Wróżbicha

Sławomir Zieliński publikacja 16 Październik 2008, 16:52 Poprawki 19 Listopad 2009, 22:13 Gatunek W blasku ognia, stwory i bohatery Czytano 10218 razy
2 głosy
Spis treści utworu
Wróżbicha
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10

***

Nim zima dobiegła końca, Sambor w kilku krwawych bitwach rozbił siły celtyckie z pozostałych grodów i stał się władcą Nadrzecza. Opierał mu się tylko jeden, niewiele znaczący gród, położony w zakolu rzeki. Nim się jednak nie przejmował.
Okrutny los spotykał tych, którzy mieli odwagę sprzeciwić się jego woli. Ci, którzy mieli więcej szczęścia, ginęli od razu w bitwie lub pojedynku. Pozostali gnili w lochu, czekając dnia, kiedy Sambor zjawi się i zacznie własnoręcznie znęcać się nad nimi, czy to patrosząc ich, czy łamiąc kości. Blady strach padł na wszystkich i kto mógł, uchodził w las. Tam, w ciemnościach boru, szukali schronienia i spokoju przed gniewem i cierpieniem. Mrok dawał ukrycie. Ukrycie zaś szansę przeżycia. Widać też było, ze kobieta, która nie odstępowała Sambora na krok, oczekuje dziecka. Mawiano, że teraz diabelskie plemię zapanuje nad borem i Nadrzeczem na wieki. Przeklinano więc tę ziemię i oczekiwano na to, że pojawi się ktoś, kto to zmieni. Wznoszono modły do wszelkich znanych i nieznanych bóstw. Bez skutku. Okrucieństwo i śmierć przybrały rozmiary, jakich nigdy tu nie widziano. Nawet zwierzyna umknęła gdzieś, tak, że głód zajrzał ludziom w oczy. Zdawało się, że ciemność jakaś zaległa cieniem nad krainą. Nawet letnie dni pochmurnymi się zdawały.
Gdy lato miało się już ku końcowi, pewnej ciemnej i wietrznej nocy Ena ocknęła się nagle. Sambor spał obok niej głęboko, zmorzony wieczornym pijaństwem z druhami. Zdawało się jej przez sen, że ktoś ją wzywał. Wstała starając uświadomić sobie, kto ją woła i skąd głos ów dobiega. Panowała jednak głęboka cisza, przerywana jedynie powiewami wichru i ciężkim oddechem Sambora. Gdy wyjrzała przez okno grom uderzył nagły i zdało się jej, że słyszy wezwanie od swego pana. Ubrała się pośpiesznie i udała w las. Podążała w ciemnościach przed siebie, jakby wiedziona niesłyszalnym rozkazem. Znała drogę do cmentarzyska, a błyskawice rozświetlały jej dodatkowo mrok.
Gdy dotarła na miejsce, do samego środka kręgu cmentarnego, gdzie leżał duży płaski kamień, położyła się na nim i rozwarła nogi. Poczuła, jak wypełnia ją coś, czego nie mogła określić. Czuła tylko na sobie oddech. Zimny, wręcz lodowaty. Jej ciało wypełniał jednak ogień. Ogień nieziemskiej rozkoszy, którego nie chciała gasić. Gdy już wydała z siebie krzyk spełnienia, a jej ciało bezwiednie spoczęło na zimnym głazie, usłyszała głos. Przenikliwy i mroczny.
— Sambor zaczyna nam przeszkadzać. Nienawiść mieszkańców do niego może tobie i dziecku zaszkodzić. A już niedługo twój czas na rozwiązanie. Trzeba się go pozbyć. Namów go, aby poszedł rozprawić się z Boleborem.
— Ale jak zginie Sambor, to i ja pozostanę bez jego opieki. A on przecie teraz znaczny kto.
— Nic on nie znaczy beze mnie i mojej woli! – Demon krzyknął gniewnie, aż dziewczyna skuliła się ze strachu. – Ja cię będę chronił. Nie martw się o nic. Tego głupca trzeba się pozbyć bo nie jest już nam potrzebny.
— Tak panie – odparła posłusznie i odeszła, czując jeszcze w sobie żar zaznanej rozkoszy.
Gdy wróciła do komnaty, Sambor spał. Na oknie siedział kruk, bacznie ją obserwując.
— Czego tu wiedźmo! – Syknęła gniewnie. – Chcesz go ochronić? Przed czym? Przed nim samym? Czy przed gniewem pana ciemności? Sama wkrótce doń należeć będziesz, a dla twojego bękarta nie ma już ratunku.
Gdy ptak odfrunął bezszelestnie w ciemną noc, kobieta zaczęła gładzić Sambora po włosach i twarzy. Obudził się i zaczął wzdychać.
— Chyba czas, żebyś Bolebora ubił. Pilno to trzeba załatwić. Tylko on ci został.
— Wiem – mruknął Sambor oschle, licząc, że wyrwała go ze snu w innym zamierzeniu. – Ze słońcem udam się do lasu. – powiedział po czym znowu zasnął.
Rano uchylił bramę grodu i poszedł w las. Koło południa znalazł się w miejscu, gdzie, jak mu się wydawało, powinien mieszkać Bolebor. Przystanął i porozglądał się. Nagle otoczyło go stado rysi. Zwierzęta wydawały z siebie groźne pomruki i obserwowały czujnie.
— Czego tu chcesz? – Usłyszał za sobą znajomy głos.
— Teraz na ciebie przyszło! – Syknął gniewnie Sambor. – Jeno widzę, że się kotami obstawiasz.
— Miarkuję, że pilno chcesz to załatwić. – Rzekł kiwając głową na zwierzęta, które posłusznie uciekły w las – Stawaj zatem!
Skrzyżowali miecze i rozpoczęli walkę. W ruchach Sambora Bolebor wyczuwał nerwowość. Niby robił wszystko tak, jak go nauczył, jednak młodzieńcza niecierpliwość i gwałtowność sprawiały, że popełniał błędy. Bolebor nie chciał go skrzywdzić a jedynie wybić z głowy szaleństwo i uprzytomnić, że jest tu nie z własnej woli. Wyczekał chwili by sprowokować Sambora. Udał, że się zachwiał i czekał tylko, aż chłopak rzuci się na niego po czym zrobił unik, kopnął go mocno w brzuch i zdzielił pięścią w tył głowy. Sambor upadł, tracąc przytomność. Odzyskał ją dopiero wieczorem, w chacie Bolebora.
Gdy zmiarkował, gdzie jest, zaklął na wszystkie uroki spluwając.
— Na mądrości ci nie zbywa, jako dawniej – powiedział surowym głosem Bolebor podając mu kubek z miodem.
— A gdzież jej szukać?
— Juści wiem, że do ręki się jej ująć nie da – odparł patrząc z chmurną miną na chłopaka. – Wiesz chociaż, po coś tu przylazł? Bo chyba nie pogwarzyć?
— Miałem straszną ochotę cię ubić – odparł. – Jeno ochota, jak się okazało, to nie wszystko.
— Nieraz tak bywało. Za co ty na mnie szukasz pomsty?
— Nie wiem już – zamyslił się Sambor. – Głowę mam obolałą i wypadło mi z pamięci.
— Tedy ja ci powiem, bom mądrzejszy i co nieco wiem! Ta dziewka, co to jej dzieciaka zrobiłeś, całkowicie tobą owładnęła i życie z ciebie wysysa, jak wąpierz. Bo po prawdzie to ona taka jak ty, albo i gorsza. Z diabłem w konszachty wchodzi i sączy ci do ucha jego zamiary. A człekowi trudno się im oprzeć, zwłaszcza gdy przez tak piękne usta podane. – Bolebor mówił teraz głosem szorstkim, choć wzruszonym. – Ale tyś tu miał paść pod moim mieczem, bo zawadą jesteś w ich planach. Wysłała cię do mnie z nadzieją, że nie wrócisz.
Samborowi czas dłużył się nieznośnie, gdy słuchał oniemiały tych gorzkich słów. Gdy już trochę doszedł do siebie krzyknął niemal:
— Planach? Jakich planach?
— To dziecko, które ta suka z siebie już niedługo wyda, to będzie diabeł wcielony. A wtedy biada wszystkiemu, co żyje. Pilno więc trzeba babę ubić. Najlepiej, gdy nocą na cmentarz pójdzie, by się oddać czartowi ku uciesze.
Sambor popatrzył zdumiony na Bolebora.
— Nocą? Na cmentarzu? – W oczach swego oprawcy szukał zaprzeczenia, gdy jednak ten przytaknął, spuścił głowę na pierś i zapłakał. Siedzący na belce kruk, którego do tej pory nie dostrzegł, zaskrzeczał przeciągle. Bolebor kiwnął w jego stronę głową i dolał chłopakowi miodu.
— Co to ptaszysko tu robi? Śledzi mnie? Po cóż?
— Słuchaj – powiedział po chwili namysłu Bolebor. – Zrobimy tak. Pilno trzeba sukę utłuc. Ona myśli, żeś ubity. Podejdziemy nocą pod cmentarzysko, jak się będzie zbliżała, to wyskoczymy z ukrycia i ubijemy. Ale musimy zdążyć, nim do kręgu wejdzie, bo potem to nam już tylko o życie modły wznosić. Ona czary zna i sam jej rady nie dasz, jako i ja. Ty wyjdziesz i drogę jej zastąpisz, zanim pomiarkuje, żeś to ty i przejdzie jej zdumienie, ja z tyłu wyskoczę i mieczem łeb utnę.
Ptaszysko zatrzepotało skrzydłami i zaskrzeczało.
— Tak zrobimy – odparł po namyśle Sambor. – A co z dzieckiem? Żeby się o nie demon nie upomniał. Siła jego wielka i gniew będzie okrutny.
— Brzuch rozetniemy i srebrnym sztyletem ubijemy – powiedział Bolebor, pokazując połyskujące ostrze. – A na demona mamy tylko to – wskazał na krucyfiks, który wisiał na jego szyi.
— Tyle? – Zdziwił się Sambor. – I kto z nas malca ubić będzie potrafił? Toć on niczemu nie winien.
Bolebor zamyślił się.
— Może i rację masz. A na czarta jest jeszcze modlitwa, której mnie ten Frank Samo nauczył. Ponoć ona mocna w słowach.
— Cóż słowa ludzkie przeciw demonowi zdzierżą? – Zamyślił się Sambor, kręcąc głową bez przekonania. – Przecie on już niejedne zaklęcia słyszał i jakoś do dziś dycha. No, ale miejmy nadzieję, że ci Frankowie tacy mocni dzięki temu swemu bożkowi. Siły na nich przecie nie ma to i ich bóg silnym być musi.
***
Gdy noc zapadła ciemna ruszyli w kierunku cmentarzyska. Chmury ciężkimi kłębami przewalały się po niebie i rwane porywistym wichrem odsłaniały księżyc, którego blask przenikał ku ziemi przez szczeliny. Ukazał się wreszcie na czystym niebie i zalał delikatną poświatą bór. Im bliżej było cmentarzyska, tym większy chłód przenikał ciała towarzyszy. Wreszcie, we mgle, dostrzegli kamienie. W tym momencie wicher zerwał się tak silny, że drzewa gięły się niczym trzcina, a gałęzie skłaniały się ku ziemi, jakby chciały dostać ich w swoje szpony i rozerwać. Bolebor złapał krucyfiks i zacisnął na nim swoją mocną dłoń, szepcząc coś w niezrozumiałego w obcym, nieznanym mu języku. Tej modlitwy nauczył go kiedyś Samo. Skryli się za powalonym pniem i oczekiwali na dziewczynę. Czas dłużył im się, jednak żaden nie miał ochoty na rozmowę. Sambor bił się z myślami.
— Toż to przecie mój pierworodny! A dziewka mnie miłuje. Czy aby Bolebor nie chce mnie znowu w las wyprowadzić? Ale z drugiej strony – zakłopotał się – jeśli przyjdzie tu, to okaże się, że słusznie prawił. Poczekam jeszcze – postanowił.
— Jest, idzie tam! – Szepnął Bolebor, delikatnym szturchańcem wyrywając go z zamyślenia.
— A jednak – pomyślał. – To suka!
Gdy była dostatecznie blisko Sambor wyskoczył przed nią i krzyknął:
— Czegóż to się po nocy w lesie błąkasz?
Dziewczyna oniemiała z przerażenia i zaskoczona nie mogła wydobyć z siebie słowa. Bolebor błyskawicznie znalazł się tuż za nią i jednym cięciem miecza odrąbał jej głowę, kątem oka dostrzegając zbliżające się demony.
— Co mogliśmy, zrobiliśmy – sapnął ocierając krew z twarzy. – Teraz już tylko czekać, aż te ścierwa nas dopadną.
— Ty masz krzyż. – Rzekł tępo Sambor, spoglądając na zwłoki dziewczyny – A ja? Ja nie mam już nic.
Nagle przeraźliwy i donośny krzyk rozszedł się po borze i ziemia pod stopami zadrżała.
— Zbliża się! – Rzekł Bolebor rozglądając się czujnie. – A my jesteśmy już otoczeni przez plugastwo. Nie ma gdzie umykać więc przygotuj się na najgorsze.
— Co mnie jeszcze gorszego może spotkać? – W głosie młodzieńca dało się odczuć rozpacz i zniechęcenie.
Nagle wielka, czarna i spowita mroczną opoką postać, wyrosła przed Samborem niczym spod ziemi. Otoczona była czarną aurą, która zdawała się skrywać jego oblicze. Zjawa na widok martwej dziewczyny wydała z siebie nieludzki krzyk. Obaj zamarli z przerażenia. Demon zamachnął się na Sambora i uderzył go z taką siłą, że ten przeleciał kilka metrów. Upadając uderzył głową w kamień cmentarny. Bolebor nie zastanawiał się dłużej. Zapomniał o strachu i nadziei na ocalenie. Zdjął krucyfiks i skoczył na bestię, wieszając krzyż na jej szyi, a raczej tam, gdzie przypuszczał, że ona jest. W jednej chwili rozległ się okropny grzmot a niespodziewanie potężny podmuch zwalił Bolebora na ziemię. Zamroczony uderzył jeszcze w pień drzewa tracąc na moment świadomość.
Gdy ocknął się z tępym bólem głowy, dojrzał, że zmory rzuciły się na ciało Sambora i wpiły weń, niczym w smakowity kąsek. Zdawało się, że chcą wyssać z niego całe zło, jakie nosił, czynił i które ciążyło mu przez całe życie. Można nim było wykarmić całe stado demonów. Bolebor dostrzegł, że w miejscu, gdzie stał diabeł, teraz był wypalony dół. Na dnie spoczywał krucyfiks. Nietknięty. Podszedł, podniósł go i przecisnął do piersi. Obok był drugi dół, po Enie. On również nie był pusty. Na dnie leżało małe zawiniątko. Poruszało się delikatnie. Podszedł doń i podniósł.
— Dziecko! – Pomyślał zadziwiony. – Jako żywo dziecko Sambora!
Wziął je na ręce. Wzrok Bolebora napotkał na przerażone spojrzenie niemowlaka.
— Tyś nic nie winien – pomyślał i począł uciekać. Za plecami słyszał pastwiące się nad ciałem Sambora upiory.
— Sam nic tu nie zdzierżę! – Rzekł sam do siebie. – Trzeba uciekać, póki nie widzą, żem malca zabrał.
Biegnąc co sił w nogach, zastanawiał się, co dalej. Nie wiedział, co z dzieciakiem począć. Sam nie był w stanie go wychować. Ani się do tego nie nadawał, ani cierpliwości nie miał. Poza tym cóż za życie by mu zgotował w tej głuszy, w której sam żywot swój pędził? Postanowił zanieść je do wioski.
— Tam zajmie się tobą moja siostra. Ona dzieci nie ma, ucieszy się. Jednak… – zastanowił się – póki pora ku temu, muszę ci imię dać. Jako żem cię podjął z popiołu, przeto Popiel daję ci na imię.
***
Gdy wrócił do swej chaty, długo nie mógł się uspokoić i przestać myśleć o nieszczęśliwym losie Sambora, którego nauczył wprawdzie mieczem władać, jednak nie był w stanie wpłynąć na jego duszę i zachowanie. Zżył się z tym młodzieńcem i na swój sposób go polubił. Przez resztę lata i wczesną jesień błąkał się po lasach, polując i myśląc, jak by tu zemścić się na zmorach i demonach.
— Jeno się na czarach nie znam i sam demonów nie zdzierżę. – Myślał sobie i smutniał znowu, bowiem czuł, że musi coś zrobić, a nie wiedział, jak. Oddalał się coraz dalej od swej chaty, obserwował szlaki i gościńce, złupił czasem dla zabawy jakiegoś samotnego wędrowca, krzywdy wielkiej mu nie czyniąc i nieprzerwanie obmyślał plany zemsty. Pewnego jesiennego wieczora, na szlaku z północy, po którym wożono jantar znad morza, spotkał samotnego podróżnika.
— Toż nieborak – pomyślał z zadowoleniem. – Sam w takiej głuszy! Aż się prosi, żeby mi co nieco oddać.
Postanowił się rozerwać. Zaszedł nieznajomego od tyłu po cichu i podążał za nim jakiś czas. Kupiec prowadził za sobą dwa objuczone konie. Ubrany był w ciemny płaszcz, a głowę zakrywał kaptur. Bolebor zapytał wreszcie, licząc, że nieznajomy wystraszy się od razu.
— Nie straszno wam w tych stronach w pojedynkę?
Zdziwił się, że wędrowiec wcale nie wyglądał na zatrwożonego, wręcz przeciwnie. Zdawało się, że nie był nawet zaskoczony nieproszoną kompanią.
— A czemu straszno ma być, skoro ludzie dobrzy i tak miło kupcom towarzyszą. Ani bym pomyślał, że mnie chcecie przed czym chronić.
— Jako żywo! – Odparł Bolebor uśmiechając się. – Obronić was chcę przed utratą cennego ładunku, który na koniach macie. Jak by was jacy zbójcy napadli, to by wam wszystko zabrali, a ze mną troszkę podzielić się przecie możecie.
— Nijakiej mi ochrony nie potrzeba oprócz tej, którą już mam. – Odparł spokojnie kupiec podnosząc rękę i czyniąc znak krzyża na piersi.
— Ha – zaśmiał się Bolebor – jeno jak ci on teraz pomoże? Czy rękę moją powstrzyma? Czy miecz mój złamie?
— Mówiłem ci już, że nie ramieniem on silny. I tym razem pozwala mi człeka poczciwego miast zbója spotkać. – Roześmiał się nieznajomy zsuwając kaptur z głowy.
Bolebor teraz dopiero uświadomił sobie, że głos i mowa jakby znajoma mu była. Podszedł bliżej do wędrowca po czym krzyknął uradowany:
— Samo! Cóże ty tu robisz? Znowu sam w obcych stronach? Czy aby nie wystawiasz na próbę cierpliwości swego Boga?
Po czym przytulił kupca tak mocno, że biedakowi dech na chwile przytkało. Następnie klepnął go wielką łapą w bark. Frank zachwiał się, jednak również on wydawał się być rad z tego niespodzianego spotkania. Na jego chudej i pociągłej twarzy pojawił się uśmiech. Samo był trochę młodszy od Bolebora, jednak mimo wysokiej i szczupłej sylwetki, biła od jego postawy jakaś pewność siebie, niezachwiany spokój i opanowanie. Powolny w ruchach, zdawało się, że nie traci siły na żadne zbędne czynności czy gesty. Nawet wzrok jego jakby niespecjalnie zainteresowany był tym, co też na tym świecie dostrzec może. Wydawało się, ze dusza tego kupca znajduje się daleko stąd, a myśli w miejscu znacznie szczęśliwszym od ziemi.
— Rad jestem okrutnie, że cię widzę i gościny mi nie odmówisz! – Bolebor przyglądał się znajomemu kiwając głową. – Marnie wyglądasz, przeto tak cię do swoich puścić nie mogę. Powiedzą potem, że u nas głód i bieda.
— Jesień wprawdzie już – odparł Samo wskazując delikatnym ruchem ku drzewom – jednak przez wzgląd na stare czasy nie odmówię. Konie trochę słabną bo objuczone i daleka droga za nami. Zali którędy do ciebie?
— Przed świtaniem staniemy. A teraz podążaj za mną.
Samo ruszył powoli za Boleborem, ten jednak tak był ucieszony i zniecierpliwiony spotkaniem, że pognał przodem jak oparzony. Gdy po chwili obejrzał się, Franka nie było nigdzie.
— Gdzie on u licha? Zgubił się?
— Nie źlijcie się – usłyszał po chwili głos. – Ale moje konie zmęczone i nadążyć nie mogą za tobą. Zwolnij nieco.
— Widzę, żeś i ty zdrożony – stwierdził Bolebor. – Przeto całą noc nie dasz rady iść. Tu się zatrzymamy i wywczasujemy.
Samo skinął głową i jął krzątać się koło koni, Bolebor zaś rozpalił ogień i przygotował jadło z zapasów, które miał ze sobą. Niewiele tego było, ale o dziwo najedli się do syta. Do popicia Samo wyciągnął bukłak z czerwonym, słodkim napojem i podał go towarzyszowi.
— Cóże to? Smakuje wybornie! – Zapytał mlaskając.
— Wino. – Wyrabiają je w moich stronach z winnej jagody, słodkiej od słońca, które gorętsze niźli tutaj.
— A u nas by nie można tego robić? – Zapytał Bolebor, któremu wyraźnie posmakował napój o rubinowej barwie i miłej woni.
— Lato za krótkie i słońce za słabe.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu patrząc w ogień. Wreszcie Samo zapytał:
— Miarkuję, że coś cię trapi, jeno nie wiem co, bo nie jestem jasnowidzem. Powiesz mi, o co idzie?
Miły i łagodny głos Franka rozproszył smutny nastrój. Bolebor milczał przez chwilę ważąc słowa. Krasomówcą nigdy nie był, chociaż trafnie potrafił sprawy ujmować, jak najmniej słów przy tym używając.
— Ano widzicie Samo, nieraz dziw bierze, jakie to rzeczy są na świecie. Że aż człeka przerażenie ogarnia.
— Gadaj o co chodzi! – Powiedział towarzysz, robiąc delikatny ruch dłonią.
— Straciłem kogoś…bliskiego i pomsty szukam, jeno nie wiem, jak.
— A komóż ta pomsta potrzebna? – Zadumał się Samo. – Bo chyba nie temu, co już na tamtym świecie. – Spojrzał z pokorą ku migocącym na bezchmurnym niebie gwiazdom.
— Ano nie jemu, jeno mnie. Jako wojowi, który pomsty szuka za zranioną dumę! Chronić go obiecałem, ale zawiodłem.
— A któż ci tak te dumę zranił i dlaczego nadal myślisz nad tym. Taki woj, jak ty, gdyby mógł, już dawno by się zemścił.
— I tu jest pies pogrzebany. – Bolebor podniósł głos. – Bo widzisz, towarzysza mego demony rozdrapały na cmentarzysku. Siedlisko tam mają między grobami, dokuczają ludziom i gdzie mogą, to zło czynią. A to krowy mleka nie dają, albo się nie chcą cielić. Dzieciaki przepadają w lasach, tak, że strach poza wioski się ruszać. Nawet w dzień! Wyjdzie wieśniak na pole, już go południca omami. Do snu się kładąc, nie wiadomo, czy we śnie kikimora nie zadusi. I nijak z nimi walczyć się nie da. A ja nie czarownik, na tym się nie znam.
Samo zamyślił się. Wyjął zza pasa wisiorek z wielką ilością kolorowych paciorków i począł nieznacznie poruszać ustami. Bolebor postanowił nie przeszkadzać i milczał.
Frank tymczasem zastanawiał się, jak temu człowiekowi delikatnie wytłumaczyć, że wszystko to, co widzi i czego się boi, tak naprawdę jest wytworem jego wystraszonej i nieco ograniczonej wyobraźni. Doszedł jednak do wniosku, że może lepiej będzie na razie ostawić wszystko tak, jak jest. Po cóż zmieniać człowieka na siłę? Może po prostu mu pomóc pozbyć się mar i zjaw, które gnębią jego umysł? Zaraz jednak zaczęły nękać go wątpliwości.
— Czy aby Christos nie będzie zły, że się w takie praktyki mieszam? Toć tu czary jakoweś odprawić należy! Ale modlitwa przyniosła mu ukojenie. – W końcu Christos nakazał pomagać innym i prawdę ukazywać, za bałwanami skrytą. Na pewno nie obrazi się, że pomogę komuś choć niewielki promyk prawdy dostrzec. Pokrzepiony tymi rozmyślaniami stwierdził:
— Tedy ty nie zemsty szukasz, jeno sprawiedliwości! A sprawiedliwość to ważna rzecz, choć ludzkiemu rodzajowi obca. I tak sobie myślę, że mogę ci pomóc.
— Jaka tam sprawiedliwość! Pomsta zwykła na plugastwie nieczystym. – Bolebor machnął zniechęcony ręką. – I cóż ty sam poradzisz na te demony?
— Ty zemścić się chcesz na zmorach, bo ci przyjaciela zabiły. Ja na to inaczej patrzę i zdaje mi się, że ty jednak sprawiedliwość chcesz im wymierzyć. Pokarać je chcesz za zło, które czynią ludziom. Dlatego ci pomogę.
— Ale jak?
— Zobaczysz. – Odparł tajemniczo Samo, patrząc ku niebu na księżyc i przebierając w palcach zwojem bursztynowych koralików, które łączyły się w jednym miejscu na złotej blaszce. Od tej blaszki wychodził jeszcze jeden krótki wisiorek, zakończony małym krucyfiksem.
— Dziwne modły odprawia. – Pomyślał Bolebor kładąc się do snu, postanowił bowiem nie przeszkadzać Frankowi w rozmyślaniach.



Komentarze 2 z 2 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:47

Długie, ale warto przeczytać Potknięć ciut było, naturalnie, ale czytało się przyjemnie. Po tytule spodziewałam się, że cały tekst będzie o wiedźmie, a tu zaskoczenie: głównym bohaterem jest w sumie ktoś inny. :) 
No i cały czas nie wiem, czy Samo to TEN od Państwa Samona. :) 
Wciągnęło mnie i nie było za bardzo przewidywalne - podobało mi się. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Bartosz Kowa
16 Listopad 2009, 06:36

Dobry film ...Polski No! Proza na poziomie literata. Fabuła jak z bardzo dobrego filmu, ale tu uwaga - polskiego filmu. Co by nie było, nieźle. Nie wiem czy warto tu wymieniać czego brakowało, powiem tylko, że długość tekstu potęgowała te braki. Osobiście nie lubię czytać, stąd tekst musi być naprawdę dobry by wzbudzić mój podziw gdy długi. Ten nie wzbudził, ale czuć potencjał. Jakby przysiąść i poszperać w materiałach... . A może dostaliśmy tu tylko jakiś tekstowy odpad bardzo dobrego autora, co? Do innych autorów, za Anną - warto przeczytać.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Ty też opowiadaj! Publikuj i zarządzaj tekstami. Przeczytaj przewodnik i prezentuj się, rozwijaj dzięki uwagom czytelników. Zostań bajarzem.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi