Opowiadanie o Stefanie

Adam Blank publikacja 21 Styczeń 2008, 01:13 Poprawki 10 Listopad 2009, 07:00 Gatunek W blasku ognia, Poważnie uśmiechnięte Czytano 4841 razy
1 głos

Tak to już jest na tym bożym świecie, że aby dobrze żyć należy dobrze pracować. I ludzie pracują sobie w wielu różnych instytucjach, i czasem (choć trudno mi w to uwierzyć) pracują dla przyjemności! Ale są to nieliczne przypadki i nie będę się nimi zajmował. Przedstawię poniżej historię pewnego człowieka, Stefana Kołaja, który wniósł do naszego świata wiele dobrego, choć sam o tym nie do końca wiedział. Był niczym Kolumb odkrywający Amerykę. Historia ta powinna właściwie zostać przedstawiona w formie komiksowej (w takiej właśnie postaci objawiła mi się, gdy jechałem autobusem linii 19 na Plac Teatralny/Toruń), ale ponieważ moje zdolności graficzne nie wykraczają poza zdolności średnio rozgarniętego szympansa, postanowiłem pozostać przy słowach. Zaczynajmy więc!

Stefan Kołaj urodził się w małej miejscowości, w Laponikach, w mrocznych czasach średniowiecza. Od początku wychowywany był na kata, gdyż, obok duchownego, był to najlepiej prosperujący zawód. Stefan od małego wykazywał wielkie serce do przyszłej profesji. Z zapałem ścinał pluszowe misie, które otrzymywał od matki. Ale misie szybko znudziły się Stefankowi i w wieku siedmiu lat ściął pierwszą żywą istotę – ukochanego psa Burka.
— W imię nauki – oświadczył pieskowi i świsnął siekierką. Piesek do końca niczego się nie spodziewał, nie zastanawiał się też, dlaczego jego miseczka stoi po drugiej stronie małego pieńka.
Dalsza nauka przebiegała Stefankowi znakomicie. Ukończył podstawową szkołę katowania, ukończył liceum z wyróżnieniem, a następnie KUL (Katowski Uniwersytet Laponikański). Napisał pracę magisterską na temat „33 sposoby na finezyjne przetrącanie karku”. Praca została doceniona przez środowisko akademickie. Wniosła nowe i świeże spojrzenie na przetrącanie karku i dostarczyła wiele uciechy katom.
Nie będziemy wnikać w dalsze szczebla kariery Stefana. Powiem tylko, że była ona błyskotliwa i potoczyła się nad wyraz szybko. Był to człowiek wysoki (2 metry wzrostu), a i tak szerszy niż wyższy. Słowem, potężny chłop! Miał wszelkie atrybuty dobrego kata: tradycyjny, czerwony kaptur z otworkami na oczy i piękną, błyszczącą siekierę w zgrabnym, czarnym futerale z napisem „Slayer”. Słowem, kat pełną gębą!
Lecz nie to jest punktem naszego zainteresowania. W życiu Stefana dokonał się pewnego dnia zasadniczy zwrot, którego skutki odczuwamy do dzisiaj. I wcale nie jest przesadzone takie stwierdzenie, ale o tym za chwilę.
Zdarzenie to miało miejsce podczas pewnej Wigilii. Wiadomo – czas cudów i obowiązek każdego szanującego się katolika, a Stefan do takowych się zaliczał. Zresztą, czasy średniowiecza miały to do siebie, że każdy był dobrym katolikiem. A jak nie, to taki delikwent stawał oko w oko ze Stefanem i los jego nie należał do najbardziej kolorowych.
Ale powróćmy do tematu! Więc, owej pamiętnej Wigilii Stefan siedział przed kominkiem i zamyślał się głęboko. Ogień trzaskał wesoło, żona krzątała się w kuchni a dzieci dokazywały na wielkiej skórze niedźwiedzia położonej przed kominkiem. Czy muszę dodawać, że zwierzę było pozbawione głowy? No więc, Stefan grzał stopy przed kominkiem i myślał. Czegoś mu brakowało w tych świętach… Wigilia to taki specjalny czas, ale co zrobić, aby uczynić go jeszcze bardziej specjalnym? Pyknął z fajki i nagle coś go tknęło. Rzucił okiem na swój kaptur wiszący na wieszaku. Wstał i podszedł do wieszaka. Przez chwilę obracał kaptur w swoich potężnych dłoniach i założył go. Nie wyglądał zbyt sympatycznie. Zawinął brzegi czapki, tak, aby całkowicie odsłonić oczy. Zimą zakładał kaptur podszyty miękkim, białym futrem z królika. No, tak lepiej, pomyślał patrząc w lustro. Tak uczyniona czapka idealnie komponowała się z czerwonym szlafrokiem, który zwykła wkładać w zimowe wieczory. Wyglądał sympatycznie. Dziś zamierzał ofiarować swemu najstarszemu synowi pierwszą siekierę i tak ubrany poszedł do uczynić. Miał też prezent dla swojego najlepszego przyjaciela – Macieja Elfiaka, więc poszedł i ten prezent wręczyć tak właśnie ubrany. Maciej był jego pomocnikiem w zawodzie kata. Nosił narzędzia i czyścił stoły po „zabiegach”. Był także początkującym dentystą. Znali się i przyjaźnili od bardzo dawna.
Stefan zapukał do drzwi Elfiaków. Otworzyła żona Macieja.
— Dobry wieczór. Jest Maciej? – spytał Stefan
— Ależ oczywiście, Stefanie! Wejdź. Napijesz się czegoś?
— Może być świeże mleko.
W drzwiach pojawił się Maciej.
— Że się cię cieszę widzę, Kołaju! – powiedział, nieskładnie jak zawsze.
— Mam dla ciebie podarek – powiedział Stefan i wyjął zza pazuchy pokaźne pudełko.
Maciejowi oczy otworzyły się szeroko z wrażenia.
— Narzędzi zestaw dentystycznych! – wykrzyknął.
— Oczywiście, dla najlepszego przyjaciela wszystko! – odparł Stefan śmiejąc się „ho! ho!”.
Po świętach Maciej chwalił się zestawem w pracy.
— Co zobaczcie dostałem! – wykrzykiwał podniecony i pokazywał pudło.
— A kto ci to dał? – pytali ludzie.
— Mi Kołaj przyniósł to! – opowiadał z dumą.
Wieść rozniosła się szybko.
— Słyszałaś? – gadały do siebie baby z targu – Jakiś Mikołaj po wsi łazi i podarki rozdaje!
— Jo? – nie dowierzały inne – Do mnie nie przylaz. Ale może za rok przylezie!
Stefan ucieszył się, że ludzie zaakceptowali jego wigilijne wcielenie. Raz do roku przebierał się i przy pomocy Elfiaka, który dźwigał wór z podarkami, chodził po mieście i rozdawał drobne podarki. Szybko stało się to nową wigilijną tradycją. Stefan Kołaj alias Mikołaj przyczynił się do powstania jakże sympatycznej tradycji kontynuowanej po dziś dzień, choć o samym Stefanie nikt już nie pamięta. A szkoda… Wielki to był człowiek i wiele dla nas zrobił dobrego. Czyż nie zasługuje na miejsce w naszej pamięci? Niech się święci imię twoje, Kołaju vel Mikołaju!

Komentarze 1 z 1 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

admin
17 Luty 2008, 00:40

Innowierców śmiech płaczliwy Co by nie było jest to opowieść o pewnej koniunkturze powodującej urodziny mitu, jednak myślę że na taką innowację już za późno :grin.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Losowy tytuł - loteria nieocenionych przez Ciebie. Oceniaj i korzystaj z funkcji do odszukiwania nieczytanych opowieści.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi