Wróżbicha
2 głosy
| Spis treści utworu |
|---|
| Wróżbicha |
| Strona 2 |
| Strona 3 |
| Strona 4 |
| Strona 5 |
| Strona 6 |
| Strona 7 |
| Strona 8 |
| Strona 9 |
| Strona 10 |
***
Bolebor przeżył. Wisiał w objęciach drzewa,
przywiązany powrozami. Stracił przytomność spędzając w objęciach konaru
całą noc. Nikt się o niego nie upomniał.
Więc miałem tu szczeznąć… –
zmiarkował, gdy o świcie odzyskał przytomność – zostawili mnie
tchórze, bojąc się stanąć do walki, dlatego ześlę im wszystkim
pomstę! – Ostatnie słowa Bolebor wypowiedział z taką nienawiścią, że
wszystkie ptaki, które siedziały na pobliskich gałęziach, poderwały się
nagle do lotu. Postanowił się uwolnić. Zaczął trzeć sznurem o drzewo, tam
i z powrotem. Coraz szybciej. Po chwili więzy przetarły się i był wolny.
Wolny, ale bez nikogo. Został sam. I sam musiał odtąd sobie radzić. Między
nim a światem stanął niewidzialny mur, który miał runąć dopiero wiele lat
później.
— Lubię las – pomyślał – był zawsze
moim drugim domem. Dlatego zamieszkam tu i wyłapię te łachudry pojedynczo
albo wszystkich razem. I na Peruna, odpłacę im za zniewagę i tchórzostwo.
Wszystkich wykończę! A ojca na końcu! Las musi mieć swojego pana. I ja
się nim ostanę!
To była jego ostatnia myśl. W tej samej
chwili runął całym ciałem na ziemię a oczy przesłoniła mu mroczna
otchłań.
Znalazła go Wróżbicha, wykrwawionego
i słabującego. Mrok zalegał już dookoła postanowiła więc zabrać go do
chaty. Kosztowało ją to wiele sił, gdyż Bolebor mężczyzną był tęgim a
starucha z biegiem lat coraz mniej sił do życia miała.
— Oj urządzili cię urządzili –
powtarzała sobie po cichu stękając i sapiąc. – Nie dam ci ja rady, trza
cię zbudzić. Wyjęła ze skórzanego woreczka jakiś proszek i podsunęła
rannemu pod nos. Po chwili zaczął coś niezrozumiale szeptać. Doszedł do
siebie i stanął na nogi.
— A, to ty starucho. Czegóż ode mnie
chcesz? – Zapytał chwiejąc się nieznacznie.
— Od ciebie nic. – Rzuciła krótko
Wróżbicha. – Jeno pewnikiem ty byś beze mnie tam sczezł pod tym drzewem
oj sczezł.
— Nic ci do tego, taki widać los mój.
— Cóż ty o losie swoim wiedzieć
możesz? – Zaśmiała się stara skrzekliwie. – Wróżem jakim jesteś czy
kim? Chodź ze mną jeśli ci żywot miły, bo ci rany opatrzyć trza. Ale
jeśli ducha wyzionąć tu chcesz, to już twoja rzecz.
Po tych słowach odwróciła się i bez słowa
ruszyła naprzód. Bolebor wahał się przez chwilę, jednak doszedł do
wniosku, że niewiele ma do stracenia. Ruszył powoli za Wróżbichą. Samotna
noc w lesie wydała mu się niebezpieczna, a że krwawił nadal to i wąpierze
pewnikiem by go dopadły i wszystko zeń wyssały. Było już ciemno, gdy
dotarli do chaty na skraju rzeki. Stara przez całą drogę nic nie mówiła,
znać jednak było, że i ona chodząc nocami po kniei, nie czuła się pewnie.
Gdy weszli do chaty wskazała Boleborowi posłanie a ten zwalił się na nie jak
długi, zapadając w kamienny sen. Stara roznieciła ogień na palenisku
i wybrała zioła potrzebne do opatrzenia ran. Wymieszała je po swojemu,
splunęła kilka razy, po czym zamieszała wszystko tworząc coś w rodzaju
rzadkiej, zielonkawej papki. Podeszła do śpiącego i delikatnie odkleiła
porwaną i przyschniętą do ran szatę.
— Oj nie miłowali cię oni tam, oj nie –
powiedziała do siebie i zaczęła nakładać maść na plecy śpiącego.
Kiwała się przy tym delikatnie w przód i w tył, wdychając woń ziół,
która roznosiła się po izbie. Kot mruczał cicho przyglądając się uważnie
nieznajomemu.
— Tak tak… kocie – powiedziała
stara. – Wet na nim wzięli jego współplemieńcy. Szczęście miał, żem
go w lesie znalazła, wiem że miał. A tak, dobrze prawisz. Pewnikiem by go
wąpierze pokąsały.
Kot wskoczył na barłóg i położył się
obok głowy Bolebora. Patrzył teraz uważnie w oczy starej. I ona utkwiła
swój wzrok w ciemnych jak noc ślepiach zwierzęcia, jakby szukając w nich
mądrości
Podeszła do niemowlaka, który we śnie
machał zaciśniętymi rączkami. Wyglądało, jakby się przed czymś bronił.
Zawsze gdy wychodziła na dłużej, dawała małemu wywar z ziół, aby spał
spokojnie.
— Oj tak mały oj tak – rzekła ze
smutkiem w głosie starucha. – Będą cię dopadać zmory i we śnie oj we
śnie. Cóż poczniesz? Nie będziesz ty miał łatwego życia oj nie. Ale ja
cię będę strzegła, gdziekolwiek będziesz.
***
Poraniony Bolebor spał trzy dni. Kobieta
przyglądała mu się uważnie. Silne i szerokie ramiona, żylaste dłonie,
słuszny wzrost. Rysy twarzy niby proste i wyraziste, jednak rozsądek
zdradzające.
— Tak kocie, silny on i rozważny.
Zaopiekuje się kiedyś naszą znajdą przeto i ty masz go strzec w lesie! Ale
los ich obu ciemnością spowity i daleko wejrzeć weń nie potrafię.
Kot zamruczał ocierając się o starą.
Czwartego dnia rano Bolebor przebudził się
z wilczym głodem. Stara dała mu jednak wpierw wywar z ziół do wypicia, aby
ból ukoić i żołądek rozepchać. Rany bowiem głębokie były i jeszcze
jątrzyły. Został w chacie jeszcze kilka dni. Gdy wreszcie zaczął zbierać
się do odejścia, kobieta zapytała:
— A dokąd ty pójdziesz?
Bolebor uniósł się z trudem z posłania
i stęknął z bólu, jednak nie chciał dać znać po sobie, że chętnie by
jeszcze się u starej wczasował.
— Ano w las.
— Las wielki i nieprzebyty, czemuż ty byś
miał w nim swoje miejsce odnaleźć?
— Nie martwcie się o mnie kobieto.
Podzięki wam składam za opiekę i jak będę mógł, to się odpłacę. Ale
nie przystoi mężczyźnie pomocy wiedźmy nadużywać.
Stara spojrzała najpierw na Bolebora,
następnie na śpiącego Sambora i westchnęła:
— Widzisz to dziecię?
— Jużci że tak. Po ślepiach mnie batem nie
smagali, choć – mężczyzna dotykał delikatnie dłonią ran na plecach –
jego w tym zasługa niemała.
— Jak dorośnie, pomocy będzie potrzebował.
Bo ja stara i słabować zaczynam. Przyrzeknij mi przeto, że jako odpłatę
czuwać nad nim będziesz! Człek jesteś silny i mądry, nadajesz się do
tego.
Bolebor zawahał się. Nic do czynienia ze
znajdami niczyimi mieć nie chciał. Podrapał się po zmierzwionych
włosach.
— Przyrzeknij! – Nalegała Wróżbicha
stanowczo.
— Przyrzekam! – Odparł po namyśle.
***
Minęło wiele wiosen. Sambor rósł w siłę, stając się dorodnym
młodzieńcem, którego celtycka uroda w połączeniu z nieokiełznanym
i trudnym charakterem czyniły zeń przedmiot zarówno uwielbienia, jak
i zmartwienia Wróżbichy. Starała się wydobyć z niego to, co najlepsze
i wychować na dobrego człowieka, jednak chłopiec od najmłodszych lat
przejawiał skłonność ku niewytłumaczonemu okrucieństwu. Dobroć mieszała
się w nim z niewyjaśnioną skłonnością ku czynieniu zła. I stara nie
mogła na to nic zaradzić. Teraz, u kresu swego życia siedziała w chacie
przed ogniem. Obok niej wygrzewał się kocur.
— Tak kocie, masz rację – odparła ledwo
słyszalnym głosem, który wydobywał się z trudem z umęczonego wiekiem
i smutkiem ciała. – Sambor rośnie w siłę żywo. Jakby czerpał ją
z nas. Im jest mocniejszy i silniejszy, tym my jesteśmy słabsi. Wysysa
z nas życie. Daję mu to, co miałam i mam najlepszego. Wiedzę, mądrość,
skrywane tajemnice. A on wie, co z nimi robić. Tylko czy wykorzysta to w
dobrym celu?
— Tak tak kocie – szepnęła. – On jest
inny. Nie wiemy, czy zapanowaliśmy nad złem, które w nim tkwi. Ale
pamiętaj – pokiwała groźnie palcem– masz mu zawsze pomagać!
— Gdzież on teraz jest ten mój Sambor? –
Rozmarzyła się. – A tak kocie, nasz, oj nasz. Zwierz zamiauczał
przeciągle, dając do zrozumienia, że życie ich obojga ostatnimi laty
należało do chłopca.
***
Sambor polował w borze. Miał już siedemnaście wiosen, wedle rachuby
matki, jak zwykł ją nazywać. Tym razem wyprawił się naprawdę daleko. Tak
daleko od chaty Wróżbichy jeszcze nie polował. Nie odczuwał jednak strachu,
bowiem siła fizyczna, oraz umiejętność przetrwania w lesie dawały mu
poczucie pewności. Poza tym całkiem nieźle strzelał i władał mieczem,
jakkolwiek nie miał wprawy w boju. Rzadko spotykał kogoś w borach.
Najczęściej byli to zagubieni wędrowni kupcy albo banici. Tych ostatnich
nigdy nie omieszkał wyzwać do walki, korzystając z nadarzającej się
okazji, aby poprawić swoje umiejętności. Potem, wiedziony wewnętrznym,
złowrogim szeptem płynącym z najmroczniejszych otchłani jego serca,
znęcał się nad pokonanym przeciwnikiem. Czerpał z tego nieskrywaną
rozkosz. Później było mu w głębi duszy żal tego, co zrobił, jednak każda
kolejna ofiara kończyła żywot w ten sam sposób.
Mierzył z łuku do sarny. Już miał
wypuścić grot w kierunku pasącego się spokojnie zwierzęcia, gdy poczuł na
ramieniu ciężką dłoń. Zamarł w bezruchu. Ktoś najwidoczniej chciał go
powstrzymać, jednak Sambor nie zamierzał przepuścić okazji do ubicia
zwierza.
— No! Teraz, ubij! Pomyślał sam do siebie
i mimowolnie, jakby na przekór temu, który złapał go za rękę, jego palce
puściły cięciwę. W powietrzu rozległ się świst i strzała utkwiła w
szyi sarny, która po chwili zaskoczenia i nieoczekiwanego bólu upadła na
ziemię.
— Dobrze – odezwał się ze smutkiem
nieznajomy. Jego głos brzmiał jak grzmot Peruna. – Radzisz sobie coraz
lepiej Samborze. Lecz tak naprawdę nie wiesz, co czynisz. Ubijanie zwierzyny
nie znaczy, żeś zawsze samą gadzinę utłukł. W wielu z nich mieszkają
dusze ludzi. Ludzi za żywota niezwykłych.
— Skądże wiesz, kto ja? – Zapytał
zaskoczony, nie zważając specjalnie na to, co mówił nieznajomy.
— Obserwuję cię od jakiegoś czasu.
Właściwie od zawsze. – Odezwał się nieznajomy. – A to dlatego, że
nasze losy w dziwny sposób bogowie złączyli. Obaj cierpieliśmy w tym samym
czasie i nasze żywoty spleść się odtąd mają.
Sambor odwrócił się niepewnie. Słowa
mężczyzny, który wydawał się znać go bardzo dobrze, zaciekawiły go teraz.
Ujrzał przed sobą człowieka starszego, o posturze niedźwiedzia. Głowę,
osadzoną na byczym karku pokrywały przyprószone siwizną długie włosy.
Białe zęby połyskiwały niczym u wilka. Chłodne źrenice przybysza zdawały
się świdrować oczy Sambora i zapewne dostrzegły to, co się na ich dnie
kryło. W spojrzeniu ludzkim bowiem niczego ukryć się nie da. Mężczyzna
uśmiechał się, jednak wyraz jego twarzy bardziej przypominał pysk
nietoperza. Był to uśmiech kogoś, kto w każdej chwili może wyssać krew.
— Kimże jesteś? Mów! – Zapytał Sambor
rozkazująco, mierząc przeciwnika swymi błękitno żółtymi oczami. W duchu
zastanawiając się, jak by go tu zaatakować.
— Jestem Bolebor, pan na tym lesie –
odparł. Po jego twarzy martwy uśmiech przeleciał niby wiatr. Błyskawicznym
ciosem zdzielił Sambora w twarz tak, że ten upadł. Oniemiały z zaskoczenia
młodzieniec zaharczał tylko i splunął krwią.
— A to nie dlatego, że chciałeś mnie
zaatakować, jeno rozkazywać. Sambor leżał na ziemi, trzymając się za
głowę. Nie był pewien, co się tak właściwie stało.
— Licho z tobą – zaklął, a oczy
zapłonęły mu na krótką chwilę nienawiścią która zgasła gdy tylko
napotkała lodowate i przeszywające spojrzenie przeciwnika.
Bolebor roześmiał się rubasznie podając
chłopcu rękę. Ten bowiem nie mógł się otrząsnąć po uderzeniu i miał
kłopoty z równowagą. Nie czuł jednak złości tylko bezsilność. Chwycił
dłoń Bolebora i wstał, chociaż nadal czuł w głowie szum. Jakby go koń
kopnął.
— Nie źlij się – odparł – po prostu
dałem ci nauczkę. Poza tym polujesz na mojej ziemi i miałbym powód, żeby
cię zatłuc, o nic nie pytając.
— Wybacz, ale nie jesteś przecież Celtem, a
tylko oni każą się w tych stronach wołać panami. Dawno już ich tu nie
widziano, więc sobie poluję, gdzie chcę.
— Celtowie są teraz zajęci własnymi
sprawami. – Odparł Bolebor podając Samborowi chustę, aby otarł cieknącą
z nosa krew. – Poszczególni dowódcy walczą ze sobą o władzę nad
Nadrzeczem i borami. Żaden nie może uzyskać przewagi. Dlatego dali spokój
Antom. Wiedzą bowiem, że z nich strachliwy lud i że nie muszą się z ich
strony niczego obawiać. Pójdź za mną! – Bolebor wskazał ręką w
kierunku swej chaty. – Pomieszkuję tu blisko, musisz się gdzieś
wywczasować, a do chaty masz sporo drogi. Tylko wpierw zabierz swoją
zdobycz!
Sambor podszedł do sarny i przyklęknął,
aby wyjąć strzałę. Zwierzę jeszcze dychało. Podniosło łeb i spojrzało
chłopcu głęboko w oczy. Młodzieńcowi przez chwilę zdawało się, że to
ten sam wzrok, który towarzyszył mu od najmłodszych lat i strzegł go od
wszelkich niebezpieczeństw. Teraz z oczu zwierzęcia płynęły łzy, które
po chwili zgasiły na zawsze płomień życia. Sambora coś tknęło, jednak
Bolebor pogonił go i chłopiec zwinnie zarzucił martwą sarnę na plecy.
Komentarze 2 z 2
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Dobry film ...Polski No! Proza na poziomie literata. Fabuła jak z bardzo dobrego filmu, ale tu uwaga - polskiego filmu. Co by nie było, nieźle. Nie wiem czy warto tu wymieniać czego brakowało, powiem tylko, że długość tekstu potęgowała te braki. Osobiście nie lubię czytać, stąd tekst musi być naprawdę dobry by wzbudzić mój podziw gdy długi. Ten nie wzbudził, ale czuć potencjał. Jakby przysiąść i poszperać w materiałach... . A może dostaliśmy tu tylko jakiś tekstowy odpad bardzo dobrego autora, co? Do innych autorów, za Anną - warto przeczytać.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.




Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:47
Długie, ale warto przeczytać Potknięć ciut było, naturalnie, ale czytało się przyjemnie. Po tytule spodziewałam się, że cały tekst będzie o wiedźmie, a tu zaskoczenie: głównym bohaterem jest w sumie ktoś inny.
No i cały czas nie wiem, czy Samo to TEN od Państwa Samona.
Wciągnęło mnie i nie było za bardzo przewidywalne - podobało mi się.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu