Opowiadanie o Stefanie
1 głos
Tak to już jest na tym bożym świecie, że aby dobrze żyć należy dobrze pracować. I ludzie pracują sobie w wielu różnych instytucjach, i czasem (choć trudno mi w to uwierzyć) pracują dla przyjemności! Ale są to nieliczne przypadki i nie będę się nimi zajmował. Przedstawię poniżej historię pewnego człowieka, Stefana Kołaja, który wniósł do naszego świata wiele dobrego, choć sam o tym nie do końca wiedział. Był niczym Kolumb odkrywający Amerykę. Historia ta powinna właściwie zostać przedstawiona w formie komiksowej (w takiej właśnie postaci objawiła mi się, gdy jechałem autobusem linii 19 na Plac Teatralny/Toruń), ale ponieważ moje zdolności graficzne nie wykraczają poza zdolności średnio rozgarniętego szympansa, postanowiłem pozostać przy słowach. Zaczynajmy więc!
Stefan Kołaj urodził się w małej miejscowości, w Laponikach, w mrocznych
czasach średniowiecza. Od początku wychowywany był na kata, gdyż, obok
duchownego, był to najlepiej prosperujący zawód. Stefan od małego wykazywał
wielkie serce do przyszłej profesji. Z zapałem ścinał pluszowe misie,
które otrzymywał od matki. Ale misie szybko znudziły się Stefankowi i w
wieku siedmiu lat ściął pierwszą żywą istotę – ukochanego psa
Burka.
— W imię nauki – oświadczył pieskowi
i świsnął siekierką. Piesek do końca niczego się nie spodziewał, nie
zastanawiał się też, dlaczego jego miseczka stoi po drugiej stronie małego
pieńka.
Dalsza nauka przebiegała Stefankowi
znakomicie. Ukończył podstawową szkołę katowania, ukończył liceum
z wyróżnieniem, a następnie KUL (Katowski Uniwersytet Laponikański).
Napisał pracę magisterską na temat „33 sposoby na finezyjne przetrącanie
karku”. Praca została doceniona przez środowisko akademickie. Wniosła nowe
i świeże spojrzenie na przetrącanie karku i dostarczyła wiele uciechy
katom.
Nie będziemy wnikać w dalsze szczebla kariery
Stefana. Powiem tylko, że była ona błyskotliwa i potoczyła się nad wyraz
szybko. Był to człowiek wysoki (2 metry wzrostu), a i tak szerszy niż
wyższy. Słowem, potężny chłop! Miał wszelkie atrybuty dobrego kata:
tradycyjny, czerwony kaptur z otworkami na oczy i piękną, błyszczącą
siekierę w zgrabnym, czarnym futerale z napisem „Slayer”. Słowem, kat
pełną gębą!
Lecz nie to jest punktem naszego
zainteresowania. W życiu Stefana dokonał się pewnego dnia zasadniczy zwrot,
którego skutki odczuwamy do dzisiaj. I wcale nie jest przesadzone takie
stwierdzenie, ale o tym za chwilę.
Zdarzenie to miało miejsce podczas pewnej
Wigilii. Wiadomo – czas cudów i obowiązek każdego szanującego się
katolika, a Stefan do takowych się zaliczał. Zresztą, czasy średniowiecza
miały to do siebie, że każdy był dobrym katolikiem. A jak nie, to taki
delikwent stawał oko w oko ze Stefanem i los jego nie należał do najbardziej
kolorowych.
Ale powróćmy do tematu! Więc, owej
pamiętnej Wigilii Stefan siedział przed kominkiem i zamyślał się
głęboko. Ogień trzaskał wesoło, żona krzątała się w kuchni a dzieci
dokazywały na wielkiej skórze niedźwiedzia położonej przed kominkiem. Czy
muszę dodawać, że zwierzę było pozbawione głowy? No więc, Stefan grzał
stopy przed kominkiem i myślał. Czegoś mu brakowało w tych świętach…
Wigilia to taki specjalny czas, ale co zrobić, aby uczynić go jeszcze bardziej
specjalnym? Pyknął z fajki i nagle coś go tknęło. Rzucił okiem na swój
kaptur wiszący na wieszaku. Wstał i podszedł do wieszaka. Przez chwilę
obracał kaptur w swoich potężnych dłoniach i założył go. Nie wyglądał
zbyt sympatycznie. Zawinął brzegi czapki, tak, aby całkowicie odsłonić
oczy. Zimą zakładał kaptur podszyty miękkim, białym futrem z królika. No,
tak lepiej, pomyślał patrząc w lustro. Tak uczyniona czapka idealnie
komponowała się z czerwonym szlafrokiem, który zwykła wkładać w zimowe
wieczory. Wyglądał sympatycznie. Dziś zamierzał ofiarować swemu
najstarszemu synowi pierwszą siekierę i tak ubrany poszedł do uczynić.
Miał też prezent dla swojego najlepszego przyjaciela – Macieja Elfiaka,
więc poszedł i ten prezent wręczyć tak właśnie ubrany. Maciej był jego
pomocnikiem w zawodzie kata. Nosił narzędzia i czyścił stoły po
„zabiegach”. Był także początkującym dentystą. Znali się
i przyjaźnili od bardzo dawna.
Stefan zapukał do drzwi Elfiaków. Otworzyła
żona Macieja.
— Dobry wieczór. Jest Maciej? – spytał
Stefan
— Ależ oczywiście, Stefanie! Wejdź.
Napijesz się czegoś?
— Może być świeże mleko.
W drzwiach pojawił się Maciej.
— Że się cię cieszę widzę, Kołaju! –
powiedział, nieskładnie jak zawsze.
— Mam dla ciebie podarek – powiedział
Stefan i wyjął zza pazuchy pokaźne pudełko.
Maciejowi oczy otworzyły się szeroko
z wrażenia.
— Narzędzi zestaw dentystycznych! –
wykrzyknął.
— Oczywiście, dla najlepszego przyjaciela
wszystko! – odparł Stefan śmiejąc się „ho! ho!”.
Po świętach Maciej chwalił się zestawem w
pracy.
— Co zobaczcie dostałem! – wykrzykiwał
podniecony i pokazywał pudło.
— A kto ci to dał? – pytali ludzie.
— Mi Kołaj przyniósł to! – opowiadał
z dumą.
Wieść rozniosła się szybko.
— Słyszałaś? – gadały do siebie baby
z targu – Jakiś Mikołaj po wsi łazi i podarki rozdaje!
— Jo? – nie dowierzały inne – Do mnie
nie przylaz. Ale może za rok przylezie!
Stefan ucieszył się, że ludzie zaakceptowali
jego wigilijne wcielenie. Raz do roku przebierał się i przy pomocy Elfiaka,
który dźwigał wór z podarkami, chodził po mieście i rozdawał drobne
podarki. Szybko stało się to nową wigilijną tradycją. Stefan Kołaj alias
Mikołaj przyczynił się do powstania jakże sympatycznej tradycji
kontynuowanej po dziś dzień, choć o samym Stefanie nikt już nie pamięta.
A szkoda… Wielki to był człowiek i wiele dla nas zrobił dobrego. Czyż
nie zasługuje na miejsce w naszej pamięci? Niech się święci imię twoje,
Kołaju vel Mikołaju!
Komentarze 1 z 1
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.



admin
17 Luty 2008, 00:40
Innowierców śmiech płaczliwy Co by nie było jest to opowieść o pewnej koniunkturze powodującej urodziny mitu, jednak myślę że na taką innowację już za późno
.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu