Wróżbicha
2 głosy
| Spis treści utworu |
|---|
| Wróżbicha |
| Strona 2 |
| Strona 3 |
| Strona 4 |
| Strona 5 |
| Strona 6 |
| Strona 7 |
| Strona 8 |
| Strona 9 |
| Strona 10 |
***
Nad ranem Wróżbicha usłyszała ponownie głosy ludzkie. Tym razem byli to
mieszkańcy wioski. Przystanęli zbici w kupę pod starym, rozłożystym dębem
czekając. Gdy mieli do niej ważną sprawę, przychodzili w to miejsce.
Korzystali z jej pomocy i rad, bowiem stara uważana była nie tylko za
czarownicę ale i kobietę rozumną. Posiadała mądrość, którą zdobyła
nie tylko podczas nauk pobieranych w tajemnych miejscach, ale również nabytą
podczas długiego żywota. Wróżbicha już dawno temu uznała swój błąd
i przestała używać czarów. Chyba, że pomagały ludziom. Nadal jednak
trzymała się od nich z daleka i okazywała im swoją niechęć.
Niezadowolona była z pory, o jakiej
przybyli. Mały mógł się obudzić w każdej chwili. Niechętnie wprawdzie
musiała jednak udać się na spotkanie. Wzięła bukowy drzewiec i ruszyła
przed siebie, rzucając dookoła przekleństwa i groźby. Gdy dotarła na
umówione miejsce spojrzała na wystraszonych wieśniaków i splunęła
pogardliwie.
— Czego tu!? – Syknęła złowrogo.
Antowie cofnęli się wystraszeni spoglądając
po sobie niepewnie.
— Pani – odezwał się stojący na
przedzie naczelnik wioski. Jego twarz wyrażała oznaki niedoli i znękania.
Oczy rzucały jednak gniewne ognie, które świadczyły, że człowiek ten
pomimo odrętwienia, w jakie popadł, odczuwał ucisk. I chciał się zeń
wyzwolić, choć nie potrafił. – Przybyli my tu po radę i ratunek.
— Jak trwoga, to do Swaroga? – odparła
Wróżbicha. – Cóż wam się stała za krzywda wieśniacy?
— Celtowie znowu się w wiosce zjawili –
powiedział naczelnik – i zagrozili, że jak nie znajdziemy dziecka, to
spalą naszą osadę. A my nie wiemy, o jakie dziecko im idzie.
— A nie znajdzie się oj nie znajdzie –
odparła Wróżbicha kiwając się w przód i w tył. – Nikt go nie
znajdzie, aż on sam odnajdzie tych, co go porzucili na pewną śmierć.
— Cóż więc mamy robić? – Zapytał
z rozpaczą w głosie mężczyzna.
— Jak spalą to odbudujecie – rzuciła
oschle starucha, po czym odwróciła się i odeszła.
Ludzie spojrzeli po sobie niepewnie, nie
śmieli jednak wołać za kobietą z obawy, aby nie rzuciła na nich uroku.
Chaty w końcu odbudują, a resztę tego, co żywe mogą ukryć. Zwrócili się
tedy ku wiosce i odeszli w milczeniu, miarkując, dlaczego Wróżbicha po raz
pierwszy nie powiedziała im, co mają czynić.
***
Gdy Antowie powrócili do wioski, wszyscy mężczyźni zebrali się w chacie
naczelnika by radzić, co począć. Nagle do izby wszedł jeden z wojów,
młody i barczysty Bolebor. Jasne włosy opadały na potężne ramiona a
głęboko osadzone oczy ponuro spoglądały dookoła.
— Gdzieś się znowu włóczył? –
Warknął naczelnik patrząc spode łba na niesfornego syna. – Na dziewki
celtyckie cię ciągnie? Czy po lasach na wędrownych polujesz? Wiesz, że jak
cię Celty dorwą na trakcie, to po tobie.
— Nikt mi nic nie zrobi! – odezwał się
Bolebor zadzierając głowę. – Ale na pewno wolę pobić się choćby
z całą drużyną Celtów i polec, niż siedzieć tu w wiosce i chylić
przed nimi kark. O czymże to tak dzisiaj radzicie? – Zapytał, siadając w
kącie.
Po izbie rozszedł się pomruk niezadowolenia
i złości. Bolebor od dawna przysparzał wszystkim zmartwień swoją
zarozumiałością i nieposłuszeństwem. Najbardziej jednak cierpiał jego
ojciec.
— Byli tu Celtowie – odparł
naczelnik. – Malca jakowego szukali. Zagrozili, że jak się nie znajdzie,
spalą wioskę. Stara, u której się radziliśmy, co zrobić, odprawiła
nas.
— Hahaha! – Roześmiał się Bolebor
głośno i donośnie, aż ściany izby zadrżały – I teraz będziecie
czekać, aż przyjdą i wszystko spalą? Bo was stara odprawiła….haha!
A nie pomiarkowaliście, że może stara sama znalazła dziecko i chce je
biesom ofiarować? Może dlatego tak was potraktowała?
— Cóż ci przyszło do głowy! –
Krzyknął rozwścieczony butą syna naczelnik, podnosząc się z zydla. –
Stara może jest czarownicą, ale nie ma żadnych konszachtów z siłami
nieczystymi. Nie pamiętacie, że miała chłopa za młodu? I że jej dziecko
zabrali?
— A któż to pamięta? – Zapytał
z drwiną Bolebor. Od dawna nie podobało mu się tchórzostwo ojca oraz
pozostałych mieszkańców wioski, uważane przez nich za roztropność. –
Tak dawno już pomarli najstarsi, którzy pamiętali o tych wydarzeniach.
Zapewne i Wróżbicha nie pamięta wszystkiego. Albo i nie chce, bo któż by
chciał. Poza tym po co nam ta stara? Możemy bez niej żyć.
Twarz ojca przybrała barwę purpury a brwi
zaczęły drżeć w nerwowych skurczach. Wydął dolną wargę marszcząc
podbródek.
— Milcz młokosie! – krzyknął
podchodząc do Bolebora z zaciśniętymi pięściami. – Bo cię każę
wychłostać.
— Myślisz, że bojaźń czuję? –
Parsknął dumnie Bolebor wstając z miejsca. – Twoje groźby są dla mnie
niczym brzęczenie komara, którego można palcami zdusić. Wolę już baty
zbierać, niż słuchać twoich tchórzliwych gadań. Kulisz przed Celtami ogon
jak pies, który skomle o byle padlinę. Taki z ciebie władyka!
Takiej obelgi wobec zgromadzonych z ust
własnego syna naczelnik zdzierżyć nie mógł. Zdzielił Bolebora z całej
siły pięścią w twarz, ten jednak nawet się nie zachwiał. Jedynie strużka
krwi, która pociekła mu z nosa, świadczyła o otrzymanym razie. Władyka
nakazał stojącym najbliżej związać go i wymierzyć mu dwadzieścia
batów.
Czterech barczystych mężczyzn podeszło
ochoczo do skazanego. Wykręcili mu ręce do tyłu, jednakże nie przyszło im
to łatwo. Bolebor znany był z ogromnej siły. Zaśmiał się szyderczo
patrząc ojcu głęboko w oczy rzucając na odchodnym, że ten pomylił się
o co najmniej czterdzieści.
Zgromadzeni w izbie milczeli spoglądając po
sobie pytająco. Odsunęli się z bojaźnią od spętanego Bolebora, spluwając
na klepisko. Naczelnik skinął ręką dając znać, by wykonano jego wolę.
Trzech barczystych mężczyzn chwyciło mocno skazańca za ramiona
i wyprowadziło poza granice wioski, gdyż zadawanie przemocy w miejscu
zamieszkanym przez Antów było niezgodne z ich zwyczajem. Bolebor nawet się
nie opierał, jakby chciał okazać, że trwogi żadnej przed karą nie odczuwa
jeno pogardę. Przywiązali go do drzewa i wymierzyli najpierw orzeczone
dwadzieścia batów, a potem, po krótkiej naradzie dodali od siebie jeszcze
wspomniane przez Bolebora czterdzieści, licząc na to, że się wykrwawi
i umrze. Podczas wymierzania kary skazany oprócz szyderczego śmiechu
i klątw, nie wydał z siebie żadnych okrzyków bólu. Oprawcy pozostawili go
przywiązanego do drzewa i odeszli. Liczyli na to, że wyświadczą
naczelnikowi przysługę, pozbywając się natrętnego i zepsutego do cna
potomka. Wprawdzie mogli jego następcą obwołać każdego z wojowników,
którego Perun ręką Dźwigora pobłogosławi, jednak siła przyzwyczajenia do
rodu naczelnika kazała im obawiać się Bolebora. Wrogo nastawiony do każdego,
kto sprzeciwiał się jego woli i jak na swój wiek nad wyraz silny
i przebiegły, nie mógł po takiej zniewadze puścić oprawcom płazem tego,
co mu zrobili. Dlatego miał umrzeć. Tak brzmiał wyrok wojów.
Komentarze 2 z 2
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Dobry film ...Polski No! Proza na poziomie literata. Fabuła jak z bardzo dobrego filmu, ale tu uwaga - polskiego filmu. Co by nie było, nieźle. Nie wiem czy warto tu wymieniać czego brakowało, powiem tylko, że długość tekstu potęgowała te braki. Osobiście nie lubię czytać, stąd tekst musi być naprawdę dobry by wzbudzić mój podziw gdy długi. Ten nie wzbudził, ale czuć potencjał. Jakby przysiąść i poszperać w materiałach... . A może dostaliśmy tu tylko jakiś tekstowy odpad bardzo dobrego autora, co? Do innych autorów, za Anną - warto przeczytać.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.




Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:47
Długie, ale warto przeczytać Potknięć ciut było, naturalnie, ale czytało się przyjemnie. Po tytule spodziewałam się, że cały tekst będzie o wiedźmie, a tu zaskoczenie: głównym bohaterem jest w sumie ktoś inny.
No i cały czas nie wiem, czy Samo to TEN od Państwa Samona.
Wciągnęło mnie i nie było za bardzo przewidywalne - podobało mi się.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu