religię, moją religię POJĘCIEM! To nie przystoi… Po prostu nie wypada.
 — Ach! Więc to o to chodzi! No dobrze. Cofam to, co powiedziałem. Po prostu chodźmy tam i na razie o tym nie mówmy.
 Weszli właśnie do miasteczka i naprawdę lepiej było o tym nie mówić. Tarasque doskonale zdawał sobie sprawę, że stosy nadal tliły się na rynkach miast, na terenach klasztorów i opactw. Wiedział też, że nikt nie ma szans w starciu z tym potworem zwanym inkwizycją. Naprawdę nikt.
  W mieście śmierdziało gotowanymi warzywami, brudem i kadzidłem. Pod ścianami rozlokowali się bezdomni, kalecy, chorzy na trąd, tyfus i inne sympatyczne dolegliwości. Kalecy wymachiwali kikutami byłych kończyn i wołali o wsparcie. Chorzy prezentowali zapierający dech w piersiach zestaw różnokolorowych wysypek, krost o fakturze księżycowej, a także coś dla ucha – prawdziwą symfonię kaszlów, charczeń i rzężenia. Najdziwniejsze było to, że pomimo iż zdawali się wypełniać sobą całą dostępną przestrzeń, nikt tak naprawdę nie zwracał na nich uwagi. Stali się równie zauważalni jak obecnie uliczni grajkowie. A ludzie jak to ludzie. Chodzili zajęci swoimi sprawami. Kupcy zachwalali towar na stoiskach które nawet w trzecim świecie uchodziły by za niehigieniczne. Wymachiwali marchwią, ziołami, mięsem tuż przed twarzami ludzi drąc się w niebogłosy.
 Tarasque czujnie położył dłoń na rękojeści miecza, Adalia natomiast wyprostowała się dumnie i szła w jego towarzystwie niczym królowa.
 — Co ty robisz? – spytał Tarasque szeptem, nachylając się ku niej.
 — Ja? – zdziwiła się na głos. – Rozglądam się, mój rycerzu.
 — Aha, rozumiem. Wtapiamy się w otoczenie?
 — Ja się w nic nie wtapiam. To jest moje otoczenie. Nie potrzebuję się wtapiać.
 Tarasque spojrzał na nią zdziwiony. Wiedział, że ludzie są dziwni. Nie czuł się w ich towarzystwie najlepiej. Miał nieodparte wrażenie, że każdy patrzy na niego i domyśla się kim naprawdę i jest, a nawet co naprawdę myśli. Wiedział, że w każdej chwili może się przemienić w smoka i uciec, albo przenieść i inny czas. Ale zawsze pozostawałam sprawa niespodziewanego strzału z kuszy w plecy. Wtedy potrzebował by cudu, by się uratować.  Czuł się jakby wchodził do jaskini lwa.
 Katedra wznosiła się kilkanaście pięter ponad miastem. Nie był specjalnie olbrzymia, jeśli by ją porównać do na przykład Notre Dame. Ale robiła wrażenie jak na swoją małomiasteczkowość. Z przyległym klasztorem mogła robić wrażenie na tych wieśniakach nie obeznanych z wielkim światem. Stali właśnie przed jej wejściem. Zbudowana w stylu wczesnego gotyku, przytłaczała uczuciem jakiejś wzniosłości przy jednoczesnym uczuciu niesamowitego ciężaru. Gotyk był chyba jedyną epoką w której budowle były jednocześnie przytłaczające i wzniosłe. I gdyby nie nadęcie Tarasque bardzo polubiłby gotyk. Ale to nadmuchanie, ta próba odwrócenia uwagi ludzi od siebie na Boga. To było nie do zniesienia. Jak gdyby dość było cierpień na świecie, to jeszcze wiara wyewoluowała w stronę jeszcze większego przygnębienia.
  Tarasque pchnął ciężkie, drewniane drzwi i potworne skrzypienie odbiło się echem w zakurzonej przestrzeni wnętrza katedry. Natychmiast owionęło ich zimno. Słońce, przefiltrowane przez witraże, tworzyło barwną mozaikę na podłodze i ławach z surowego drewna. Olbrzymi ołtarz z Jezusem z ciemnego drewna i mnich stojący tyłem przy ołtarzu, modlący się.
 Adalia spojrzała z zaciekawieniem na obrazy zawieszone na murach katedry. Oprócz tych normalnych, przedstawiających drogę krzyżową czy piekło w wizji Hieronima Boscha, wisiały także obrazki (Adalia stwierdziła, że to najtrafniejsze określenie) ofiar smoka. Męczennicy, którzy mieli olbrzymie szanse na beatyfikację. Głównie rycerze, choć nie brakło też kobiet.
 — Dziś będzie msza na twoją cześć. Dokładnie sto lat temu rzekomo zaginęłaś koło mojej jaskini.
  Adalia czuła podekscytowanie całą sytuacją.
— To fajnie! – niemal klasnęła w dłonie. Zbyt głośno, bo mnich przy ołtarzy odwrócił się z gniewem w oczach.
 — Cóż to za zachowanie w Domu Bożym! – huknął, a głos jego odbił się echem od murów świątyni. Słychać było nawet wyraźnie duże litery na początku słów.
  Tarasque przeklął w myślach Adalię i podniósł dłoń w geście uspokojenia.
 — Przepraszamy! – krzyknął, co też nie spodobało się mnichowi. Podszedł do nich, podciągając habit do góry.
 — Co to za krzyki? Jesteście w świątyni i należy tu zachowywać się z szacunkiem godnym tego dostojnego miejsca. – Jego twarz wyrażała święte oburzenie.
 — Bardzo przepraszamy – odparł szeptem Tarasque udając skruchę. – Czy można wiedzieć, co za imp… eeee… ceremonia się tu odbędzie?
 Mnich popatrzył na nich jak na kosmitów.
 — Nasze miasto szczyci się sporą liczbą męczenników. Wszyscy oni – tu wskazał gestem na obrazy – zginęli w walce z potworem od lat gnębiącym nasze miasto. Rycerze! Niewiasty! Wszyscy oni…
  – To bardzo szlachetne z ich strony, ale czym właściwie jest ta bestia, którą oni chcieli zgładzić?
 Adalii coś się nie zgadzało. Dlaczego Tarasque tak wypytywał o siebie? Przecież on to wszystko doskonale wiedział. On wiedział wszystko. Bo przecież zdarzenia nie miały przed nim tajemnic.
 — To straszliwa bestia kryjąca się tchórzliwie w pieczarach za miastem, zaraz za wzgórzem.
 — Bo wie ojciec, my nie jesteśmy tutejszy… – Adalia szturchnęła go łokciem – to znaczy, ja nie jestem. Ta młoda dama urodziła się w tym szlachetnym mieście i powróciła po latach w swoje rodzinne strony.
 — To bardzo miłe, że postanowiłaś nas odwiedzić. Można poznać nazwisko rodowe, młoda damo?
 Tarasque spojrzał na nią lekko przestraszony. Miał nadzieję, że nie chlapnie swojego prawdziwego nazwiska, bo mnich zaraz się kapnie, że coś jest nie tak. Ale Adalia oświadczyła z godnością:
  – Adalia Gormonda, ojcze.
 — Oooo! Z dalekich stron przybywasz?
 — Z Irlandii, ojcze.
 — Ech, piękna wyspa.
 — Był tam ojciec kiedyś?
 — Nie… ale wiele słyszałem. Pani nazwisko… jakieś znane.
 — Och! – Adalia teatralnie machnęła dłonią – dość znane. Wiele osób nam to powtarza. Nie jest to przynajmniej powód do dumy.
 — Naturalnie! – mnich zrobił minę pełnego zrozumienia. – A pani towarzysz? Wygląda na szlachetnego rycerza.
 — Bo jest nim w istocie – odparła Adalia. – To zacny wojownik Zielonej Wyspy, Tarasque Mulligan, zwany też Waleczną Dłonią1.  
 Tarasque przewrócił oczami w niedowierzaniu. Była gotowa zrobić z nich cesarzy albo królów. Choć z drugiej strony ta bajeczka była całkiem całkiem…  
 — A może nasz gość zmierzył by się z przebrzydłą bestią?
 Tarasque spojrzał na niego zszokowany nie tyle sama propozycją walki z samym sobą, co tonem jego głosu. Wypowiedział to tak, jakby proponował herbatę na tarasie.  
 — Nie, naprawdę wolałbym nie – odparł niepewnie Tarasque. – Nie chodzi o to, że się obawiam, ale kto w przypadku mojej śmierci zapewni ochronę młodej damie.
 Mnich zamyślił się. Tarasque przełknął głośno ślinę. Adalia popatrzyła na obu z zaciekawieniem. To mogłoby być bardzo ciekawe, gdyby kazali mu walczyć z samym sobą. Mógł się przecież pojawić w dwóch czasach jednocześnie. A kto wie, czy jedna część niego samego nie została przypadkiem w tamtych czasach. Spojrzała na niego. W jego oczach było wypisane, że mogą być kłopoty.
 — Ja się nie zgadzam, aby mój rycerz ryzykował życiem na tej obcej jemu ziemi. Irlandczycy są bardzo przywiązani do swoich miejsc, a ja nie mam ochoty tachać jego zwłok aż do Irlandii.
 — Ależ – zaoponował mnich – jestem przekonany, że tak dzielny rycerz…
 — Czy nie uszanuje ojciec słowa damy?
 Ryzykowne słowa w czasach, gdy kobiety uważano za pozbawione duszy. Mnich tylko spojrzał na nią rozszerzonymi oczyma. Potem zrobił zawiedzioną minę i dał za wygraną zmieniając temat.
 — Zostaniecie na mszy? – bardziej kazał niż pytał.
 — Oczywiście – odparł natychmiast Tarasque.
 Msza była długa, nudna i w całości po łacinie. Do katedry zwalił się tłum wieśniaków i wkrótce zaczęło śmierdzieć. Pierwsze rzędy zajęły wyższe sfery które wcale nie pachniały ładniej, tylko takie sprawiały wrażenie. Tarasque czuł przemożną chęć zapalenia fajki nabijanej angielskim tytoniem. Czuł chęć ucieczki i zabicia czymś tego smrodu. Na szczęście wszystko się kończy z czasem. Dwie godziny później stali przed kościołem. Tarasque z rozkoszą palił swoją fajkę wzbudzając popłoch wśród wieśniaków.
 — Oni pomyślą, że jesteś czarodziejem – powiedziała Adalia.
 — Mam to gdzieś. Niedługo i tak się stąd wynosimy. Lecimy w lepsze czasy.
 — To znaczy gdzie?
 — Do starożytności. Dawno nie rozmawiałem z Arystoklesem.
 — Z kim?
 — Z tym, który nadał średniowieczu odpowiednio religijny charakter nawet o tym nie wiedząc.
 — Coś jak z Kolumbem…
 — No, moja droga. To się wydarzy dopiero za jakieś dziesięć lat!
 — Przepraszam. Dostaję od tego wszystkiego pomieszania zmysłów.
 — Jedźmy więc!
 Zaszumiało, zagrzmiało jak zwykle w powieściach i oto znaleźli się w zupełnie innym czasie, gdzie rozum rozkwitał jak pąki na drzewach, gdzie jak rzucisz kamieniem trafisz na jednostkę wybitną. Do Aten 410 roku p.n.e.


Komentarze 3 z 3 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Administrator !
23 Wrzesień 2008, 23:22

Bajka!!! Bardzo fajny pomysł, ale niedopracowany jeszcze. Szkoda by się zmarnował. Autorze popracuj nad tym trochę. Poczytaj kilka razy.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Anna Wołosiak
26 Wrzesień 2008, 10:17

Ciekawe Ogólnie znów jakieś błędy typu przecinki i namiętne pisanie czasowników w trybie przypuszczającym oddzielnie, ale poza detalami - raczej poprawnie. :) 
 
Natomiast największe zastrzeżenie, jakie mam, dotyczy Aten: "Miasto pojawiło się nagle. Było prawie całe białe." - Grecy malowali swoje budowle, wszędzie pełno było intensywnych, nasyconych kolorów - czerwonego, niebieskiego, żółtego... Malowano płaskorzeźby na frontonach, kolumny, no co się dało. To teraz wszystko jest białe, wtedy takie nie było. 
 
Ale tak poza tym - ładne. ;)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Maciej Domagalski
03 Październik 2008, 02:50

bajka W sumie całe opowiadanie to sam dialog.  
Co do przegranej bitwy Napoleona pod Waterloo to ileż by się dało by móc to obejrzeć :eek

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Ty też opowiadaj! Publikuj i zarządzaj tekstami. Przeczytaj przewodnik i prezentuj się, rozwijaj dzięki uwagom czytelników. Zostań bajarzem.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi