Wróżbicha

Sławomir Zieliński publikacja 16 Październik 2008, 16:52 Poprawki 19 Listopad 2009, 22:13 Gatunek W blasku ognia, stwory i bohatery Czytano 10306 razy
2 głosy
Spis treści utworu
Wróżbicha
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10

***

– Cóż miały znaczyć twoje słowa? – Zapytał Sambor, idąc zwinnie przodem. Czuł na plecach przenikliwe spojrzenie Bolebora a utrzymujące się milczenie wyraźnie mu ciążyło.
— Mówisz o tym, że zważałem na cię, czy też o wspólnocie naszych losów?
— O jednym i drugim – odparł Sambor. – Nie wiem tylko, dlaczego miałbyś mnie obserwować i po co? Jestem tylko zwykłą znajdą, wychowaną przez wiedźmę i jej kocura. A jeślim zawinił polując na twojej ziemi, z czym się całkowicie nie zgadzam, gdyż las do nikogo należeć nie może, to wyznacz karę albo okup i wypuść mnie wolnym. No…chyba, że chcesz się….
— Zmierzyć? – Zapytał ze śmiechem Bolebor jakby czytając w myślach chłopaka. – Jeszcze chcesz się ze mną mocować? Za delikatnie cię pogłaskałem?
— Zrobiłeś to przez zaskoczenie! – Odparł urażony Sambor. – Drugi raz ci się nie uda!
— Ależ proszę bardzo! – roześmiał się odpinając pas z mieczem i rzucając go daleko od siebie – weź swoją broń i zaatakuj mnie! No już!
Sambor, nieco zdezorientowany nagłym wyzwaniem, jak również tym, że Bolebor wyzbył się broni, zrzucił sarnę na ziemię. Wyjął szybko swój miecz, niegdyś podarowany mu przez Wróżbichę, i zamachnął się mocno na przeciwnika. Ostrze błysnęło w zamaszystym cięciu Sambora, jednak Bolebor zrobił prawie niewidoczny ruch w bok. Tnący pustkę miecz młodzieńca wbił się głęboko w ziemię, zaś jego właściciel tracąc równowagę i otrzymując potężnego kopniaka w tyłek, upadł twarzą na ziemię.
— Widzę, że stara podarowała ci miecz Nodbora – powiedział z politowaniem Bolebor. – Musisz zatem udowodnić, iż jesteś godzien władać nim. Udowodnij zatem, że tak jest!
Sambor, ponownie upokorzony i jeszcze bardziej wściekły, poderwał się na równe nogi i rzucił na przeciwnika ze zdwojoną furią. Jednak i tym razem jego miecz chybił celu, a w dodatku utkwił głęboko w pniu dębu. Gdy zaciekle mocował się, aby uwolnić broń, poczuł na szyi żelazny uścisk dłoni. Palce zdusiły kark niczym żelazne kleszcze, przed oczami pociemniało. Stracił przytomność i odzyskał ją dopiero w chacie.
Z zamyślenia wyrwał go odgłos zbliżających się, ciężkich i miarowych kroków.
— Czy to nie niezwykłe, że ogień dopiero w ciemności zdradza swoją naturę, a zawsze jest tak samo niebezpieczny? – Zapytał Bolebor wchodząc do chaty. – Widzę, że już się ocknąłeś. Jak głowa? I duma? – Zapytał z uśmiechem na ustach.
Sambor przez chwilę wodził czujnym wzrokiem za gospodarzem, który krzątał się koło strawy.
— Ale nie wszystko, co nas rani, musi być złe – odparł zrezygnowany Sambor. – Ile o mnie wiesz?
— Wszystko, czyli dużo więcej, niż ty sam – odparł, dokładając drwa do ognia. – A stara nie powiedziała ci wszystkiego, bo nie mogła. Tak było lepiej dla ciebie. Dla niej zresztą też. Tedy i ja ci nic prawić nie zamierzam, skoro stara mądrzejsza a milczała.
— Kim był Nodbor? – Zagadnął mrukliwie Sambor, nie chcąc dać poznać, że pali go ciekawość.
— A jednak pamięć cię nie zawodzi – odparł rozweselony – i może nie poderżniesz mi z zawiści w nocy gardła. Nodbor, którego imię znaczy „ten, który najlepiej walczy”, dawno temu był wielkim wojem i naczelnikiem naszej wioski. Jako pierwszy z naszego plemienia odważył się stawić czoła w boju Celtom i pokonał ich. Teraz prawie nikt już tego nie pamięta. Zwłaszcza te tchórze, które teraz zamieszkują wioski Antów. – Ostatnie słowa wycedził przez zaciśnięte zęby, co nie uszło uwadze młodzieńca. – Oni tacy pokojowo nastawieni do wszelkiego losu, który ich spotyka….i godzą się ze wszystkim. Ale wracając do Nodbora – powiedział zasępiony Bolebor – po swoim zwycięstwie mógł całkowicie zgładzić Celtów i uwolnić nas od ich sąsiedztwa. Raz na zawsze.
— Co mu w tym przeszkodziło?
— Jako zwykle bywa… kobieta. Kiedy schwytał w boju kniazia Celtów, a następnie wziął go w niewolę, przyszła się o niego upomnieć jego córka. A że jej uroda była, hmm – zamyślił się Bolebor, szukając odpowiednich słów, aby uzmysłowić młodzieńcowi coś, o czym ten pewnie nie miał jeszcze pojęcia – porażająca, niczym ogień niebieski, tedy zakochał się w niej i nie tylko wypuścił kniazia, ale zawarł pokój na równych warunkach. Oczywiście małżeństwo z córką Celta, którą zwali Awenydd1, miało zagwarantować spokój. No i zagwarantowało. Jednak na krótko.
— Cóż się takiego stało, i przede wszystkim, dlaczego mi to mówisz? Czyżby to miało jakiś związek z Wróżbichą i ze mną?
Daj dokończyć – powiedział z uśmiechem Bolebor. – Otóż Nodbor zabrał Awenydd do swojej wioski. Po roku urodziło im się dziecko. Wszyscy byliby szczęśliwi, gdyby nie pewne przypadkowe zdarzenie na wspólnych łowach. Strzała wypuszczona przez Anta zamiast w dzika, trafiła w szyję jednego z wojowników celtyckich. Ci rzucili się z furią na pozostałych Antów i wybili wszystkich. Korzystając z zaskoczenia, nocą napadli na wioskę. Zabili śpiącego Nodbora, domostwa spalili a dziecko zabrali. Awenydd oszczędzili ze względu na to, iż była jedną z nich, jednakże i ją ranili bardzo boleśnie. Broniła bowiem niemowlęcia mężnie i z oddaniem. Po Nodborze pozostał jeno miecz i miniona sława. Awenydd wypędzono, gdyż ci którzy przeżyli, obwinili ją o sprowadzenie na Antów nieszczęścia. Odtąd nikt nie wymawiał jej imienia, a i sama kobieta pewnie do dziś je zapomniała. Teraz jej imię to….
— Wróżbicha? – Przerwał Sambor poruszony opowieścią.
— Tak! Nietrudno się domyślić. Ale to nie jest prawdziwe imię. Imienia wiedźmy lepiej nie wymawiać. One wolą te, których używają ludzie. Przez lata czekała na swoje dziecko. Aż pojawiłeś się ty. I tobie oddała resztę swego życia. Jednak teraz, gdy jej czas dobiega kresu…— urwał, pogrążając się w zadumie.
— Cóż to znaczy, że dobiega kresu!? – Krzyknął Sambor podrywając się na równe nogi. – Czyż ona umiera?
— Jest już bardzo stara i umiera. Idź zatem i pożegnaj się z nią! A potem wróć. Twój los nie zależy już tylko od ciebie a w twoich rękach spoczywa życie wielu.
Sambor wybiegł z chaty i udał się w stronę rzeki. Biegł przed siebie tak prędko jak tylko mógł. Nad ranem wpadł zdyszany do chaty. Rozejrzał się dookoła i na barłogu dostrzegł martwe ciało. Obok leżał kot. Podniósł leniwie łeb i spojrzał na młodzieńca wymownie.
— Mniejsza o to, gdzie byłem – odparł Sambor – od dawna nie dycha?
— Zamknęła oczy przed chwilą, mówisz – powiedział podchodząc do Wróżbichy z ostrożnością i czcią – a zatem czekała na mój powrót. Mówiła co?
Kot zamiauczał przeciągle, po czym nieoczekiwanie wskoczył w płonący na palenisku ogień. Sambora bardzo to zdziwiło, jednak w tej chwili całą swą uwagę mimowolnie skupił na kobiecie. Jej ciało było jeszcze ciepłe. Wydawało się, że śpi i zaraz się przebudzi, aby dać mu ciepłego, koziego mleka. Po policzkach młodzieńca popłynęły łzy. Nie słyszał nawet skwierczącego odgłosu palącej się sierści kota. Nagle dostrzegł w szyi kobiety ranę, niewielką lecz głęboką. Jakby ktoś ugodził ją….strzałą! Teraz przypomniał sobie łzy i smutne spojrzenie sarny.
— Dlatego Bolebor chciał mnie powstrzymać – pomyślał. – On zmiarkował. Jest w końcu panem lasu.
Upadł na kolana i skrył głowę w dłoniach. Płakał rzewnie. Oto odeszła jedyna osoba, która była mu życzliwa. Która go ochroniła i nauczyła, jak przeżyć w borze i między ludźmi. Jedyny człowiek, którego dotąd nie zabił bądź nie pragnął zabić. I jedyny, który mimo całego okrucieństwa, które w nim tkwiło, miłował go uczuciem bezgranicznym.
Gdy ogień strawił całe domostwo, Sambor udał się w drogę powrotną. Nie był pewien, czy powinien tam iść, jednak chęć poznania do końca prawdy o sobie i matuli była silniejsza. Starał się w pamięci odtworzyć drogę, którą podążał, jednak błądził po lesie bezradnie. Upłynął cały dzień i cała noc. A on nadal nie mógł odnaleźć chaty mężczyzny, któremu z chęcią poderżnął by gardło dla samej przyjemności poczucia jego ciepłej posoki. Nagle dosłyszał krzyki.
Skrył się za zwalonym pniem drzewa czujnie obserwując trakt. W oddali, między konarami drzew ujrzał przemykające postaci konnych. Oddział wojowników celtyckich prowadził przed sobą kilkunastu skutych łańcuchami mężczyzn. Pojmanymi byli miejscowi Antowie, którzy starali się pokojowo żyć zarówno z przyrodą, jak i z obcymi najeźdźcami. Ci jednakże nie zawsze trafnie rozpoznawali intencje bogu ducha winnych kmiotków, a od jakiegoś czasu w ogóle nie brali ich pod uwagę. Teraz Sambor poczuł w duszy palącą wściekłość, bowiem Celtowie kojarzyli mu się z jego nieszczęściem. Już miał się na nich rzucić, gdy nagle poczuł na ramieniu ciężką dłoń. Wiedział już, do kogo ona należy.
— Spokojnie – wyszeptał Bolebor. – Jeszcze się zemścisz. Ale nie teraz. Możemy wprawdzie udać się za nimi, lecz we dwójkę nic nie wskóramy a co najwyżej narazimy się na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Nie tylko ty pragniesz zemsty, ja również. I obiecuję ci, spełni się! W jego głosie dźwięczała nuta złości, której źródeł próżno było się Samborowi domyślać.
Uznał jednak słowa Bolebora za dobrą radę. Oddalili się ostrożnie starannie zacierając ślady. Celtowie uchodzili za świetnych tropicieli i zabójców. Gdyby dostrzegli ślady, schwytaliby ich prędko i ubili na miejscu. Wieczorem dotarli do chaty. Zasiedli przed ogniskiem, podając sobie w milczeniu kubek z miodem.
— Smakuje wybornie – powiedział w końcu Sambor, przerywając ciszę. Bolebor był człowiekiem skrytym i nieprzystępnym, wzbraniającym się przed ludźmi. – Co to takiego? Wróżbicha przekazała mi wiedzę o różnych ziołach, grzybach i wywarach. Ale o tym nie wspominała słowem.
— Pewnie z troski. Albo raczej z przezorności. Pijemy sycony miód.
Sambor brał coraz głębsze łyki odczuwając równocześnie narastające odprężenie.
— Co to za przepowiednia? – Zapytał po chwili milczenia.
— Ta, która tyczy się ciebie? To stara, celtycka legenda, którą ich druidzi opowiadają czasami niesfornym władcom. Mówi o tym, że ma się wśród nich pojawić człowiek, zrodzony jedynie z matki, nie mający ziemskiego ojca. Zawładnie wszystkimi Celtami i zaprowadzi wśród nich nowe królestwo. Gdy się urodziłeś, ojciec twój, który był jednym z miejscowych książąt, nie uznał cię. W gniewie postanowił pozbyć się niechcianego dziecka co by jego ród nie został zhańbiony bękartem. Podejrzewał bowiem twoją…prawdziwą matkę o zdradę. Potem, gdy się ciebie pozbył skazując na pewną śmierć, dowiedział się o przepowiedni i postanowił za wszelką cenę cię odnaleźć.
— Czyli jednak ktoś interesował się moim losem? A co z matką?
— Ojciec twój zginął wraz z oddziałem kiedy szukał cię….— Bolebor zawiesił na chwilę głos zastanawiając się, czy wyjawić młodzieńcowi całą prawdę. Uznał jednak, że tego szczegółu póki co mu nie wyjawi. – W borach. Matka zaś umarła ze zgryzoty niedługo potem. Ale tak naprawdę począł cię kto inny.
— Kto? – Zapytał z zaciekawieniem Sambor.
— Ponoć demon, którego zwą zmorą, czasem też kikimorą.
— Cóż to za demon? – Sambor przeczuwał, że zło i gniew, które się w nim kotłują, nie mogą od ludzi pochodzić. Że źródłem jego słabości nie może być on sam.
— To dusza, która należy do władcy ciemności. Kikimory pod postacią młodzieńców czasem nachodzą kobiety we śnie i płodzą z nimi….— tu urwał, nie chciał bowiem drażnić chłopca.
— Bękarty? – Dokończył Sambor.
Bolebor westchnął upijając miodu.
— Dlatego tyle jest w tobie zła i sprzeczności, z którymi sobie nie radzisz. Ale najgorsze jest to, że czeka cię walka z tym, do którego należy twoja dusza. On się o nią upomni, już niedługo. I będziesz musiał wiedzieć, jak mu się oprzeć.
— Czy wierzysz w to? – Zapytał Sambor.
— W przepowiednię? To celtyckie legendy, a my Antowie mamy własne, podobnie jak i bogów. Ale kikimora…jeśliś po prawdzie jej dzieckiem… – zamyślił się Bolebor. – Skądże się dowiesz lepiej, jeśli nie od samej zmory? Tedy może lepiej, jak sam do niej pójdziesz.
— Sam?! – Krzyknął młodzieniec. – Jak mam ją zmusić, żeby mi prawdę powiedziała? Jak mam ją przekonać do powiedzenia mi czegokolwiek i głowę cało unieść?
— O życie się tak bardzo nie lękaj. Nie zabije cię, jeśli ma co do ciebie plany. Przynajmniej nie od razu. A nawet jeśli, to może ulży tobie i innym zbędnego cierpienia. Niedaleko stąd jest cmentarzysko. Nocami kikimory błąkają się między kamiennymi grobami i czekają na głos swego pana. Tam bowiem on przemawia do nich poprzez dusze zmarłych. A wierz mi, że należą one do najgorszych łotrów, jakie ziemia nosiła!
— A skąd tam kamienne groby i te łotry?
— Kamienie stawiano na mogile, aby tak przygnieść zmarłego do ziemi, aby jego dusza nie była w stanie podnieść się. I im większy kamień, tym większego nikczemnika pod sobą więzi.
— Pójdę….— szepnął niezdecydowanie Sambor – …jutro.
— Rzeka blisko, jeno odwaga daleko, by się utopić! – Uśmiechnął się Bolebor.
Chłopiec spojrzał na niego bez zrozumienia wzruszając ramionami.
— Tak tu mawiamy, gdy kto dzielny, jeno nie wie, jak odwagi dokazać.
— Miarkuję – kiwnął głową. – Ale zdaje się, że i wam na tej odwadze nie zbytkuje.
— Odwaga? – Twarz Bolebora wykrzywił grymas ledwie dostrzegalnego uśmiechu. – Nie, tu nie o nią idzie. Brak nam tylko własnego przywódcy, który poprowadzi nas do całkowitego zrzucenia jarzma niewoli.
— Dlaczego nie wybierzecie spośród siebie diuka?
Pytanie rozbawiło go.
— Tutaj każdy diukiem w swej zagrodzie!
— Jakże to być może?
— U nas każdy przekonany, że wolny jest i ma równe prawo do decydowania o losie plemienia. Dlatego nie ma żadnej zgodności i zdecydowania. Wiecznie tylko wiece, na których kłótnie i wrzaski przesłaniają prawdziwe kłopoty i niebezpieczeństwa. Zbiorą się woje z wioski i wiec. Zbiorą się woje z kilku wiosek czy przysiółków i zgadnij co? Wiec! A na nim jeszcze większe kłótnie, bo każdemu o co innego idzie. I byle chłopina, co to ledwo wychudłą kozę i babę z gromadą smarkaczy ma, wykrzykuje, jaki to on mądry. Ot, i nigdy nie wiadomo, co czynić.
— Ludzie tego nie widzą?
— Wiesz – zastanowił się Bolebor – może i są tacy, którzy to widzą, ale większości wydaje się, że jednak są dzięki temu prawu wolni. A prawda jest taka, że dopóki będą najedzeni, dopóki będą mieli dach nad głową i miód pod ręką, dopóty pozostaną wrogami prawdziwej wolności.
— Każdy ma taką, jakiej chce i na jaką zasłuży. – Odparł Sambor. – My Celtowie, czujemy się wolni, ponieważ nie żyjemy w strachu. Nawet, jeśli każdy ma nad sobą diuka, któremu winien posłuszeństwo na wojnie, to jednak odwaga wypełniająca nasze serca czyni nas takimi.
— Widzę, że się rozumiemy. Wiesz, daleko na zachód żyją obce ludy, w języku których nazwa naszych plemion oznacza to samo, co niewolnik.2 Łapią naszych dalekich krewnych i zmuszają do niewolniczej pracy, albo sprzedają Frankom.
— Naucz mnie władać mieczem Nodbora tak, jak on sam nim władał – poderwał się nagle Sambor, jakby duma i odwaga Celta wybuchły w jego sercu ze zdwojoną siłą. Zachwiał się jednak i omal nie upadł na ziemię.
— Póki co połóż się już spać, w tym stanie krzywdę mógłbyś zrobić co najwyżej sobie, albo okolicznym drzewom. – Roześmiał się, po czym odprowadził Sambora do chaty i położył na posłaniu. – Jutro zaczynamy nauki.
— Miarkuję, że nie każdy z tobą pić potrafi zdrowiu nie szkodząc – wybełkotał młodzieniec i usnął mocno.



Komentarze 2 z 2 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:47

Długie, ale warto przeczytać Potknięć ciut było, naturalnie, ale czytało się przyjemnie. Po tytule spodziewałam się, że cały tekst będzie o wiedźmie, a tu zaskoczenie: głównym bohaterem jest w sumie ktoś inny. :) 
No i cały czas nie wiem, czy Samo to TEN od Państwa Samona. :) 
Wciągnęło mnie i nie było za bardzo przewidywalne - podobało mi się. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Bartosz Kowa
16 Listopad 2009, 06:36

Dobry film ...Polski No! Proza na poziomie literata. Fabuła jak z bardzo dobrego filmu, ale tu uwaga - polskiego filmu. Co by nie było, nieźle. Nie wiem czy warto tu wymieniać czego brakowało, powiem tylko, że długość tekstu potęgowała te braki. Osobiście nie lubię czytać, stąd tekst musi być naprawdę dobry by wzbudzić mój podziw gdy długi. Ten nie wzbudził, ale czuć potencjał. Jakby przysiąść i poszperać w materiałach... . A może dostaliśmy tu tylko jakiś tekstowy odpad bardzo dobrego autora, co? Do innych autorów, za Anną - warto przeczytać.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Źle czytać z monitora? - drukuj pobrane nowele PDF. Zaglądaj do ulubionej treści on-line, może być poprawiana lub rozwijana.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi