Wróżbicha

Sławomir Zieliński publikacja 16 Październik 2008, 16:52 Poprawki 19 Listopad 2009, 22:13 Gatunek W blasku ognia, stwory i bohatery Czytano 10206 razy
2 głosy
Spis treści utworu
Wróżbicha
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10

***
Bolebor przeżył. Wisiał w objęciach drzewa, przywiązany powrozami. Stracił przytomność spędzając w objęciach konaru całą noc. Nikt się o niego nie upomniał.
Więc miałem tu szczeznąć… – zmiarkował, gdy o świcie odzyskał przytomność – zostawili mnie tchórze, bojąc się stanąć do walki, dlatego ześlę im wszystkim pomstę! – Ostatnie słowa Bolebor wypowiedział z taką nienawiścią, że wszystkie ptaki, które siedziały na pobliskich gałęziach, poderwały się nagle do lotu. Postanowił się uwolnić. Zaczął trzeć sznurem o drzewo, tam i z powrotem. Coraz szybciej. Po chwili więzy przetarły się i był wolny. Wolny, ale bez nikogo. Został sam. I sam musiał odtąd sobie radzić. Między nim a światem stanął niewidzialny mur, który miał runąć dopiero wiele lat później.
— Lubię las – pomyślał – był zawsze moim drugim domem. Dlatego zamieszkam tu i wyłapię te łachudry pojedynczo albo wszystkich razem. I na Peruna, odpłacę im za zniewagę i tchórzostwo. Wszystkich wykończę! A ojca na końcu! Las musi mieć swojego pana. I ja się nim ostanę!
To była jego ostatnia myśl. W tej samej chwili runął całym ciałem na ziemię a oczy przesłoniła mu mroczna otchłań.
Znalazła go Wróżbicha, wykrwawionego i słabującego. Mrok zalegał już dookoła postanowiła więc zabrać go do chaty. Kosztowało ją to wiele sił, gdyż Bolebor mężczyzną był tęgim a starucha z biegiem lat coraz mniej sił do życia miała.
— Oj urządzili cię urządzili – powtarzała sobie po cichu stękając i sapiąc. – Nie dam ci ja rady, trza cię zbudzić. Wyjęła ze skórzanego woreczka jakiś proszek i podsunęła rannemu pod nos. Po chwili zaczął coś niezrozumiale szeptać. Doszedł do siebie i stanął na nogi.
— A, to ty starucho. Czegóż ode mnie chcesz? – Zapytał chwiejąc się nieznacznie.
— Od ciebie nic. – Rzuciła krótko Wróżbicha. – Jeno pewnikiem ty byś beze mnie tam sczezł pod tym drzewem oj sczezł.
— Nic ci do tego, taki widać los mój.
— Cóż ty o losie swoim wiedzieć możesz? – Zaśmiała się stara skrzekliwie. – Wróżem jakim jesteś czy kim? Chodź ze mną jeśli ci żywot miły, bo ci rany opatrzyć trza. Ale jeśli ducha wyzionąć tu chcesz, to już twoja rzecz.
Po tych słowach odwróciła się i bez słowa ruszyła naprzód. Bolebor wahał się przez chwilę, jednak doszedł do wniosku, że niewiele ma do stracenia. Ruszył powoli za Wróżbichą. Samotna noc w lesie wydała mu się niebezpieczna, a że krwawił nadal to i wąpierze pewnikiem by go dopadły i wszystko zeń wyssały. Było już ciemno, gdy dotarli do chaty na skraju rzeki. Stara przez całą drogę nic nie mówiła, znać jednak było, że i ona chodząc nocami po kniei, nie czuła się pewnie. Gdy weszli do chaty wskazała Boleborowi posłanie a ten zwalił się na nie jak długi, zapadając w kamienny sen. Stara roznieciła ogień na palenisku i wybrała zioła potrzebne do opatrzenia ran. Wymieszała je po swojemu, splunęła kilka razy, po czym zamieszała wszystko tworząc coś w rodzaju rzadkiej, zielonkawej papki. Podeszła do śpiącego i delikatnie odkleiła porwaną i przyschniętą do ran szatę.
— Oj nie miłowali cię oni tam, oj nie – powiedziała do siebie i zaczęła nakładać maść na plecy śpiącego. Kiwała się przy tym delikatnie w przód i w tył, wdychając woń ziół, która roznosiła się po izbie. Kot mruczał cicho przyglądając się uważnie nieznajomemu.
— Tak tak… kocie – powiedziała stara. – Wet na nim wzięli jego współplemieńcy. Szczęście miał, żem go w lesie znalazła, wiem że miał. A tak, dobrze prawisz. Pewnikiem by go wąpierze pokąsały.
Kot wskoczył na barłóg i położył się obok głowy Bolebora. Patrzył teraz uważnie w oczy starej. I ona utkwiła swój wzrok w ciemnych jak noc ślepiach zwierzęcia, jakby szukając w nich mądrości
Podeszła do niemowlaka, który we śnie machał zaciśniętymi rączkami. Wyglądało, jakby się przed czymś bronił. Zawsze gdy wychodziła na dłużej, dawała małemu wywar z ziół, aby spał spokojnie.
— Oj tak mały oj tak – rzekła ze smutkiem w głosie starucha. – Będą cię dopadać zmory i we śnie oj we śnie. Cóż poczniesz? Nie będziesz ty miał łatwego życia oj nie. Ale ja cię będę strzegła, gdziekolwiek będziesz.

***
Poraniony Bolebor spał trzy dni. Kobieta przyglądała mu się uważnie. Silne i szerokie ramiona, żylaste dłonie, słuszny wzrost. Rysy twarzy niby proste i wyraziste, jednak rozsądek zdradzające.
— Tak kocie, silny on i rozważny. Zaopiekuje się kiedyś naszą znajdą przeto i ty masz go strzec w lesie! Ale los ich obu ciemnością spowity i daleko wejrzeć weń nie potrafię.
Kot zamruczał ocierając się o starą.
Czwartego dnia rano Bolebor przebudził się z wilczym głodem. Stara dała mu jednak wpierw wywar z ziół do wypicia, aby ból ukoić i żołądek rozepchać. Rany bowiem głębokie były i jeszcze jątrzyły. Został w chacie jeszcze kilka dni. Gdy wreszcie zaczął zbierać się do odejścia, kobieta zapytała:
— A dokąd ty pójdziesz?
Bolebor uniósł się z trudem z posłania i stęknął z bólu, jednak nie chciał dać znać po sobie, że chętnie by jeszcze się u starej wczasował.
— Ano w las.
— Las wielki i nieprzebyty, czemuż ty byś miał w nim swoje miejsce odnaleźć?
— Nie martwcie się o mnie kobieto. Podzięki wam składam za opiekę i jak będę mógł, to się odpłacę. Ale nie przystoi mężczyźnie pomocy wiedźmy nadużywać.
Stara spojrzała najpierw na Bolebora, następnie na śpiącego Sambora i westchnęła:
— Widzisz to dziecię?
— Jużci że tak. Po ślepiach mnie batem nie smagali, choć – mężczyzna dotykał delikatnie dłonią ran na plecach – jego w tym zasługa niemała.
— Jak dorośnie, pomocy będzie potrzebował. Bo ja stara i słabować zaczynam. Przyrzeknij mi przeto, że jako odpłatę czuwać nad nim będziesz! Człek jesteś silny i mądry, nadajesz się do tego.
Bolebor zawahał się. Nic do czynienia ze znajdami niczyimi mieć nie chciał. Podrapał się po zmierzwionych włosach.
— Przyrzeknij! – Nalegała Wróżbicha stanowczo.
— Przyrzekam! – Odparł po namyśle.

***

Minęło wiele wiosen. Sambor rósł w siłę, stając się dorodnym młodzieńcem, którego celtycka uroda w połączeniu z nieokiełznanym i trudnym charakterem czyniły zeń przedmiot zarówno uwielbienia, jak i zmartwienia Wróżbichy. Starała się wydobyć z niego to, co najlepsze i wychować na dobrego człowieka, jednak chłopiec od najmłodszych lat przejawiał skłonność ku niewytłumaczonemu okrucieństwu. Dobroć mieszała się w nim z niewyjaśnioną skłonnością ku czynieniu zła. I stara nie mogła na to nic zaradzić. Teraz, u kresu swego życia siedziała w chacie przed ogniem. Obok niej wygrzewał się kocur.
— Tak kocie, masz rację – odparła ledwo słyszalnym głosem, który wydobywał się z trudem z umęczonego wiekiem i smutkiem ciała. – Sambor rośnie w siłę żywo. Jakby czerpał ją z nas. Im jest mocniejszy i silniejszy, tym my jesteśmy słabsi. Wysysa z nas życie. Daję mu to, co miałam i mam najlepszego. Wiedzę, mądrość, skrywane tajemnice. A on wie, co z nimi robić. Tylko czy wykorzysta to w dobrym celu?
— Tak tak kocie – szepnęła. – On jest inny. Nie wiemy, czy zapanowaliśmy nad złem, które w nim tkwi. Ale pamiętaj – pokiwała groźnie palcem– masz mu zawsze pomagać!
— Gdzież on teraz jest ten mój Sambor? – Rozmarzyła się. – A tak kocie, nasz, oj nasz. Zwierz zamiauczał przeciągle, dając do zrozumienia, że życie ich obojga ostatnimi laty należało do chłopca.

***

Sambor polował w borze. Miał już siedemnaście wiosen, wedle rachuby matki, jak zwykł ją nazywać. Tym razem wyprawił się naprawdę daleko. Tak daleko od chaty Wróżbichy jeszcze nie polował. Nie odczuwał jednak strachu, bowiem siła fizyczna, oraz umiejętność przetrwania w lesie dawały mu poczucie pewności. Poza tym całkiem nieźle strzelał i władał mieczem, jakkolwiek nie miał wprawy w boju. Rzadko spotykał kogoś w borach. Najczęściej byli to zagubieni wędrowni kupcy albo banici. Tych ostatnich nigdy nie omieszkał wyzwać do walki, korzystając z nadarzającej się okazji, aby poprawić swoje umiejętności. Potem, wiedziony wewnętrznym, złowrogim szeptem płynącym z najmroczniejszych otchłani jego serca, znęcał się nad pokonanym przeciwnikiem. Czerpał z tego nieskrywaną rozkosz. Później było mu w głębi duszy żal tego, co zrobił, jednak każda kolejna ofiara kończyła żywot w ten sam sposób.
Mierzył z łuku do sarny. Już miał wypuścić grot w kierunku pasącego się spokojnie zwierzęcia, gdy poczuł na ramieniu ciężką dłoń. Zamarł w bezruchu. Ktoś najwidoczniej chciał go powstrzymać, jednak Sambor nie zamierzał przepuścić okazji do ubicia zwierza.
— No! Teraz, ubij! Pomyślał sam do siebie i mimowolnie, jakby na przekór temu, który złapał go za rękę, jego palce puściły cięciwę. W powietrzu rozległ się świst i strzała utkwiła w szyi sarny, która po chwili zaskoczenia i nieoczekiwanego bólu upadła na ziemię.
— Dobrze – odezwał się ze smutkiem nieznajomy. Jego głos brzmiał jak grzmot Peruna. – Radzisz sobie coraz lepiej Samborze. Lecz tak naprawdę nie wiesz, co czynisz. Ubijanie zwierzyny nie znaczy, żeś zawsze samą gadzinę utłukł. W wielu z nich mieszkają dusze ludzi. Ludzi za żywota niezwykłych.
— Skądże wiesz, kto ja? – Zapytał zaskoczony, nie zważając specjalnie na to, co mówił nieznajomy.
— Obserwuję cię od jakiegoś czasu. Właściwie od zawsze. – Odezwał się nieznajomy. – A to dlatego, że nasze losy w dziwny sposób bogowie złączyli. Obaj cierpieliśmy w tym samym czasie i nasze żywoty spleść się odtąd mają.
Sambor odwrócił się niepewnie. Słowa mężczyzny, który wydawał się znać go bardzo dobrze, zaciekawiły go teraz. Ujrzał przed sobą człowieka starszego, o posturze niedźwiedzia. Głowę, osadzoną na byczym karku pokrywały przyprószone siwizną długie włosy. Białe zęby połyskiwały niczym u wilka. Chłodne źrenice przybysza zdawały się świdrować oczy Sambora i zapewne dostrzegły to, co się na ich dnie kryło. W spojrzeniu ludzkim bowiem niczego ukryć się nie da. Mężczyzna uśmiechał się, jednak wyraz jego twarzy bardziej przypominał pysk nietoperza. Był to uśmiech kogoś, kto w każdej chwili może wyssać krew.
— Kimże jesteś? Mów! – Zapytał Sambor rozkazująco, mierząc przeciwnika swymi błękitno żółtymi oczami. W duchu zastanawiając się, jak by go tu zaatakować.
— Jestem Bolebor, pan na tym lesie – odparł. Po jego twarzy martwy uśmiech przeleciał niby wiatr. Błyskawicznym ciosem zdzielił Sambora w twarz tak, że ten upadł. Oniemiały z zaskoczenia młodzieniec zaharczał tylko i splunął krwią.
— A to nie dlatego, że chciałeś mnie zaatakować, jeno rozkazywać. Sambor leżał na ziemi, trzymając się za głowę. Nie był pewien, co się tak właściwie stało.
— Licho z tobą – zaklął, a oczy zapłonęły mu na krótką chwilę nienawiścią która zgasła gdy tylko napotkała lodowate i przeszywające spojrzenie przeciwnika.
Bolebor roześmiał się rubasznie podając chłopcu rękę. Ten bowiem nie mógł się otrząsnąć po uderzeniu i miał kłopoty z równowagą. Nie czuł jednak złości tylko bezsilność. Chwycił dłoń Bolebora i wstał, chociaż nadal czuł w głowie szum. Jakby go koń kopnął.
— Nie źlij się – odparł – po prostu dałem ci nauczkę. Poza tym polujesz na mojej ziemi i miałbym powód, żeby cię zatłuc, o nic nie pytając.
— Wybacz, ale nie jesteś przecież Celtem, a tylko oni każą się w tych stronach wołać panami. Dawno już ich tu nie widziano, więc sobie poluję, gdzie chcę.
— Celtowie są teraz zajęci własnymi sprawami. – Odparł Bolebor podając Samborowi chustę, aby otarł cieknącą z nosa krew. – Poszczególni dowódcy walczą ze sobą o władzę nad Nadrzeczem i borami. Żaden nie może uzyskać przewagi. Dlatego dali spokój Antom. Wiedzą bowiem, że z nich strachliwy lud i że nie muszą się z ich strony niczego obawiać. Pójdź za mną! – Bolebor wskazał ręką w kierunku swej chaty. – Pomieszkuję tu blisko, musisz się gdzieś wywczasować, a do chaty masz sporo drogi. Tylko wpierw zabierz swoją zdobycz!
Sambor podszedł do sarny i przyklęknął, aby wyjąć strzałę. Zwierzę jeszcze dychało. Podniosło łeb i spojrzało chłopcu głęboko w oczy. Młodzieńcowi przez chwilę zdawało się, że to ten sam wzrok, który towarzyszył mu od najmłodszych lat i strzegł go od wszelkich niebezpieczeństw. Teraz z oczu zwierzęcia płynęły łzy, które po chwili zgasiły na zawsze płomień życia. Sambora coś tknęło, jednak Bolebor pogonił go i chłopiec zwinnie zarzucił martwą sarnę na plecy.



Komentarze 2 z 2 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:47

Długie, ale warto przeczytać Potknięć ciut było, naturalnie, ale czytało się przyjemnie. Po tytule spodziewałam się, że cały tekst będzie o wiedźmie, a tu zaskoczenie: głównym bohaterem jest w sumie ktoś inny. :) 
No i cały czas nie wiem, czy Samo to TEN od Państwa Samona. :) 
Wciągnęło mnie i nie było za bardzo przewidywalne - podobało mi się. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Bartosz Kowa
16 Listopad 2009, 06:36

Dobry film ...Polski No! Proza na poziomie literata. Fabuła jak z bardzo dobrego filmu, ale tu uwaga - polskiego filmu. Co by nie było, nieźle. Nie wiem czy warto tu wymieniać czego brakowało, powiem tylko, że długość tekstu potęgowała te braki. Osobiście nie lubię czytać, stąd tekst musi być naprawdę dobry by wzbudzić mój podziw gdy długi. Ten nie wzbudził, ale czuć potencjał. Jakby przysiąść i poszperać w materiałach... . A może dostaliśmy tu tylko jakiś tekstowy odpad bardzo dobrego autora, co? Do innych autorów, za Anną - warto przeczytać.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Losowy tytuł - loteria nieocenionych przez Ciebie. Oceniaj i korzystaj z funkcji do odszukiwania nieczytanych opowieści.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi