Wróżbicha

Sławomir Zieliński publikacja 16 Październik 2008, 16:52 Poprawki 19 Listopad 2009, 22:13 Gatunek W blasku ognia, stwory i bohatery Czytano 10297 razy
2 głosy
Spis treści utworu
Wróżbicha
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10

***

Rano chłopak obudził się z bolącą głową i nudnościami. Nie miał ani siły, ani ochoty podnieść się, pamiętał jednak, że miał zacząć dziś doskonalenie w posługiwaniu się bronią. A nie mógł i nie zamierzał wymawiać się boleściami.
— Minę masz, jakbyś co gorzkiego przeżuwał?
Sambor pobladł ze złości. Nad ogniem piekł się królik. Chłopak dostał do ręki kubek z płynem, który pachniał dziwnie. To chyba chmiel…— pomyślał – i coś jeszcze. Wypił i poczuł, że tego właśnie mu brakowało.
— To piwo – usłyszał. – A teraz jedz.
— A gdzie łania, com ją wczoraj ubił w lesie? – Zapytał Sambor siadając na pniu przed ogniem.
— Dziwna sprawa – odparł zamyślony Bolebor. – Sprawiłem ją i powiesiłem mięso tu, za chatą. Ale rano zwierza nie było. Zdaje się, że rysie wygłodniały i porwały zdobycz. Dlatego królikiem trzeba się obejść.
Po posiłku przyszedł czas na pierwsze nauki. Jednak to, co chciał mu pokazać Bolebor, z początku wydawało się młodzieńcowi dziwne. Cały czas pokazywał bowiem, jak zejść z linii ciosu i wyprowadzić przeciwnika z równowagi, zachwiać nim a następnie zadać jeden, decydujący cios.
— Gdy nastawisz tarczę, by przyjąć silny cios topora, możesz stracić władzę w ramieniu. I już po tobie.
— Ale muszę pokazać przeciwnikowi, że mam dość siły do walki z nim.
— Szczeniak jeszcze jesteś i krzepy ci nabrać trzeba. Ale żeby nawet, ty masz wroga ubić! Masz ciężką rękę przeto tak masz sprawiać wroga, żeby mu śmierć lekką była. Masz mu wskazać drogę do śmierci, a nie swoją siłę czy odwagę. Gdy zacznie machać toporem jak cepem, nie mogąc cię trafić, zacznie się złościc i odczuwać wstyd. Wiesz coś o tym, nieprawda? – Zapytał Bolebor uśmiechając się.
Sambor zacisnął usta z wściekłości i w dalszym ciągu wykonywał dziwaczne uniki, które polegały na schodzeniu z linii uderzenia, cofaniu się w momencie, gdy przeciwnik zamachiwał się aby zadać cios oraz dziwnych skłonach tułowia. Gnatów czasami już nie czuł od ciągłych przewrotów i upadków. Jednakże po kilku dniach tarcza nie była mu potrzebna. Wtedy dopiero dostał ciężki topór i odzyskał miecz. Odtąd ich zajęcia polegały na właściwej walce.
Pewnego chłodnego wieczora, gdy siedzieli przed paleniskiem, grzejąc się i ostrząc broń, Bolebor zapytał, trochę z przekory, trochę z ciekawości:
— Pójdziesz na cmentarzysko?
— A pójdę – poderwał się jakby go w bolące miejsce ugodzono. – Pójdę i to zaraz po zmroku. Teraz, kiedy nauczyłeś mnie władać mieczem, nie boję się niczego.
— Tam broń nie przyda ci się na wiele.
— A co?
Bolebor wstał i podszedł do swego posłania. Wyjął spod skór szmaciane zawiniątko, rozwinął starannie materiał i wyjął srebrny wisiorek w kształcie krzyża. Cztery ramiona z jantaru, zbiegające się w jednym punkcie, oprawione w srebro, na srebrnym łańcuchu.
— Cóż to mi dajesz? – Zapytał nieco zdziwiony Sambor, z uwagą przyglądając się kunsztownie zdobionemu amuletowi, w którym odbijały się płomienie ognia.
— To krucyfiks. Taki amulet, który noszą Frankowie. On cię ochroni przed zmorą.
— Zdaje się, że i wy temu znakowi cześć oddajecie? Miarkuję, że to chyba oznacza u was słońce?
— Znak wprawdzie ten sam, jeno większa siła się za nim kryje, bo i wiara mocniejsza. A moc za nim stoi potężniejsza od słońca, bo sama słońce stworzyła. Tak przynajmniej Frankowie mówią.
— Skądże to u ciebie i od kogo o tym wiesz? – Zapytał z zaciekawieniem Sambor.
— Udałem się kiedyś daleko na zachód. Hen aż ku frankońskim granicom. Tam, w lesie, poranionego człeka spotkałem. Kupcem był i naszą mowę znał. Poprosił o pomoc to pomogłem, rany opatrzyłem. Samo się zwał i w podzięce mi to dał, ostrzegając, bym dalej nie szedł ku zachodowi, bo mnie złapią i w niewolę zamkną. Kilka dni żeśmy razem w lesie spędzili na gawędach. Sporo ciekawych rzeczy prawił o różnych krainach i obyczajach.
— Cóż ci on o tej sile nagadał i czyżeś mu uwierzył w to? – Zapytał Sambor, trzymając krucyfiks w dłoniach i wpatrując się weń z uwagą.
— Nie czas teraz na to. Zrób, co masz zrobić, a jak wrócisz, to ci może powiem. Ale pamiętaj – nakazał chłopcu z poważną miną – nie wyciągaj krzyża, chyba że cię zmora zaatakuje albo spróbuje dotknąć. Wtedy dotknij nim jej cielsko. Wcześniej nie wyciągaj go pod żadnym pozorem. Bo ani się obejrzysz, jak cię opadnie całe stado demonów. Będą chciały odebrać ci amulet i za nic ich nie powstrzymasz!
Sambor kiwnął głową, założył krzyż na szyję i poszedł w las. Dziwnie mu jednak ten tajemniczy wisiorek ciążył.
— Nie ramieniem On pewnie mocny ten frankoński bożek. – Powiedział do siebie cicho, starając się dodać sobie otuchy.

***

Właśnie zapadał zmrok i mgła powoli okręcała swe niewidzialne szpony wokół drzew i krzaków. Wiatr ustał i w lesie słychać było jedynie pohukiwania sów oraz nawoływania nocnych stworzeń. Chłód jesienny dawał się we znaki, a ogołocone z liści drzewa przypominały mroczne i straszne upiory.
Gdy młodzieniec dotarł na skraj cmentarzyska, księżyc był w pełni. Przystanął i wziął głęboki oddech. Wreszcie przestąpił krąg cmentarzyska i ruszył przed siebie. Mijał stojące pionowo kamienie. Z początku były niskie, nie sięgały do kolan. Z czasem, im bliżej było środka kręgu, tym kamienie stawały się wyższe i masywniejsze. To tam, gdzie uwięzione głęboko pod ziemią, spoczywały dusze największych nikczemników, mieszkały też najokrutniejsze demony. Swój obok swego.
W jasnym blasku księżyca Sambor dostrzegł rozpływające się we mgle zarysy postaci. Zdawała się być wysoka. Wyższa od niego. Przemykała między głazami to pokazując się chłopcu i mrugając doń czerwonymi oczami, to znów kryjąc się za głazami. Sambor nie wiedział już, czy to mgła przybiera takie dziwne kształty, czy może to jego wyobraźnia. Cały czas jednak oboje zbliżali się do siebie. Tak mu się przynajmniej wydawało. W rzeczywistości jednak to on cały czas podążał w kierunku środka cmentarzyska, gdzie moc i potęga zmory była największa. Nagle ujrzał ją tuż obok siebie, wypełzła zza kamienia, wyciągając ku niemu swą chudą i szponiastą dłoń. Sambor cofnął się w ostatniej chwili i już miał sięgnąć po amulet, gdy pomyślał:
— Przecież jeszcze niczego się nie dowiedziałem! Bolebor pewnie by mnie wyśmiał.
To dodało mu odwagi. Zmora obchodziła go dookoła i przyglądała uważnie. Była wysoka i chuda. Jej ciało było blade, właściwie to przeźroczyste, jednak przenikające przezeń światło księżyca nadawało jej blasku. Proste i jasne włosy opadały na ramiona, wysmuklając jeszcze jej sylwetkę. W oczach tliły się czerwone iskry. Sambor był jednak pewien, czy to demon męski, czy żeński. Bolebor mówił mu, że mogą przyjmować każdą płeć. I te dłonie. Długie i szponiaste, chcące zagarnąć dla siebie wszystko. Jakby im się należało.
— Czego tu szukasz mój chłopcze? – Usłyszał w końcu skrzeczący głos. – To nie jest miejsce dla ludzi, zwłaszcza o tej porze.
— Przyszedłem tu…— odezwał się niepewnie – przyszedłem, aby dowiedzieć się prawdy o sobie.
— A któż tego nie pragnie? – Roześmiała się piskliwie zmora.
— Kto mnie spłodził? Ty? Odpowiedz! – Krzyknął.
— A tak – odparła zmora z zadowoleniem, zbliżając się powoli do Sambora i wyciągając ku niemu dłoń – jam cię spłodziła i moim jesteś.
— Czego ode mnie chcecie? Po co jestem wam potrzebny? – Syknął wściekle, cofając się. Nagle poczuł, że jego plecy oparły się o chłodny kamień. – Dalej już nie ma gdzie! – pomyślał czując dreszcz i przeszywający, lodowaty ból w całym ciele, który zaczął go obezwładniać.
— Diabelskie kamienie, zaraz mnie porażą! Gdzie by tu teraz….zastanawiał się, wiedząc, że jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Uskoczył na bok w chwili, gdy zmora zamachnęła się i próbowała go zadrapać. Jej szpony prześlizgnęły się po kamieniu, z którego posypał się pył.
— Muszę cię dotknąć mój chłopcze – jęknęła zmora – a wtedy wszystko zrozumiesz.
— Mów! – Krzyknął znowu Sambor oddalając się w pośpiechu od środka cmentarzyska. – Mów, czym jestem i po co żyję!
— Idź na wojnę, idź do grodu Celtów, zabijaj ich, zabijaj! Tam znajdziesz odpowiedź. Będzie bardzo piękna i podobna do ciebie. – Odparła tajemniczo zmora i zamachnęła się, by ponownie drasnąć Sambora w ramię. Ten jednak błyskawicznie wyjął zza koszuli krzyż i przyłożył do dłoni zmory. Zasyczało tylko jakby kto płonącą żagiew do skóry przyłożył, a kikimora wydała z siebie straszliwy krzyk. Jej twarz wykrzywił przerażający grymas, a oczy zapłonęły niczym ognie piekielne. Cofnęła się nagle, co wykorzystał Sambor rzucając się do ucieczki. Już był przy kręgu cmentarnym, już miał skoczyć poza granice tego diabelskiego miejsca… gdy poczuł na plecach przeszywający, lodowaty ból. Upadł na ziemię, na szczęście już za cmentarzyskiem. Rana zaczęła po chwili palić go żywym ogniem. Takiego bólu jeszcze nie doznał.
— Poczuj, jaki ból zgotują ci po śmierci jeżeli nie będziesz posłuszny swemu losowi! – Usłyszał za sobą rozpływający się w mroku i mgle, piskliwy głos zmory, który brzmiał jak ponura wróżba.
Podniósł się z trudem i ruszył w powrotną drogę. Cały czas czuł na plecach trawiący go powoli ogień. Jednocześnie resztę ciała ogarnął chłód. Gdy dotarł do chaty, był już niemal wycieńczony i trawiła go gorączka. Upadł na posłanie twarzą do dołu. Bolebor ujrzał ranę po szponach zmory na plecach Sambora i zaklął pod nosem.
— A niech to! Jednak sięgnął cię szpon diabła.
Rana wyglądała paskudnie i zaczynała jątrzyć. Chłopiec dostał wysokiej gorączki i w letargu przeleżał kilka dni. Bolebor próbował różnych ziół i wywarów, żadne jednak nie pomagały. Zdawało się, że ciało Sambora miało całkowicie oddać się moce demonów. Powoli stawał się martwym wśród żywych. Gdy zaczął już tracić nadzieję, że rana się zagoi, a dusza powróci na ten świat, o świcie siódmego dnia, na drzewie przed chatą dostrzegł siedzącego na gałęzi kruka. Zdziwił się bardzo, gdyż ptaki te rzadko w tych stronach bywały. Kruk trzymał w dziobie gałązkę jamioły. Przyglądał się Boleborowi uważnie, jakby chciał mu coś powiedzieć. Po chwili poderwał się do lotu, zrzucając jamiołę wprost pod jego nogi.
— Jemioła! – Krzyknął Bolebor uradowany. – No przecie! Roślina chroniąca przed śmiercią, sama nieśmiertelna, nawet po zerwaniu.
Wpadł do chaty i zrobił okład z jej listków na ranie Sambora. Nie od razu jednak młodzieniec doszedł do siebie. Minęło kilka dni, nim w ciało na powrót wstąpił żywy duch, a rana w końcu się zasklepiła. Utracił przy tym wiele sił i upłynęło wiele dni, nim Sambor powrócił do zdrowia.



Komentarze 2 z 2 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:47

Długie, ale warto przeczytać Potknięć ciut było, naturalnie, ale czytało się przyjemnie. Po tytule spodziewałam się, że cały tekst będzie o wiedźmie, a tu zaskoczenie: głównym bohaterem jest w sumie ktoś inny. :) 
No i cały czas nie wiem, czy Samo to TEN od Państwa Samona. :) 
Wciągnęło mnie i nie było za bardzo przewidywalne - podobało mi się. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Bartosz Kowa
16 Listopad 2009, 06:36

Dobry film ...Polski No! Proza na poziomie literata. Fabuła jak z bardzo dobrego filmu, ale tu uwaga - polskiego filmu. Co by nie było, nieźle. Nie wiem czy warto tu wymieniać czego brakowało, powiem tylko, że długość tekstu potęgowała te braki. Osobiście nie lubię czytać, stąd tekst musi być naprawdę dobry by wzbudzić mój podziw gdy długi. Ten nie wzbudził, ale czuć potencjał. Jakby przysiąść i poszperać w materiałach... . A może dostaliśmy tu tylko jakiś tekstowy odpad bardzo dobrego autora, co? Do innych autorów, za Anną - warto przeczytać.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Stworopedia to księga baśniowych stworów i słów związanych. Nie znajdziesz tam odpowiedzi zostań autorem wpisu.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi