Wróżbicha
2 głosy
| Spis treści utworu |
|---|
| Wróżbicha |
| Strona 2 |
| Strona 3 |
| Strona 4 |
| Strona 5 |
| Strona 6 |
| Strona 7 |
| Strona 8 |
| Strona 9 |
| Strona 10 |
***
– Cóż miały znaczyć twoje słowa? – Zapytał Sambor, idąc zwinnie
przodem. Czuł na plecach przenikliwe spojrzenie Bolebora a utrzymujące się
milczenie wyraźnie mu ciążyło.
— Mówisz o tym, że zważałem na cię, czy
też o wspólnocie naszych losów?
— O jednym i drugim – odparł
Sambor. – Nie wiem tylko, dlaczego miałbyś mnie obserwować i po co?
Jestem tylko zwykłą znajdą, wychowaną przez wiedźmę i jej kocura.
A jeślim zawinił polując na twojej ziemi, z czym się całkowicie nie
zgadzam, gdyż las do nikogo należeć nie może, to wyznacz karę albo okup
i wypuść mnie wolnym. No…chyba, że chcesz się….
— Zmierzyć? – Zapytał ze śmiechem
Bolebor jakby czytając w myślach chłopaka. – Jeszcze chcesz się ze mną
mocować? Za delikatnie cię pogłaskałem?
— Zrobiłeś to przez zaskoczenie! –
Odparł urażony Sambor. – Drugi raz ci się nie uda!
— Ależ proszę bardzo! – roześmiał się
odpinając pas z mieczem i rzucając go daleko od siebie – weź swoją
broń i zaatakuj mnie! No już!
Sambor, nieco zdezorientowany nagłym
wyzwaniem, jak również tym, że Bolebor wyzbył się broni, zrzucił sarnę na
ziemię. Wyjął szybko swój miecz, niegdyś podarowany mu przez Wróżbichę,
i zamachnął się mocno na przeciwnika. Ostrze błysnęło w zamaszystym
cięciu Sambora, jednak Bolebor zrobił prawie niewidoczny ruch w bok. Tnący
pustkę miecz młodzieńca wbił się głęboko w ziemię, zaś jego
właściciel tracąc równowagę i otrzymując potężnego kopniaka w tyłek,
upadł twarzą na ziemię.
— Widzę, że stara podarowała ci miecz
Nodbora – powiedział z politowaniem Bolebor. – Musisz zatem udowodnić,
iż jesteś godzien władać nim. Udowodnij zatem, że tak jest!
Sambor, ponownie upokorzony i jeszcze bardziej
wściekły, poderwał się na równe nogi i rzucił na przeciwnika ze zdwojoną
furią. Jednak i tym razem jego miecz chybił celu, a w dodatku utkwił
głęboko w pniu dębu. Gdy zaciekle mocował się, aby uwolnić broń, poczuł
na szyi żelazny uścisk dłoni. Palce zdusiły kark niczym żelazne kleszcze,
przed oczami pociemniało. Stracił przytomność i odzyskał ją dopiero w
chacie.
Z zamyślenia wyrwał go odgłos
zbliżających się, ciężkich i miarowych kroków.
— Czy to nie niezwykłe, że ogień dopiero w
ciemności zdradza swoją naturę, a zawsze jest tak samo niebezpieczny? –
Zapytał Bolebor wchodząc do chaty. – Widzę, że już się ocknąłeś. Jak
głowa? I duma? – Zapytał z uśmiechem na ustach.
Sambor przez chwilę wodził czujnym wzrokiem
za gospodarzem, który krzątał się koło strawy.
— Ale nie wszystko, co nas rani, musi być
złe – odparł zrezygnowany Sambor. – Ile o mnie wiesz?
— Wszystko, czyli dużo więcej, niż ty
sam – odparł, dokładając drwa do ognia. – A stara nie powiedziała ci
wszystkiego, bo nie mogła. Tak było lepiej dla ciebie. Dla niej zresztą też.
Tedy i ja ci nic prawić nie zamierzam, skoro stara mądrzejsza a milczała.
— Kim był Nodbor? – Zagadnął mrukliwie
Sambor, nie chcąc dać poznać, że pali go ciekawość.
— A jednak pamięć cię nie zawodzi –
odparł rozweselony – i może nie poderżniesz mi z zawiści w nocy
gardła. Nodbor, którego imię znaczy „ten, który najlepiej walczy”, dawno
temu był wielkim wojem i naczelnikiem naszej wioski. Jako pierwszy z naszego
plemienia odważył się stawić czoła w boju Celtom i pokonał ich. Teraz
prawie nikt już tego nie pamięta. Zwłaszcza te tchórze, które teraz
zamieszkują wioski Antów. – Ostatnie słowa wycedził przez zaciśnięte
zęby, co nie uszło uwadze młodzieńca. – Oni tacy pokojowo nastawieni do
wszelkiego losu, który ich spotyka….i godzą się ze wszystkim. Ale
wracając do Nodbora – powiedział zasępiony Bolebor – po swoim
zwycięstwie mógł całkowicie zgładzić Celtów i uwolnić nas od ich
sąsiedztwa. Raz na zawsze.
— Co mu w tym przeszkodziło?
— Jako zwykle bywa… kobieta. Kiedy
schwytał w boju kniazia Celtów, a następnie wziął go w niewolę, przyszła
się o niego upomnieć jego córka. A że jej uroda była, hmm – zamyślił
się Bolebor, szukając odpowiednich słów, aby uzmysłowić młodzieńcowi
coś, o czym ten pewnie nie miał jeszcze pojęcia – porażająca, niczym
ogień niebieski, tedy zakochał się w niej i nie tylko wypuścił kniazia,
ale zawarł pokój na równych warunkach. Oczywiście małżeństwo z córką
Celta, którą zwali Awenydd1, miało zagwarantować spokój. No
i zagwarantowało. Jednak na krótko.
— Cóż się takiego stało, i przede
wszystkim, dlaczego mi to mówisz? Czyżby to miało jakiś związek
z Wróżbichą i ze mną?
Daj dokończyć – powiedział z uśmiechem
Bolebor. – Otóż Nodbor zabrał Awenydd do swojej wioski. Po roku urodziło
im się dziecko. Wszyscy byliby szczęśliwi, gdyby nie pewne przypadkowe
zdarzenie na wspólnych łowach. Strzała wypuszczona przez Anta zamiast w
dzika, trafiła w szyję jednego z wojowników celtyckich. Ci rzucili się
z furią na pozostałych Antów i wybili wszystkich. Korzystając
z zaskoczenia, nocą napadli na wioskę. Zabili śpiącego Nodbora, domostwa
spalili a dziecko zabrali. Awenydd oszczędzili ze względu na to, iż była
jedną z nich, jednakże i ją ranili bardzo boleśnie. Broniła bowiem
niemowlęcia mężnie i z oddaniem. Po Nodborze pozostał jeno miecz
i miniona sława. Awenydd wypędzono, gdyż ci którzy przeżyli, obwinili ją
o sprowadzenie na Antów nieszczęścia. Odtąd nikt nie wymawiał jej imienia,
a i sama kobieta pewnie do dziś je zapomniała. Teraz jej imię to….
— Wróżbicha? – Przerwał Sambor
poruszony opowieścią.
— Tak! Nietrudno się domyślić. Ale to nie
jest prawdziwe imię. Imienia wiedźmy lepiej nie wymawiać. One wolą te,
których używają ludzie. Przez lata czekała na swoje dziecko. Aż pojawiłeś
się ty. I tobie oddała resztę swego życia. Jednak teraz, gdy jej czas
dobiega kresu…— urwał, pogrążając się w zadumie.
— Cóż to znaczy, że dobiega kresu!? –
Krzyknął Sambor podrywając się na równe nogi. – Czyż ona umiera?
— Jest już bardzo stara i umiera. Idź
zatem i pożegnaj się z nią! A potem wróć. Twój los nie zależy już
tylko od ciebie a w twoich rękach spoczywa życie wielu.
Sambor wybiegł z chaty i udał się w
stronę rzeki. Biegł przed siebie tak prędko jak tylko mógł. Nad ranem
wpadł zdyszany do chaty. Rozejrzał się dookoła i na barłogu dostrzegł
martwe ciało. Obok leżał kot. Podniósł leniwie łeb i spojrzał na
młodzieńca wymownie.
— Mniejsza o to, gdzie byłem – odparł
Sambor – od dawna nie dycha?
— Zamknęła oczy przed chwilą, mówisz –
powiedział podchodząc do Wróżbichy z ostrożnością i czcią – a zatem
czekała na mój powrót. Mówiła co?
Kot zamiauczał przeciągle, po czym
nieoczekiwanie wskoczył w płonący na palenisku ogień. Sambora bardzo to
zdziwiło, jednak w tej chwili całą swą uwagę mimowolnie skupił na
kobiecie. Jej ciało było jeszcze ciepłe. Wydawało się, że śpi i zaraz
się przebudzi, aby dać mu ciepłego, koziego mleka. Po policzkach młodzieńca
popłynęły łzy. Nie słyszał nawet skwierczącego odgłosu palącej się
sierści kota. Nagle dostrzegł w szyi kobiety ranę, niewielką lecz
głęboką. Jakby ktoś ugodził ją….strzałą! Teraz przypomniał sobie łzy
i smutne spojrzenie sarny.
— Dlatego Bolebor chciał mnie
powstrzymać – pomyślał. – On zmiarkował. Jest w końcu panem lasu.
Upadł na kolana i skrył głowę w dłoniach.
Płakał rzewnie. Oto odeszła jedyna osoba, która była mu życzliwa. Która
go ochroniła i nauczyła, jak przeżyć w borze i między ludźmi. Jedyny
człowiek, którego dotąd nie zabił bądź nie pragnął zabić. I jedyny,
który mimo całego okrucieństwa, które w nim tkwiło, miłował go uczuciem
bezgranicznym.
Gdy ogień strawił całe domostwo, Sambor
udał się w drogę powrotną. Nie był pewien, czy powinien tam iść, jednak
chęć poznania do końca prawdy o sobie i matuli była silniejsza. Starał
się w pamięci odtworzyć drogę, którą podążał, jednak błądził po
lesie bezradnie. Upłynął cały dzień i cała noc. A on nadal nie mógł
odnaleźć chaty mężczyzny, któremu z chęcią poderżnął by gardło dla
samej przyjemności poczucia jego ciepłej posoki. Nagle dosłyszał krzyki.
Skrył się za zwalonym pniem drzewa czujnie
obserwując trakt. W oddali, między konarami drzew ujrzał przemykające
postaci konnych. Oddział wojowników celtyckich prowadził przed sobą
kilkunastu skutych łańcuchami mężczyzn. Pojmanymi byli miejscowi Antowie,
którzy starali się pokojowo żyć zarówno z przyrodą, jak i z obcymi
najeźdźcami. Ci jednakże nie zawsze trafnie rozpoznawali intencje bogu ducha
winnych kmiotków, a od jakiegoś czasu w ogóle nie brali ich pod uwagę. Teraz
Sambor poczuł w duszy palącą wściekłość, bowiem Celtowie kojarzyli mu
się z jego nieszczęściem. Już miał się na nich rzucić, gdy nagle poczuł
na ramieniu ciężką dłoń. Wiedział już, do kogo ona należy.
— Spokojnie – wyszeptał Bolebor. –
Jeszcze się zemścisz. Ale nie teraz. Możemy wprawdzie udać się za nimi,
lecz we dwójkę nic nie wskóramy a co najwyżej narazimy się na niepotrzebne
niebezpieczeństwo. Nie tylko ty pragniesz zemsty, ja również. I obiecuję
ci, spełni się! W jego głosie dźwięczała nuta złości, której źródeł
próżno było się Samborowi domyślać.
Uznał jednak słowa Bolebora za dobrą radę.
Oddalili się ostrożnie starannie zacierając ślady. Celtowie uchodzili za
świetnych tropicieli i zabójców. Gdyby dostrzegli ślady, schwytaliby ich
prędko i ubili na miejscu. Wieczorem dotarli do chaty. Zasiedli przed
ogniskiem, podając sobie w milczeniu kubek z miodem.
— Smakuje wybornie – powiedział w końcu
Sambor, przerywając ciszę. Bolebor był człowiekiem skrytym
i nieprzystępnym, wzbraniającym się przed ludźmi. – Co to takiego?
Wróżbicha przekazała mi wiedzę o różnych ziołach, grzybach i wywarach.
Ale o tym nie wspominała słowem.
— Pewnie z troski. Albo raczej
z przezorności. Pijemy sycony miód.
Sambor brał coraz głębsze łyki odczuwając
równocześnie narastające odprężenie.
— Co to za przepowiednia? – Zapytał po
chwili milczenia.
— Ta, która tyczy się ciebie? To stara,
celtycka legenda, którą ich druidzi opowiadają czasami niesfornym władcom.
Mówi o tym, że ma się wśród nich pojawić człowiek, zrodzony jedynie
z matki, nie mający ziemskiego ojca. Zawładnie wszystkimi Celtami
i zaprowadzi wśród nich nowe królestwo. Gdy się urodziłeś, ojciec twój,
który był jednym z miejscowych książąt, nie uznał cię. W gniewie
postanowił pozbyć się niechcianego dziecka co by jego ród nie został
zhańbiony bękartem. Podejrzewał bowiem twoją…prawdziwą matkę o zdradę.
Potem, gdy się ciebie pozbył skazując na pewną śmierć, dowiedział się
o przepowiedni i postanowił za wszelką cenę cię odnaleźć.
— Czyli jednak ktoś interesował się moim
losem? A co z matką?
— Ojciec twój zginął wraz z oddziałem
kiedy szukał cię….— Bolebor zawiesił na chwilę głos zastanawiając
się, czy wyjawić młodzieńcowi całą prawdę. Uznał jednak, że tego
szczegółu póki co mu nie wyjawi. – W borach. Matka zaś umarła ze
zgryzoty niedługo potem. Ale tak naprawdę począł cię kto inny.
— Kto? – Zapytał z zaciekawieniem
Sambor.
— Ponoć demon, którego zwą zmorą, czasem
też kikimorą.
— Cóż to za demon? – Sambor przeczuwał,
że zło i gniew, które się w nim kotłują, nie mogą od ludzi pochodzić.
Że źródłem jego słabości nie może być on sam.
— To dusza, która należy do władcy
ciemności. Kikimory pod postacią młodzieńców czasem nachodzą kobiety we
śnie i płodzą z nimi….— tu urwał, nie chciał bowiem drażnić
chłopca.
— Bękarty? – Dokończył Sambor.
Bolebor westchnął upijając miodu.
— Dlatego tyle jest w tobie zła
i sprzeczności, z którymi sobie nie radzisz. Ale najgorsze jest to, że
czeka cię walka z tym, do którego należy twoja dusza. On się o nią
upomni, już niedługo. I będziesz musiał wiedzieć, jak mu się oprzeć.
— Czy wierzysz w to? – Zapytał Sambor.
— W przepowiednię? To celtyckie legendy, a
my Antowie mamy własne, podobnie jak i bogów. Ale kikimora…jeśliś po
prawdzie jej dzieckiem… – zamyślił się Bolebor. – Skądże się
dowiesz lepiej, jeśli nie od samej zmory? Tedy może lepiej, jak sam do niej
pójdziesz.
— Sam?! – Krzyknął młodzieniec. –
Jak mam ją zmusić, żeby mi prawdę powiedziała? Jak mam ją przekonać do
powiedzenia mi czegokolwiek i głowę cało unieść?
— O życie się tak bardzo nie lękaj. Nie
zabije cię, jeśli ma co do ciebie plany. Przynajmniej nie od razu. A nawet
jeśli, to może ulży tobie i innym zbędnego cierpienia. Niedaleko stąd jest
cmentarzysko. Nocami kikimory błąkają się między kamiennymi grobami
i czekają na głos swego pana. Tam bowiem on przemawia do nich poprzez dusze
zmarłych. A wierz mi, że należą one do najgorszych łotrów, jakie ziemia
nosiła!
— A skąd tam kamienne groby i te
łotry?
— Kamienie stawiano na mogile, aby tak
przygnieść zmarłego do ziemi, aby jego dusza nie była w stanie podnieść
się. I im większy kamień, tym większego nikczemnika pod sobą więzi.
— Pójdę….— szepnął niezdecydowanie
Sambor – …jutro.
— Rzeka blisko, jeno odwaga daleko, by się
utopić! – Uśmiechnął się Bolebor.
Chłopiec spojrzał na niego bez zrozumienia
wzruszając ramionami.
— Tak tu mawiamy, gdy kto dzielny, jeno nie
wie, jak odwagi dokazać.
— Miarkuję – kiwnął głową. – Ale
zdaje się, że i wam na tej odwadze nie zbytkuje.
— Odwaga? – Twarz Bolebora wykrzywił
grymas ledwie dostrzegalnego uśmiechu. – Nie, tu nie o nią idzie. Brak nam
tylko własnego przywódcy, który poprowadzi nas do całkowitego zrzucenia
jarzma niewoli.
— Dlaczego nie wybierzecie spośród siebie
diuka?
Pytanie rozbawiło go.
— Tutaj każdy diukiem w swej zagrodzie!
— Jakże to być może?
— U nas każdy przekonany, że wolny jest
i ma równe prawo do decydowania o losie plemienia. Dlatego nie ma żadnej
zgodności i zdecydowania. Wiecznie tylko wiece, na których kłótnie
i wrzaski przesłaniają prawdziwe kłopoty i niebezpieczeństwa. Zbiorą się
woje z wioski i wiec. Zbiorą się woje z kilku wiosek czy przysiółków
i zgadnij co? Wiec! A na nim jeszcze większe kłótnie, bo każdemu o co
innego idzie. I byle chłopina, co to ledwo wychudłą kozę i babę
z gromadą smarkaczy ma, wykrzykuje, jaki to on mądry. Ot, i nigdy nie
wiadomo, co czynić.
— Ludzie tego nie widzą?
— Wiesz – zastanowił się Bolebor –
może i są tacy, którzy to widzą, ale większości wydaje się, że jednak
są dzięki temu prawu wolni. A prawda jest taka, że dopóki będą najedzeni,
dopóki będą mieli dach nad głową i miód pod ręką, dopóty pozostaną
wrogami prawdziwej wolności.
— Każdy ma taką, jakiej chce i na jaką
zasłuży. – Odparł Sambor. – My Celtowie, czujemy się wolni, ponieważ
nie żyjemy w strachu. Nawet, jeśli każdy ma nad sobą diuka, któremu winien
posłuszeństwo na wojnie, to jednak odwaga wypełniająca nasze serca czyni nas
takimi.
— Widzę, że się rozumiemy. Wiesz, daleko
na zachód żyją obce ludy, w języku których nazwa naszych plemion oznacza to
samo, co niewolnik.2 Łapią naszych dalekich krewnych i zmuszają do
niewolniczej pracy, albo sprzedają Frankom.
— Naucz mnie władać mieczem Nodbora tak,
jak on sam nim władał – poderwał się nagle Sambor, jakby duma i odwaga
Celta wybuchły w jego sercu ze zdwojoną siłą. Zachwiał się jednak i omal
nie upadł na ziemię.
— Póki co połóż się już spać, w tym
stanie krzywdę mógłbyś zrobić co najwyżej sobie, albo okolicznym
drzewom. – Roześmiał się, po czym odprowadził Sambora do chaty
i położył na posłaniu. – Jutro zaczynamy nauki.
— Miarkuję, że nie każdy z tobą pić
potrafi zdrowiu nie szkodząc – wybełkotał młodzieniec
i usnął mocno.
Komentarze 2 z 2
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Dobry film ...Polski No! Proza na poziomie literata. Fabuła jak z bardzo dobrego filmu, ale tu uwaga - polskiego filmu. Co by nie było, nieźle. Nie wiem czy warto tu wymieniać czego brakowało, powiem tylko, że długość tekstu potęgowała te braki. Osobiście nie lubię czytać, stąd tekst musi być naprawdę dobry by wzbudzić mój podziw gdy długi. Ten nie wzbudził, ale czuć potencjał. Jakby przysiąść i poszperać w materiałach... . A może dostaliśmy tu tylko jakiś tekstowy odpad bardzo dobrego autora, co? Do innych autorów, za Anną - warto przeczytać.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.




Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:47
Długie, ale warto przeczytać Potknięć ciut było, naturalnie, ale czytało się przyjemnie. Po tytule spodziewałam się, że cały tekst będzie o wiedźmie, a tu zaskoczenie: głównym bohaterem jest w sumie ktoś inny.
No i cały czas nie wiem, czy Samo to TEN od Państwa Samona.
Wciągnęło mnie i nie było za bardzo przewidywalne - podobało mi się.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu