Cyrograf
Pewnego wieczoru, jakby pchnięte huraganowym podmuchem wiatru, ciężkie, odrapane drzwi baru gwałtownie otwarły się na oścież. Dotąd odgradzały świat paskudnej, mokrej, smutnej rzeczywistości od ciepłego, lekko nieświeżego powietrza lokalu.
Teraz wpuściły ostrożnie rozglądającego się, skurczonego, bezbarwnego
człowieka. Niezdecydowanie przestąpił próg lokalu najpierw jedną nogą,
później drugą. Wreszcie wszedł. Dokładnie przyjrzał się obecnym
i mruknął pod nosem: Nie ma jej tu, paskudy jednej! Otrząsnął się,
zdjął mocno zniszczoną kurtkę i usiadł w najdalszym kącie sali.
Rozcierał zmarznięte dłonie, pocierał nieogolone policzki i mamrotał pod
nosem: Co mi tam, i tak nic się nie zmieni. Nie ma starej, jest wolność
i swoboda. Póki można, dotąd trzeba.
Filozoficzne rozważania przerwało pojawienie się kogoś, na kogo zdawał się
czekać. Barmanka. Szybko zamówił u nieładnej, grubej kobiety wino,
najtańsze z najtańszych. Chciał szybko upić się
i zapomnieć o problemach całego świata. Upił łyk i popatrzył smutno
na podobnych sobie gości. Przechylił znów nie pierwszej czystości szklankę
z trunkiem zapomnienia. Podparł się i zamyślił głęboko. Kiwając głową
rozmyślał o trudnościach życiowych i braku zrozumienia u żony. Gdy
poziom owocowej pocieszycielki w butelce zdecydowanie się obniżył, zaczął
znów mruczeć pod nosem:
— Diabli by wzięli takie życie. Dałbym wszystko, żeby to zmienić. Do
kaduka… Niechby wreszcie coś w jedną czy drugą stronę się ruszyło!
— Na przykład pogoda? – zapytał wręcz nieprzyzwoicie – jak na taki
lokal – elegancki nieznajomy. Pojawił się nie wiadomo kiedy i skąd. Teraz
nieproszony przysiadł się stolika.
— Krochmalę ją… – amator wina zakołysał się niebezpiecznie na
krześle. Pusty żołądek szybko przyjął alkohol, organizm go już zaczął
odczuwać.
— Co mi po pogodzie? Z nią czy bez niej… zawsze źle. Gdybym mógł…
Gdybym miał…
— Masz jakieś życzenie? Mogę spełnić każde! – ochoczo zadeklarował
nowy sąsiad.
— Ty z Caritasu czy od Mikołaja? – podejrzliwie dopytywał mężczyzna
nie wiedząc, czy to dzieje się naprawdę.
— Nie obrażaj mnie! – obcy uniósł się oburzeniem. – Caritas!
Mikołaj! Dobre sobie. Nie żartuj! Ja jestem porządna firma z gwarancją
jakości. Jak usługa, to usługa! Ja ci daję, ty mi dajesz. Taki mały
handelek, wymienny.
— Handelek?! Ze mną? Żałosne… Kasy nie mam, zegarka też nie, ciuchy
stare. Mogę oddać wino, które wypiłem…
— To niepotrzebne. Takich rzeczy nie przyjmujemy.
— To co może dać ten, co nic nie ma! Nic… Nawet butelka już pusta –
amator wina skrzywił się zdegustowany. Zakrył dłońmi twarz, a spomiędzy
palców wydostała się ciecz.
— Łzy czy…? – rozważał przybysz. – Chyba nie łzy.
— O sorry, mam żonę. Jeszcze mam. Chcesz ją? – podniósł głowę
i uśmiechnął się szerokim uśmiechem pijaka.
— Pass, żywego damskiego towaru nie przyjmuję. Szczególnie z drugiej ręki
i używanego…
— Ty, uważaj! Używana! Moja kobieta nie ze szmaciarni! – właściciel
małżonki na wymianę zdenerwował się nie na żarty. Na poczerwieniałej
twarzy pojawiły się grube jak sznurówki do glanów żyły, a ręce
zacisnęły się w pięści.
-Uspokój się, uspokój, nie chciałem cię urazić – mitygował
przepraszająco nieznajomy.
— Mamy prostu złe doświadczenia. Mnie, to znaczy nas, to znaczy, rozumiesz,
naszą instytucję, interesujesz tylko ty… Bo widzisz, ja z piekła jestem.
Mefistofeles. Do usług. Na każde zmartwienie pomogę, za odpowiednią
opłatą, rzecz jasna. Taka Pomoc Zaduszna. Mały podpisik i po sprawie.
Spełniamy każde trzy życzonka. Widzisz, przyglądam ci się od dawna. Wiem,
że nic dobrego w życiu cię nie spotkało i na razie nie spotka, więc co
masz do stracenia? Nic! A ja mogę pomóc… Prawie za nic…
— To jak w końcu? Za niewielką opłatą czy za nic? To ty jednak nie
Caritas – … i pokiwał głową przyłapawszy rozmówcę na
kłamstewku.
-Za nic, to znaczy za coś, czego nie będziesz potrzebował, potrzebował
znaczy się po śmierci.
-Znaczy się za co, do licha?!
-Uważaj! Licho to ja! Opłata za moje usługi to jeden malutki podpisik. Ja, to
znaczy my, firma, spełniamy twoje trzy życzenia, a ty … zobowiązujesz się
wypełnić umowę. Dajesz gwarancję, jak w banku.
-Nie kombinuj! Jeszcze nie jestem całkiem pijany! Kobity nie chcesz, moje
ciuchy pasują do śmietnika, nie dla takiego lalusia jak ty, więc czego
możesz chcieć od takiego nic jak ja?
— Mam firmowe ciuchy, twoich bym nie dotknął, bez obrazy! Muszę porządnie
wyglądać, żeby nie odstraszyć klientów. Podpisujesz czy nie? – naciskał
dziwny sąsiad.
-To czego chcesz ? – po raz kolejny zapytał coraz trzeźwiejszy pijak. –
W ciemno nie idę.
-Twojej duszy – usłyszał.
-Ha, ha, ha! Trzeba ją mieć. Moja stara mówi, że jestem bezduszny drań! To
co mi tam… Bierz, czego nie mam! Ale darmo nie dam! Co to, to nie! Ja też nie
z Caritasu! – dorzucił i zaniósł się winnym, czkającym śmiechem.
-My jesteśmy porządna firma! Dotrzymujemy umowy. Realizujemy każde
zamówienie objęte umową. A co byś sobie życzył? – diabeł, bo to on
był we własnej osobie, zapytał zaglądając mu przymilnie w oczy, a ogniki
radości zapłonęły w jego duszy na myśl o tak prostej zdobyczy.
-No tak – zaczął nagle wytrzeźwiały mężczyzna – no tak… Chcę
Chevroleta Corvetę. Czerwonego jak twoja koszula, do licha.
-Już mówiłem, że licho to ja…
-Cicho, bo kto usłyszy i nici z umowy. I żebyś zamienił dla mnie tę
brzydką barmankę w gwiazdę filmową. I… I dziesięć milionów dolarów na
koncie w Szwajcarii, żebym mógł kupić willę na Majorce.
-To wszystko. Trzy życzenia. Nie ma sprawy. Prościutka robótka.
Diabeł wyjął z czarnej teczki zwinięty staromodnie rulon pergaminu.
Rozprostował go z szacunkiem, dmuchnął, by żaden pyłek nie przesłaniał
tekstu, pogłaskał z czułością.
-Teraz proszę mały podpisik… Tu, tu – wskazywał wypielęgnowaną
dłonią z niezwykle długimi jak na przedstawiciela męskiego rodu,
paznokciami.
-No nie, nie długopisem! – krzyknął widząc człowieka wyciągającego
mocno zgryziony długopis z tylnej kieszeni spodni.
-Co ty! Tak nie wolno! Umowa nie będzie ważna! To trzeba z szacunkiem,
zgodnie z tradycją – dodał uśmiechając się z rozrzewnieniem.
-Przepraszam, muszę cię ukłuć…
-O k…! Co robisz?! Skaleczyłeś mnie!
-Przepraszam, tak trzeba… Musisz podpisać krwią…
-Ale pióro?! Gęś po drodze oskubałeś czy zwinąłeś z muzeum? –
podpisujący oblizał skaleczony palec i wybuchnął śmiechem o zapachu wina
na widok dziwnego przyrządu.
-To tradycja, mówiłem… Byle czym nie załatwiamy poważnych kontraktów.
Już jest. Teraz do roboty. Gotowy, bo ja tak? Diabeł zamknął ślepia,
sprężył się, aż lekka mgła uniosła się wokół niego i rozszedł się
dziwny zapach.
-Siarka? – zdziwił się mężczyzna.
-A ty myślisz, że co? Fiołków w piekle nie hodujemy!
-Podpisuję… – i człowiek z wielkim namaszczeniem, wysunąwszy język na
czubek brody, kaligrafował podpis: Janisław Powszedni.
-Zadowolony? – zwrócił się do diabła.
-Oczywiście!— odparł ten i wyciągnął dłoń po dokument, ale człowiek
był szybszy.
-Z rączki do rączki! – roześmiał się. – Coś za coś, sam
mówiłeś, że nic za darmo.
-Jak najbardziej. Teraz kolej na mnie – pomruczał krzywiąc się dyskretnie
i rzucając okiem, by sprawdzić, czy ktoś zwrócił na nich uwagę. Nikogo
jednak nie interesowało, co się dziej przy najodleglejszym w barze stoliku.
-Samochód czeka! Z kasą w bagażniku – rzucił dobroczyńca.
-Taki miał być? – zapytał z przewrotnym uśmiechem, gdy człowiek
zobaczył czerwone cudo zaparkowane przy barowym oknie.
-No… a barmanka ?
— Za tobą…
-Ale la… – diabli wspólnik zaniemówił z zaskoczenia.
-Umowa?
-Umowa! – zadowoleni z interesu wyciągnęli dłonie, rulon zmienił
właściciela i przybili z hałasem umowę.
W tym momencie trzasnęły drzwi wejściowe baru i rozległ się
przeraźliwy wrzask: Ty pijanico bezwstydna! Ja ci… – ale diabeł nie
czekał na dalszy ciąg. Dobrze pamiętał historię z panią Twardowską
i nauczony doświadczeniem unikał kobiet jak święconej wody. Skurczył się
i wskoczył do pustej butelki po winie. Odmieniony i błyskawicznie
wytrzeźwiały mężczyzna zakręcił ją jednym ruchem, włożył do kieszeni,
pociągnął barmankę-aktorkę za rękę i wyjściem dla personelu umknęli
przed rozwścieczoną kobietą, jego żoną. Butelka jednym rzutem trafiła na
tylne siedzenie, nowi milionerzy ruszyli z piskiem opon w świat.
Żyli długo i szczęśliwie, w willi na Majorce, na Seszelach i w wielu
innych miejscach, a gdy z bagażnika samochodu dochodziły dziwne dźwięki,
śmiali się serdecznie…
Komentarze
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Twoja ocena wraz z komentarzem mogą być pierwsze. Nie żałuj sobie.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.


