Wróżbicha

Sławomir Zieliński publikacja 16 Październik 2008, 16:52 Poprawki 19 Listopad 2009, 22:13 Gatunek W blasku ognia, stwory i bohatery Czytano 10274 razy
2 głosy
Spis treści utworu
Wróżbicha
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10

***

Samo czekał, aż nadejdzie pełnia księżyca i sposobność, by demony należycie ugościć. Gdy grzyby były już odpowiednio zasuszone, zdjął je i roztarł na proszek. Nakazał Boleborowi przynieść miód i kubki, wszystkie, jakie udało mu się zgromadzić. Przelał miód do kamiennej stągwi, wsypał doń starte grzyby i dodał trochę ziół, które miał ze sobą. Wszystko to razem zamieszał szepcząc coś pod nosem po swojemu. Gdy zaczęło się ściemniać, rzekł wreszcie: – Czas ruszać na mogiły. Dziś jest dobry dzień, by się z nimi rozprawić. Ruszyli przed siebie. Bolebor targał na plecach ciężką stągiew z miodem. Ciekawiło go, co też zamierza Samo, ten nie chciał mu bowiem niczego zdradzić, tylko cały czas pozostawał tajemniczy. – Nie wygląda mi na czarownika – myślał do siebie – ale kto tam ich wie, co to za jedni ci bracia Benedictusa. Na ziołach i grzybach zna się nie gorzej niźli Wróżbicha. Gdy dotarli na miejsce, Samo nakazał postawić garnek z miodem przed stosem. Dookoła porozstawiał kubki. Spojrzał na bezchmurne niebo i zamyślił się, po czym rzekł: – Teraz zapalimy ogień i skryjemy się. Za nic nie wolno się nam ujawnić, żeby nie wiem co się działo dookoła, masz się nie pokazywać! Zrozumiałeś? Inaczej cały plan może się nie udać, a wtedy wszystko na marne i kolejna okazja nadarzy się dopiero na wiosnę. Samo czuł się jednak trochę niezręcznie i nie chciał dać po sobie poznać, że tak naprawdę niczego magicznego nie czyni a Bolebor boi się czegoś, co w przekonaniu Franka istnieć nie mogło. Jego wiara wykluczała istnienie podobnych demonów. Bolebor kiwnął głową w geście zrozumienia. Teraz począł się nie na żarty już niepokoić. Samo dał znak, by podpalił stos. Gdy ogień zapłonął żywo, schronili się w wykrocie po obalonej starej sośnie i zamarli w oczekiwaniu. – Cóże on wymyślił? – Zastanawiał się Bolebor, jednak nie chciał się znowu dopytywać. – Pomyśli, żem do gwarzenia skory niczym baba. Dużo czasu upłynęło, zanim pierwsze zmory i demony wypełzać poczęły zza cmentarnych kamieni. Początkowo niepewne i podejrzliwie zbliżały się powoli do stosu. Z czasem zaciekawienie wzięło w nich górę. Uważnie przyglądały się temu, co im zgotowano i krążyły dookoła. Bolebor zdumiony przyglądał się temu widowisku, gdyż czegoś podobnego dotąd nie widywał. Unoszące się nad ziemią półprzeźroczyste stwory o twarzach pięknych kobiet, tym bielsze im księżyc jaśniej świecił, coraz bardziej upodabniały się do ludzi. Rozczochrane włosy i poszarpane szaty dodawały im tylko upiornego wyglądu. Wydawały z siebie przeciągłe i piskliwe głosy, od których Bolebora odczuwał ciarki na plecach. Wreszcie jedna ze zmór, skuszona wonią, jaką wydzielały zioła, chwyciła za kubek, zanurzyła w stągwi z miodem i wypiła. Wydała z siebie dziki okrzyk zadowolenia i napełniła naczynie ponownie. Za nią pozostałe demony poczęły łapczywie pić. Posmakowało im, bo po chwili kłębiły się wokół garnca i odpychały jedna drugą. Przypominały stado wąpierzy kłębiących się przy świeżej krwi ofiary. W tym dniu jadło ludzkie i napitek smakowały im wybornie jego oddziaływanie było podobne, jak na ludzi. – Żeby jeno miodu nie brakło – zaniepokoił się w duchu Bolebor. Samo obserwował towarzysza z uwagą i lekkim niepokojem gdyż dotąd nie widział na jego twarzy takiego przerażenia. Jego przyjaciel był przecież człekiem odważnym i śmiałym. Czegóż miał się bać? W końcu sam jął wpatrywać się w płomienie i iskry, które co chwila wesoło strzelały w górę rozjaśniając mrok. Dym unoszący się z ogniska przybierał rozmaite, dziwaczne kształty przywodzące na myśl zjawy czy mary. Bolebor zamarł w oczekiwaniu. W końcu mocny miód i grzyby spowodowały w głowach demonów taki zamęt, że wrzask i krzyk się podniósł niesłychany. Bolebor, teraz już wyraźnie zaniepokojony, czy aby Samo dobrze uczynił, przyglądał się szalonemu tańcowi demonów. Te, jak ogłupiałe, kręciły się wokół ognia wrzeszcząc z uciechy i wirując dookoła płomienia i wokół siebie. Szum się podniósł na cały bór, echo dzikich krzyków niosło się po lesie. A demony nadal piły miód i przyśpieszały swój szalony taniec. Nagle jedna z nich, ogłupiona zapewne mocniej niż pozostałe, rzuciła się w ogień. Płomień buchnął jasny ku niebu, posypały się iskry i ślad po niej zaginął. Pozostałe jęły śmiać się dziko i przeraźliwie głośno, a ich krzyk wzmagał się po każdej następnej zmorze, która ginęła w płomieniach. W miarę upływu czasu i ubywania miodu w garncu, coraz mniej liczne grono kręciło się wokół ogniska. Bolebor teraz dopiero pojął zamierzenia Samo. – Dziwy niestworzone na tym świecie się dzieją! – Pomyślał zdumiony. – Ale wielki musiał być czarownik z tego Benedictusa. I wcalem nie zdziwiony, że go ten Christos koło siebie chce mieć. Tym sposobem przed świtem żadna zmora nie ostała się na cmentarzysku. Same popaliły się w ogniu. Gdy żar dogasł, Samo podszedł do pogorzeliska i nakazał mu zgarnąć popiół do garnca. – A po co to? – A jak się zechcą odrodzić? Bolebor zrobił, jak mu nakazał, po czym poszli nad rzekę, do której wyrzucili wszystek popiół. – A jak się zechcą odrodzić – rzekł Frank, robiąc znak krzyża nad wodą – to tam, hen…u waszych wrogów. Po powrocie do chaty Samo rzekł, kładąc dłoń na ramieniu Bolebora: – No cóż przyjacielu, pora mi wracać do swoich. Nie chcę, aby zima mnie tu dopadła. Bolebor pomarkotniał i spuścił głowę. – Dziękuję ci za pomoc. Teraz mogę spokojnie żyć. – I czuwać nad Popielem – dodał Frank. – Dbaj o niego, bo do wielkich czynów stworzony. Pamiętaj też, że raz do roku, o tej porze, warto w nocy naniecić ognisk i wystawić na dworze jadła i napoju. Dusze posilą się i będą wdzięczne. Może i się dokuczać potem przestaną. A na tym cmentarzysku z kamieni ustawcie posąg bóstwa, do którego się modlicie najczęściej. Tam, gdzie ludzie modły wznoszą, demony wstępu nie mają. Bolebor objął go swym potężnym ramieniem i przywarł doń mocno, tak, że ten aż stęknął. – Bywaj przyjacielu – powiedział Samo na pożegnanie, gdy konie były już objuczone a on posilił się na drogę. Następnie zakreślił znak krzyża w powietrzu i odszedł. Bolebor długo spoglądał za odchodzącym towarzyszem. Żal mu się zrobiło na duszy, że znowu sam ostał. Jednak po chwili uśmiechnął się i mruknął pod nosem: – Chociaż odchodzi, to zdaje się, że nowe czasy do nas idą.

Komentarze 2 z 2 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:47

Długie, ale warto przeczytać Potknięć ciut było, naturalnie, ale czytało się przyjemnie. Po tytule spodziewałam się, że cały tekst będzie o wiedźmie, a tu zaskoczenie: głównym bohaterem jest w sumie ktoś inny. :) 
No i cały czas nie wiem, czy Samo to TEN od Państwa Samona. :) 
Wciągnęło mnie i nie było za bardzo przewidywalne - podobało mi się. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Bartosz Kowa
16 Listopad 2009, 06:36

Dobry film ...Polski No! Proza na poziomie literata. Fabuła jak z bardzo dobrego filmu, ale tu uwaga - polskiego filmu. Co by nie było, nieźle. Nie wiem czy warto tu wymieniać czego brakowało, powiem tylko, że długość tekstu potęgowała te braki. Osobiście nie lubię czytać, stąd tekst musi być naprawdę dobry by wzbudzić mój podziw gdy długi. Ten nie wzbudził, ale czuć potencjał. Jakby przysiąść i poszperać w materiałach... . A może dostaliśmy tu tylko jakiś tekstowy odpad bardzo dobrego autora, co? Do innych autorów, za Anną - warto przeczytać.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Ty też opowiadaj! Publikuj i zarządzaj tekstami. Przeczytaj przewodnik i prezentuj się, rozwijaj dzięki uwagom czytelników. Zostań bajarzem.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi