Wróżbicha

Sławomir Zieliński publikacja 16 Październik 2008, 16:52 Poprawki 19 Listopad 2009, 22:13 Gatunek W blasku ognia, stwory i bohatery Czytano 10273 razy
2 głosy
Spis treści utworu
Wróżbicha
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10

***

Czas upływał im na potyczkach i próbowaniu sił, aż nastała zima. Sroga i mroźna. Zwierzyny po lasach było mało, a Celtowie znowu rozpoczęli bratobójcze walki o władzę i pożywienie. Im również głód zajrzał w oczy, dlatego łupili wszystkich i wszystko w około. Rozbój i bezprawie zapanowało w Nadrzeczu. Antowie, nie mogąc znieść dłużej swej bezradności i swawoli Celtów, zebrali się wreszcie na wiecu i wybrali wodza. Miał on poprowadzić ich do walki z wrogiem, korzystając z okazji, że ten akurat sam był podzielony i skłócony. Miała to być walka o przetrwanie. Liczebna przewaga była obecnie po stronie Antów, bowiem pokój, w jakim żyli, zapewniał przyrost ludności. Rodowici Celtowie natomiast topnieli w ciągłych potyczkach między sobą. Od walk wszystkich ze wszystkimi mężów nie przybywało. Taka była już ich wojownicza natura.
Bolebor i Sambor, dowiedziawszy się, co postanowił wiec, ucieszyli się, że wreszcie będą mogli sprawdzić swe siły w boju. Dla Sambora miał to być pierwszy prawdziwy sprawdzian nabytych umiejętności. Wojowie z plemienia Antów zgromadzili się równo ze słońcem w umówionym miejscu. Zebranych było co najmniej dwie setnie. Przybyli z różnych osad rozrzuconych w Nadrzeczu przez co nie znali się nawzajem. Jedyne, co ich łączyło, to wspólna mowa i przodkowie, którzy przybyli tu przed wiekami. To umożliwiło Samborowi i Boleborowi wtopienie się między wojów. Wybrany na przywódcę drużyny, niejaki Radogost, człek potężny i o surowym obliczu, poprowadził ich ku osadzie celtyckiej.
Celtowie oczekiwali na Antów przed drewnianą palisadą grodu zwanego Gnyz. Zdumieli się widząc, jak wielka okazała się liczba tych, których do tej pory bezkarnie gnębili. Siły okazały się wyrównane. Przez chwilę obie strony obserwowały się czujnie. Wojowie słowiańscy zrzucili swe płaszcze, nie odczuwali bowiem chłodu. Ich ciała wrzały nienawiścią i pragnieniem pomsty. Nad polem bitwy jak zwykle pojawiły się kruk i wrona, jakby ciekawe, co też się stanie .
Po chwili, kiedy każdy upatrzył już sobie przeciwnika, Radogost pierwszy ruszył biegiem w kierunku Celtów. Za nim z krzykiem ruszyła reszta. Sambor także upatrzył sobie wysokiego i mocnego woja. Nie chciał tracić czasu na słabszych, tylko od razu pokazać swoje męstwo i umiejętności. Gdy wojownicy starli się w pierwszych pojedynkach, podniosła się ogromna wrzawa. Co chwila ktoś z jękiem walił się na śnieg, barwiąc go krwią. Uderzenia toporów o tarcze, rytmiczne i miarowe brzmiały dla Sambora niczym muzyka, wprawiając go w uniesienie. Jęki ofiar w niezrozumiały sposób koiły jego duszę i przynosiły spokój. Przeciwnik próbował go ze wszystkich sił trafić, jednak zwinne uniki przeciwnika wywoływały w Celcie rosnącą rezygnację. W pewnym momencie Sambor potknął się i w ostatniej chwili uniknął ciosu, ale tarcza którą zasłonił się przed ciosem rozpadła się na dwoje. Gdy ponowił atak, ten zwinnie, tak jak uczył go Bolebor, uchylił się na bok. Topór przeciął ze świstem powietrze, po czym wbił się w ziemię. Celt zachwiał się, otrzymując potężny cios w szyję po czym zwalił się martwy na śnieg. Wokół ciała szybko pojawiła się czerwona plama krwi. Sambor, uniesiony zwycięstwem, rzucił się teraz w wir walki. Kątem oka dostrzegał, że szeregi Celtów wyraźnie przerzedzają się. Antowie powoli triumfowali. Zwalił na ziemię jeszcze kilku przeciwników, gdy dostrzegł Bolebora. Ten kierował się z grupą innych wojów, by podejść z boku broniących się przed bramą i uniemożliwić im ucieczkę za palisadę. Sambor postanowił zrobić to samo od drugiej strony. Wpadł z krzykiem w broniących się rozpaczliwie wojowników i rozpoczął rzeź. W jego ślady ruszyli pozostali i po chwili Celtowie zostali okrążeni. Czekała ich śmierć jednak nie zamierzali się poddawać. Wyzywali przeciwników na pojedynki, wskazując palcami, z kim chcą walczyć. Jeden wyzwał Sambora. Ten ucieszył się i wkrótce otoczeni dookoła przez patrzących i zagrzewających do walki wojów, ruszyli na siebie. Celt, z którym przyszło walczyć Samborowi nie był może olbrzymem, jednak dorównywał mu zwinnością. Z jego postawy i ruchów emanowała duma i wyniosłość. Widać było, że również zna wiele uników, a topór w jego dłoni poruszał się z równie dużą zwinnością. Sambor, broniąc się przed kolejnym uderzeniem, nadstawił tarczę, jednak nachylił ją tak, że topór Celta ześlizgnął się. Atakujący stracił na krótką chwilę równowagę. Zachwiało nim do przodu, wprost na topór Sambora, którym ten błyskawicznie rozpłatał mu głowę na dwie części. Siła uderzenia była tak wielka, że ostrze zatrzymało się na mostku ofiary. Stojący dookoła poczęli wiwatować na cześć zwycięzcy, bowiem pozostali zakończyli już swoje pojedynki i pole przed grodem pokryło się trupami wojowników oraz czerwoną posoką.
Radogost wystąpił przed bramę grodu. Znad jego umazanego posoką ciała unosiły się kłęby pary. Zawołał donośnym głosem, przypominającym ryk, do stojących za murami:
— Otwórzcie wrota! W przeciwnym razie spalimy gród i wybijemy do nogi pozostałych przy życiu!
Pozostali przy siłach wojowie podchodzili do Sambora i klepali go po ramieniu w dowód uznania. Podszedł także zakrwawiony lecz zadowolony z siebie i bitwy Bolebor. Uśmiechając się rzekł.
— No no, nieźle ci poszło w ostatnim pojedynku, ubiłeś samego diuka Celtów.
— To był ich diuk? – Zapytał ciężko dysząc – Nigdy bym się nie spodział. Nie wyróżniał go ni strój, ni wzrost. Jeno ruszał się i patrzał jakoś tak dostojnie. Co dalej? Bo ja mam jeszcze zamęt w głowie.
— W grodzie zostały jedynie kobiety i dzieci, więc pewnie zaraz otworzą. Nie zrobimy im krzywdy, a Radogost pewnie ustanowi tu kogoś, żeby pilnował porządku. Przynajmniej na razie.
W istocie, po chwili bramy otwarły się i woje wmaszerowali dumnie za wały. Dowódca podszedł do Sambora zwracając się do niego słowami, które przypominały raczej cichy pomruk:
— Wykazałeś się nie lada męstwem ubijając diuka. Jakże cię wołają?
— Sambor.
— A zatem Samborze, zostaniesz tu jako mój namiestnik i będziesz pilnował, aby gród nie dostał się w obce ręce. Celtów jest jeszcze sporo do pokonania i niechętni nam teraz będą. Musimy mieć się na baczności. Wkrótce mogą czekać nas kolejne boje. Zgadzasz się?
— Mnie to zajedno – odparł Sambor niedbale. – Niech tedy wasza wola się dzieje.

***
Po rozpoczęciu rządów w grodzie pycha i duma szybko owładnęły Samborem. Bolebor, widząc, na co się zanosi odezwał się pewnego dnia:
— Nie przywykłeś krępować swej woli, jako ja nie przywykłem gwałtu z byle powodu zadawać. Dlatego odchodzę i nie wiadomo, czy znowu się ujrzymy. Uważaj, żebyś czego nie namotał. Musisz mi jednak oddać to, com ci kiedyś dał. Pamiętasz?
Rzekłszy te słowa zerwał z szyi Sambora krucyfiks, opuścił młodzieńca i wrócił do boru. Wiedział, że życie chłopaka jest już stracone.
Sambora tymczasem poczynała trawić ciekawość, po cóż też miał tu przybyć. Czekał na znak lub kogoś, kto mu takowy da. Pewnego ranka usłyszał pukanie do drzwi swej komnaty.
— Wejść!
Drzwi uchyliły się i do izby weszła młoda kobieta. Wysoka o wydatnej piersi, przesłoniętej jedynie delikatną, zwiewną koszulą. Oczy jej patrzyły z zuchwałą śmiałością i pożądliwością na Sambora, który przez chwilę stał zdumiony tym najściem. Rozpuszczone, jasne jak len włosy delikatnie opadały na ramiona i piersi. Gdy stanęła przed nim i ich spojrzenia spotkały się młodzieniec ze zdumieniem stwierdził, że są identyczne. Martwy uśmiech przeleciał po jego twarzy.
— Kimże ty i po co tu? – Zapytał szorstkim głosem, nie lubił bowiem, jak mu przeszkadzano. – Pogwarzyć chcecie sobie? Nie przypominam sobie, żebym kogo wzywał.
— Ena mnie tu Celtowie zwą, co znaczy w ich języku „ogień”. Cóż tu sam poczniesz wielki wojowniku? Nie smutno ci? – Zapytała delikatnym jak śpiew skowronka głosem, gładząc go zalotnie po odsłoniętym torsie.
— Nie trap się o mnie – odparł Sambor z zakłopotaniem.
Ena jakby czytając w jego myślach, przylgnęła doń silnie i pocałowała namiętnie.
— Serce nijakiego rozkazania nie słucha – pomyślał i oddał się jej całkowicie. Później, gdy leżał wyczerpany na brzuchu drzemiąc, Ena dojrzała bliznę na jego plecach i w jej oczach pojawił się błysk.
— Po czym ta blizna? – Zapytała sącząc ciche słowa w ucho pogrążonego w półśnie Sambora.
— Wypadło mi z pamięci – odparł, po czym odwrócił się, chwycił ją zdecydowanym ruchem w ramiona i przygniótł swym ciężarem, uśmiechając się szelmowsko. W tej chwili na oknie komnaty usiadł kruk. Ptaszysko kręciło się nerwowo i pokrakiwało głośno.
Sambor, zdenerwowany tym, że cokolwiek może mu teraz przeszkodzić, cisnął w ptaka kielichem. Ten uniknął uderzenia podrywając się do lotu.
— Dlaczego nie zdejmiesz wszystkiego? – Zapytał Sambor, po czym zerwał z dziewczyny resztki odzienia. Zdumiał się, gdy na jej lewym ramieniu dostrzegł taki sam ślad, jaki on miał na plecach. Zerwał się z łóżka, złapał ją za włosy i pociągnął za sobą krzycząc:
— Kimże ty jesteś i czego chcesz ode mnie?
Dziewczyna syknęła z bólu, próbując zwolnić uścisk Sambora i rozpłakała się. Sambor pod wpływem szlochu zmiękł i rzucił ją na łoże.
— Gadaj! Tylko prędko!
— Takiś jako i ja – odparła dziewczyna poprawiając włosy i ocierając łzy – a jam tu na ciebie czekała. Aż się zjawisz. Ty byłeś mi pisany i mężczyzn musiałam odganiać od siebie cały czas! Wychowywałam się tu i tam, byle przetrwać i ciebie doczekać. I dziewictwa nie stracić. Błąkałam się po lasach, u druidów i czarownic pociechy i rady szukając, aż mi w końcu powiedziano, że ciebie tu tej zimy mam czekać. Przeto i jestem.
— O czym ty prawisz?
— Zmiarkuj, żeśmy oboje ten sam pomiot zmory. I dlatego musimy razem teraz…wiesz, naszemu panu dziecko ofiarować. We mnie i w tobie tylko połowa jego krwi płynie, druga połowa ludzka, lecz nasze dziecko – mówiąc to położyła dłoń na brzuchu – nasze dziecko będzie już całkowicie w jego mocy.
Sambor słuchał wszystkiego jak oniemiały.
— Własnymi rękoma diabeł gardła dusi – pomyślał siadając przy stojącym w rogu izby stole. Nalał sobie miodu. Wypił jednym haustem, patrząc cały czas spode łba na dziewczynę. Kruk znowu usiadł na oknie i obserwował zajście, skrzecząc co chwila.
— Trza cię ubić! – Rzekł nagle. – bo zło się jeszcze większe stanie dla innych.
Dziewczyna pobladła i cofnęła się pod ścianę.
— Jak to? Ubić? A za co? Za to, żem ja nieszczęśliwa i wolę swego pana muszę wypełniać?
— Trza cię ubić i tyle! – Upierał się Sambor, jednak nie był już tak zdecydowany, zwłaszcza przyglądając się nagim udom dziewczyny, które ta celowo rozchyliła, upatrując w nich szansy ratunku dla siebie. Wstał z krzesła i ruszył ku łożu. Paliła go ciekawość i wspomnienie jej ciała. Znowu ją posiadł. Kruk odleciał z wrzaskiem.
— Ządasz pomsty? – Zapytała, gdy było już po wszystkim. – Pomsty na całym świecie, że cię zostawił? Samego w lesie? Jako i mnie?
Samborowi wściekłość znowu rozpaliła się w przygasłych oczach.
— On pomoże nam się zemścić! Przyrzekł mi to. I ja mu obiecałam posłuszeństwo. Jeśli zrobisz to samo, będziesz panem tego świata. Z jego pomocą pokonasz wszystkich. Staniesz się diukiem Nadrzecza. Nikt nie zdzierży twej siły.
Sambor oparł głowę na dłoni przyglądając się z uwagą i ciekawością pięknej twarzy dziewczyny.
— Umie zagadać do człowieka – pomyślał – i rację ma. Tak! Mógłby wreszcie…zemścić się na Boleborze. Za upokorzenia, których ten mu przysposobił. Spojrzał na powabne ciało kobiety, leżącej nago na łożu obok niego i zapytał:
— Jak mam to zrobić?
Ena uśmiechnęła się chłodno i przyciągnęła go zdecydowanym ruchem do siebie.
— Musimy spłodzić dziecko – szepnęła mu do ucha – więc się nie ociągaj.



Komentarze 2 z 2 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:47

Długie, ale warto przeczytać Potknięć ciut było, naturalnie, ale czytało się przyjemnie. Po tytule spodziewałam się, że cały tekst będzie o wiedźmie, a tu zaskoczenie: głównym bohaterem jest w sumie ktoś inny. :) 
No i cały czas nie wiem, czy Samo to TEN od Państwa Samona. :) 
Wciągnęło mnie i nie było za bardzo przewidywalne - podobało mi się. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Bartosz Kowa
16 Listopad 2009, 06:36

Dobry film ...Polski No! Proza na poziomie literata. Fabuła jak z bardzo dobrego filmu, ale tu uwaga - polskiego filmu. Co by nie było, nieźle. Nie wiem czy warto tu wymieniać czego brakowało, powiem tylko, że długość tekstu potęgowała te braki. Osobiście nie lubię czytać, stąd tekst musi być naprawdę dobry by wzbudzić mój podziw gdy długi. Ten nie wzbudził, ale czuć potencjał. Jakby przysiąść i poszperać w materiałach... . A może dostaliśmy tu tylko jakiś tekstowy odpad bardzo dobrego autora, co? Do innych autorów, za Anną - warto przeczytać.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Źle czytać z monitora? - drukuj pobrane nowele PDF. Zaglądaj do ulubionej treści on-line, może być poprawiana lub rozwijana.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi