Cyrograf

Łukasz Adamczyk Nie mam konta w czytelni, ale mam opowieść. publikacja 19 Wrzesień 2008, 00:34 Poprawki 24 Wrzesień 2008, 01:49 Gatunek W blasku ognia, Poważnie uśmiechnięte Czytano 3553 razy
0 głosów

Pewnego wieczoru, jakby pchnięte huraganowym podmuchem wiatru, ciężkie, odrapane drzwi baru gwałtownie otwarły się na oścież. Dotąd odgradzały świat paskudnej, mokrej, smutnej rzeczywistości od ciepłego, lekko nieświeżego powietrza lokalu.

 Teraz wpuściły ostrożnie rozglądającego się, skurczonego, bezbarwnego człowieka. Niezdecydowanie przestąpił próg lokalu najpierw jedną nogą, później drugą. Wreszcie wszedł. Dokładnie przyjrzał się obecnym i mruknął pod nosem: Nie ma jej tu, paskudy jednej! Otrząsnął się, zdjął mocno zniszczoną kurtkę i usiadł w najdalszym kącie sali. Rozcierał zmarznięte dłonie, pocierał nieogolone policzki i mamrotał pod nosem: Co mi tam, i tak nic się nie zmieni. Nie ma starej, jest wolność i swoboda. Póki można, dotąd trzeba.       
Filozoficzne rozważania przerwało pojawienie się kogoś, na kogo zdawał się czekać. Barmanka. Szybko zamówił u nieładnej, grubej kobiety wino, najtańsze z najtańszych. Chciał szybko upić się
 i zapomnieć o problemach całego świata. Upił łyk i popatrzył smutno na podobnych sobie gości. Przechylił znów nie pierwszej czystości szklankę z trunkiem zapomnienia. Podparł się i zamyślił głęboko. Kiwając głową rozmyślał o trudnościach życiowych i braku zrozumienia u żony.  Gdy poziom owocowej pocieszycielki w butelce zdecydowanie się obniżył, zaczął znów mruczeć pod nosem:     
— Diabli by wzięli takie życie. Dałbym wszystko, żeby to zmienić. Do kaduka… Niechby wreszcie coś w jedną czy drugą stronę się ruszyło!    
— Na przykład pogoda? – zapytał wręcz nieprzyzwoicie – jak na taki lokal – elegancki nieznajomy. Pojawił się nie wiadomo kiedy i skąd. Teraz nieproszony przysiadł się stolika.                
— Krochmalę ją… – amator wina zakołysał się niebezpiecznie na krześle. Pusty żołądek szybko przyjął alkohol, organizm go już zaczął odczuwać.               
— Co mi po pogodzie? Z nią czy bez niej… zawsze źle. Gdybym mógł… Gdybym miał…         
— Masz jakieś życzenie? Mogę spełnić każde! – ochoczo  zadeklarował nowy sąsiad.            
— Ty z Caritasu czy od Mikołaja? – podejrzliwie dopytywał mężczyzna nie wiedząc, czy to dzieje się naprawdę.
— Nie obrażaj mnie! – obcy uniósł się oburzeniem. – Caritas! Mikołaj! Dobre sobie. Nie żartuj! Ja jestem porządna firma z gwarancją jakości. Jak usługa, to usługa! Ja ci daję, ty mi dajesz. Taki mały handelek, wymienny.           
— Handelek?! Ze mną? Żałosne… Kasy nie mam, zegarka też nie, ciuchy stare. Mogę oddać wino, które wypiłem…
— To niepotrzebne. Takich rzeczy nie przyjmujemy.    
— To co może dać ten, co nic nie ma! Nic… Nawet butelka już pusta – amator wina skrzywił się zdegustowany. Zakrył dłońmi twarz, a spomiędzy palców wydostała się ciecz.      
— Łzy czy…? – rozważał przybysz. – Chyba nie łzy.        
— O sorry, mam żonę. Jeszcze mam. Chcesz ją? – podniósł głowę i uśmiechnął się szerokim uśmiechem pijaka.
— Pass, żywego damskiego towaru nie przyjmuję. Szczególnie z drugiej ręki i używanego…    
— Ty, uważaj! Używana! Moja kobieta nie ze szmaciarni! – właściciel małżonki na wymianę zdenerwował  się nie na żarty. Na poczerwieniałej twarzy pojawiły się grube jak sznurówki do glanów żyły, a ręce zacisnęły się w pięści.    
-Uspokój się, uspokój, nie chciałem cię urazić – mitygował przepraszająco nieznajomy.    
— Mamy prostu złe doświadczenia. Mnie, to znaczy nas, to znaczy, rozumiesz, naszą instytucję, interesujesz tylko ty… Bo widzisz, ja z piekła jestem. Mefistofeles. Do usług. Na każde zmartwienie pomogę, za odpowiednią opłatą, rzecz jasna. Taka Pomoc Zaduszna. Mały podpisik i po sprawie. Spełniamy każde trzy życzonka. Widzisz, przyglądam ci się od dawna. Wiem, że nic dobrego w życiu cię nie spotkało i na razie nie spotka, więc co masz do stracenia? Nic! A ja mogę pomóc… Prawie za nic…    
— To jak w końcu? Za niewielką opłatą czy za nic? To ty jednak nie Caritas – … i pokiwał głową przyłapawszy rozmówcę na kłamstewku.    
-Za nic, to znaczy za coś, czego nie będziesz potrzebował, potrzebował znaczy się po śmierci.    
-Znaczy się za co, do licha?!    
-Uważaj! Licho to ja! Opłata za moje usługi to jeden malutki podpisik. Ja, to znaczy my, firma, spełniamy twoje trzy życzenia, a ty … zobowiązujesz się wypełnić umowę. Dajesz gwarancję, jak w banku.     
-Nie kombinuj! Jeszcze nie jestem całkiem pijany! Kobity nie chcesz, moje ciuchy pasują do śmietnika, nie dla takiego lalusia jak ty, więc czego możesz chcieć od takiego nic jak ja?    
— Mam firmowe ciuchy, twoich bym nie dotknął, bez obrazy! Muszę porządnie wyglądać, żeby nie odstraszyć klientów. Podpisujesz czy nie? – naciskał dziwny sąsiad.     
-To czego chcesz ? – po raz kolejny zapytał coraz trzeźwiejszy pijak. – W ciemno nie idę.      
-Twojej duszy – usłyszał.    
-Ha, ha, ha! Trzeba ją mieć. Moja stara mówi, że jestem bezduszny drań! To co mi tam… Bierz, czego nie mam! Ale darmo nie dam! Co to, to nie! Ja też nie z Caritasu! – dorzucił i zaniósł się winnym, czkającym śmiechem.
-My jesteśmy porządna firma! Dotrzymujemy umowy. Realizujemy każde zamówienie objęte umową. A co byś sobie życzył? – diabeł, bo to on był we własnej osobie, zapytał zaglądając mu przymilnie w oczy, a ogniki radości zapłonęły  w jego duszy na myśl o tak prostej zdobyczy.     
-No tak – zaczął nagle wytrzeźwiały mężczyzna – no tak… Chcę Chevroleta Corvetę. Czerwonego jak twoja koszula, do licha.     
-Już mówiłem, że licho to ja…     
-Cicho, bo kto usłyszy i nici z umowy. I żebyś zamienił dla mnie tę brzydką barmankę w gwiazdę filmową. I… I dziesięć milionów dolarów na koncie w Szwajcarii, żebym mógł kupić willę na Majorce.     
-To wszystko. Trzy życzenia. Nie ma sprawy. Prościutka robótka.    
Diabeł wyjął z czarnej teczki zwinięty staromodnie rulon pergaminu. Rozprostował go z szacunkiem, dmuchnął, by żaden pyłek nie przesłaniał tekstu, pogłaskał z czułością.           
-Teraz proszę mały podpisik… Tu, tu – wskazywał wypielęgnowaną dłonią z niezwykle długimi jak na przedstawiciela męskiego rodu, paznokciami.       
-No nie, nie długopisem! – krzyknął widząc człowieka wyciągającego mocno zgryziony długopis z tylnej kieszeni spodni.               
-Co ty! Tak nie wolno! Umowa nie będzie ważna! To trzeba z szacunkiem, zgodnie z tradycją – dodał uśmiechając się z rozrzewnieniem.     
-Przepraszam, muszę cię ukłuć…     
-O k…! Co robisz?! Skaleczyłeś mnie!                
-Przepraszam, tak trzeba… Musisz podpisać krwią…    
-Ale pióro?! Gęś po drodze oskubałeś czy zwinąłeś z muzeum? – podpisujący oblizał skaleczony palec i wybuchnął śmiechem o zapachu wina na widok dziwnego przyrządu.           
-To tradycja, mówiłem… Byle czym nie załatwiamy poważnych kontraktów. Już jest. Teraz do roboty. Gotowy, bo ja tak?  Diabeł zamknął ślepia, sprężył się, aż lekka mgła uniosła się wokół niego i rozszedł się dziwny zapach.                
-Siarka? – zdziwił się mężczyzna.    
-A ty myślisz, że co? Fiołków w piekle nie hodujemy!           
-Podpisuję… – i człowiek z wielkim namaszczeniem, wysunąwszy język na czubek  brody, kaligrafował podpis: Janisław  Powszedni.    
-Zadowolony? – zwrócił się do diabła.     
-Oczywiście!— odparł ten i wyciągnął dłoń po dokument, ale człowiek był szybszy.              
-Z rączki do rączki! – roześmiał się. – Coś za coś, sam mówiłeś, że nic za darmo.      
-Jak najbardziej. Teraz kolej na mnie – pomruczał krzywiąc się dyskretnie i rzucając okiem, by sprawdzić, czy ktoś zwrócił na nich uwagę. Nikogo jednak nie interesowało, co się dziej przy najodleglejszym w barze stoliku.
-Samochód czeka! Z kasą w bagażniku – rzucił dobroczyńca.    
-Taki miał być? – zapytał z przewrotnym uśmiechem, gdy człowiek zobaczył czerwone cudo zaparkowane przy barowym oknie.    
-No… a barmanka ?     
— Za tobą…     
-Ale la… – diabli wspólnik zaniemówił z zaskoczenia.         
-Umowa?     
-Umowa! – zadowoleni z interesu wyciągnęli dłonie, rulon zmienił właściciela i przybili z hałasem umowę.   
     W tym momencie trzasnęły drzwi wejściowe baru i rozległ się przeraźliwy wrzask: Ty pijanico bezwstydna! Ja ci… – ale diabeł nie czekał na dalszy ciąg. Dobrze pamiętał historię z panią Twardowską i nauczony doświadczeniem unikał kobiet jak święconej wody. Skurczył się i wskoczył do pustej butelki po winie. Odmieniony i błyskawicznie wytrzeźwiały mężczyzna zakręcił ją jednym ruchem, włożył do kieszeni, pociągnął barmankę-aktorkę za rękę i wyjściem dla personelu umknęli przed rozwścieczoną kobietą, jego żoną. Butelka jednym rzutem trafiła na tylne siedzenie, nowi milionerzy ruszyli z piskiem opon w świat.
Żyli długo i szczęśliwie, w willi na Majorce, na Seszelach i w wielu innych miejscach, a gdy z bagażnika samochodu dochodziły dziwne dźwięki, śmiali się serdecznie…

Komentarze RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Twoja ocena wraz z komentarzem mogą być pierwsze. Nie żałuj sobie.

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Źle czytać z monitora? - drukuj pobrane nowele PDF. Zaglądaj do ulubionej treści on-line, może być poprawiana lub rozwijana.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi