Wróżbicha

Sławomir Zieliński publikacja 16 Październik 2008, 16:52 Poprawki 19 Listopad 2009, 22:13 Gatunek W blasku ognia, stwory i bohatery Czytano 10273 razy
2 głosy
Spis treści utworu
Wróżbicha
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10

***

Równo ze słońcem ruszyli przed siebie. Szli raźno bo konie były wypoczęte a wędrowcy wyspani. W południe stanęli w chacie Bolebora. Samo rozglądał się z uznaniem po obszernej i solidnej izbie, w której Bolebor sporo dobra nagromadzić zdołał.
— Widzę, żeś majętny. Puszcza łaskawa dla swych mieszkańców.
— To nie puszcza! – Uśmiechnął się Bolebor. – Jeno jak kupcy na gościńcu dawali, tom brał.
— Dawali? – Pokręcił z powątpiewaniem głową Samo.
— Za darmo ich chronić miałem? – Odparł Bolebor rozniecając ogień. – A że ochrony potrzebowali, tom powtarzać i prosić nie musiał. A trudno na drodze ostawić, gdy właściciel umknie i w swej prędkości zapomni o tym, co miał ze sobą. Nie chce ochrony, to jego rzecz – machnął ręką na koniec.
— Po cóż ci to wszystko? – Zapytał Samo.
— Nie stoję o nic, ale może kiedy się komu przyda… – Tu pomyślał o małym Popielu, który również często w jego głowie gościł. – A ty po co po jantar aż ku morzu z tej twojej… – Tu począł przypominać sobie jej nazwę.
— Prowansji – dokończył Frank.
— Właśnie! Za czym i po co z tej Prowansji aż ku morzu podróżujesz. Toż to szmat drogi i jeszcze więcej niebezpieczeństw. Po cóż ci to? Nie lepiej wygrzewać w słońcu kości i popijać to wino? A przy okazji dziewkę jaką obracać?
Samo pokręcił głową z politowaniem robiąc znak krzyża na słowa o dziewce.
— A bo ja to dla siebie robię wszystko? Otóż i nie. Ja to dla dobra zgromadzenia i na chwałę Boga. Z jantaru wyrabiamy wisiorki – tu wyciągnął swój, który zwrócił uwagę Bolebora wieczorem przy ognisku. – Do modlitwy nam służą. Trochę one podobne do arabskich, jeno Araby poganie. Ale dobre to do modlitwy, bo uwagę zajmuje i człek jeno na tym się skupia.
— A co to za zgromadzenie? – Zapytał Bolebor, biorąc do ręki wisiorek z paciorkami i oglądając go uważnie.
— Zgromadzenie świetego Benedictusa.
— A cóże to za Zgromadzenie? – Zaciekawił się. – Osada jakaś?
— To zgromadzenie braci – odparł Samo kreśląc znak krzyża na piersi – sług bożych. Żyjemy w eremach, modlimy się i pracujemy.
— Myślałbym, że jako drużyna wojów żyjecie. – Podrapał się po głowie Bolebor. – Ale, że wam się pracować chce, to już mnie dziwi. Kupcy u was ochrony nijakiej nie potrzebują?
— Bo my jesteśmy może jako drużyna wojów, ale takich, co to na chwałę Pana swe usługi i życie oddała. A na szlakach spokojno bo i królów mamy silnych i prawych.
— Królów powiadasz – zamyślił się Bolebor – diuków znaczy się. Ale wy tam w tym zgromadzeniu skarby jakie macie i bogactwa z tej waszej pracy?
— Bogactwo my w sercach mamy, do niczego się nie przywiązujemy i przeto wolni jesteśmy. A okoliczni mieszkańcy czasem co przyniosą i za modlitwę ofiarują, to na chwałę Boga ostaje.
— Pewnie Dadźboga3! – Zaśmiał się cicho Bolebor. – A jakżeś do niczego nie przywiązany, skoro o swoim Bogu jeno myślisz i prawisz? Ale wiesz Samo, mnie się zdaje, że takich zgromadzeń to i u nas by sporo być mogło. Robić nie trza wiele, ludzie przyniosą co potrzebne. Jeno się modlić i na niebo pracować, skoro tam takie nagrody czekają. Lepszego zajęcia nie widzę. A jeszcze mi powiedz, cóże on za święty ten Benedictus?
— To mąż, który za życia oddał się Bogu i tak sobie zasłużył bogobojnym życiem, że go wszyscy w poważaniu mają i za świętego uznają. Czyli takiego, co to bliżej Boga jest i nasze prośby Mu przedstawia.
— Jakże to tak? – Zdziwił się Bolebor. – Toż skoro ten wasz Bóg, Christos zdaje się… skoro taki mądry i potężny, to po cóż człeka słucha?
Samo zastanawiał się przez chwilę, jak by tu Boleborowi wytłumaczyć, na czym świętość polega, po czym rzekł.
— Widzisz. – Wskazał palcem ku klepisku. – Za bogobojne życie tu na ziemi, spotyka nas przecie nagroda po śmierci. Im kto lepiej tu żył, tam będzie bliżej Stwórcy. – To mówiąc wskazał palcem ku górze.
— A skądże ty to wiesz? – Przecie nikt stamtąd nie wrócił ani żaden ci tego nie powiedział.
— Stamtąd nie – odparł Frank. – Bo i po cóż? Toż to nasza sprawa, aby się tam dostać. Ale popatrz, skąd te demony na cmentarzu? Przecie to nie ludzie?
— Jako żywo nie! Już bym ci ja ich wysłał do tego Stwórcy.
— Tam szukać by czego nie miały. – Uśmiechnął się Samo. Prostota słów Bolebora i ich trafność zaskakiwały go często. – No więc skąd się one biorą, jeśli nie z tego świata?
— To sługi demona podziemi, który duszami tych zmarłych rządzi. One nie są ani na tym świecie, ani na tamtym.
— A widzisz! – Pokiwał palcem Samo. – To są te dusze, które po śmierci do nieba dostać się nie mogą! Za życia za dużo szkody zaczyniły i teraz błąkają się zagubione.
— Toż ich mnogość musi być! – Zakrzyknął Bolebor zdumiony tymi słowami. – A w tym niebie to chyba sam Benedictus z Christosem się wczasują!
— Nie wszystkie dusze łotrów wypełzają na ziemię, jeno te wybrane przez demona. Ale i na nie jest sposób. Christos potężniejszy od wszystkiego stworzenia i zadrzeć z Nim niezdrowo. – Mówiąc to znowu znak krzyża na piersi uczynił.
— Skoro tak prawisz, to i w to musisz wierzyć. Ja uwierzę do końca, gdy na cmentarzysku porządek zrobimy.
Gdy zasiedli do posiłku, Bolebor przyniósł miodu i poczęstował nim Samo. Ten posmakował i zastanowił się.
— Dobre! – Rzekł po chwili. – Dużo tego masz?
— Jest trochę w ziemiance. Dla nas dwóch wystarczy na kilka wschodów słońca – zaśmiał się.
— Zaprowadź mnie na jaką leśną polanę. Musimy czegoś poszukać. – Rozkazał po chwili namysłu Samo.
— Leśną polanę? – Zdziwił się Bolebor. – A juści, że zaprowadzę, jeno po co?
— Obaczysz. Weź tylko jaki koszyk.
Bolebor poszedł do kąta izby, wysypał z jednego kosza nagromadzone kosztowności nakrywając je niedbale niedźwiedzią skórą, po czym ruszyli przed siebie.
— Ale za czym my ku tej polanie idziemy? – Nie ustawał w pytaniach Bolebor. – Toż to kawał drogi!
— Na takich polanach rosną pewne grzyby, które…hm…szkodzą, gdy się ich popróbuje.
— A jużci że to wiem – machnął ręką. – Jeno po co nam szkodliwe grzyby, skoro tu pełno takich i na polanę iść nie trza? O na przykład ten – wskazał na rosnący przy zwalonym pniu grzyb – niedźwiedzia by powalił, jeno zwierz nie taki głupi, żeby grzybów szukać i je żreć.
— Te, których potrzebujemy nie mają nikogo powalić, jeno ogłupić. – Odparł cierpliwie Samo. – A rosną jedynie na łąkach i leśnych polanach. Zwłaszcza o tej porze.
— To musimy kroku przyśpieszyć, co by przed zmrokiem zdążyć wrócić.
— Ale po cóż ci te grzyby? – Nie dawał za wygraną Bolebor. – Ludziom na nic, a tyś mi obiecał demony z cmentarzyska przepędzić! I czym, grzybami?
— Cierpliwości – uspokajał go Samo. – Powiedz mi lepiej coś jeszcze o tych demonach i o swoim przyjacielu. Czy zawsze rozszarpują tak ciała ludzi?
— Jeśli kto się do kręgu cmentarnego po zmroku zapuści to biada mu.
— A tyś tam był jak one tego Sambora rozszarpały?
— Byłem. – Odparł niepewnie Bolebor spuszczając głowę. – Alem nic zrobić nie mógł. Ten krucyfiks, coś mi go wtenczas w lasach u Sasów dał, na szyję zarzuciłem demonowi i go na popiół wypaliło. Ale za chwilę pojawił się znowu wraz ze swymi sługami. Całej zgrai nie mogłem dać rady, tym bardziej, żem dziecko musiał ratować.
— Jakie dziecko? Czyje? – Zapytał z zainteresowaniem Samo mierząc przyjaciela uważnie.
— Ano Popiela, dziecko Sambora.
— Jużci on go nie urodził! – Roześmiał się serdecznie Frank. – O matkę teraz pytam. Kim była?
— Taka sama jako i Sambor. Pomiot kikimory. Ich wspólne dziecko miało mieć diabelską krew. Musieliśmy ich powstrzymać.
— Ich? – Zapytał podejrzliwie Samo unosząc brew.
— Suka była w zmowie z demonami. Oddawała się im nocami na cmentarzysku, aby im uciechy dostarczyć i sobie. Miała wydać to dziecko demonom. Aleśmy je uratowali, a ją ubili.
— Co się teraz z dzieckiem dzieje? – Samo sposępniał wyraźnie a czoło pokryły zmarszczki.
— Siostra moja je chowa we wiosce. Sama dzieci mieć nie ma, przeto się ucieszyła ze znajdy. Popiel mu dałem na imię, bom go z popiołu podniósł.
— Trza je ochrzcić! – rzucił Samo po namyśle. – O widzisz! Na miejscu jesteśmy.

***

W chacie Samo ponawlekał grzyby na lnianą nić i zwiesił nad paleniskiem, aby się dobrze wysuszyły.
— Rano pójdziemy na to cmentarzysko – zarządził Frank.
Samo oglądał cmentarzysko uważnie i z zaintereso­waniem przyglądał się kamieniom. Przekroczył nawet cmentarny krąg i począł je ostrożnie dotykać.
— Wiesz, kto je tu poustawiał? – Zapytał Bolebora.
— Zali nikt mądry! – odparł. – Komu by się chciało ciała i dusze zmarłych do ziemi przyciskać. Jak chcą, to niech się błąkają po nocach. Cóże mi one mogą zrobić? I po co im tego bronić? Zresztą musi to śmiesznie być, jak człek bez ciała. – Zamyślił się Bolebor, i westchnął. – Napadnie taka na kogo, ten strzałę wypuści czy toporem zdzieli i nic. Ino śmiech. Eee tam – machnął niedbale ręką. – Zabawniej to nawet niźli w mogile gnić.
— Nie praw głupot! – Fuknął z powagą Samo. – A te kamienie, to u nas podobne są, jeno większe.
— Czyli miarkuję, że u was ludzie jeszcze głupsi są – roześmiał się Bolebor. – Ale to ciekawe, że głupota między wszystkich ludzi rozdzielona. I we wszystkich krainach.
— Chciałoby się rzec, że najsprawiedliwiej – uśmiechnął się Samo. – Mnie idzie o to, czy to wy, Antowie, je tu ułożyliście?
— Nie! Nie my. Jak nasi przodkowie tu przybyli, to te groby już tu były. Zdaje się, że Celtowie też tu kiedyś łotrów chowali. Ale od jakiegoś czasu nie robią tego. I miarkuję, że to też nie oni to tu postawiali. Bo takiego kamienia tom ja w okolicy nie widział. Dziwny jakiś taki, twardy i zimny. A Celtowie niegłupi są, specjalnie by tu takich głazów znikąd nie targali, co najwyżej innych by do tego zapędzili.
— Granit – stwierdził Frank, po czym porozglądał się dookoła i rzekł:
— Tu rozpalimy wielki stos. Zwabimy zmory i demony i ugościmy je tak, że powariują.
— Jako je ugościć możemy, skoro ciał nie mają. – Dziwił się Bolebor i kręcąc z niedowierzaniem głową.
— Byłem kiedyś u Brytów na wyspie – powiedział Samo. – Tam dowiedziałem się, że raz w roku demony i duchy zmarłych przybierają postać ludzką. Trza je wtedy nakarmić i napoić. Nasycone i napite nie dokuczają się tak później. Ludzie palą wtedy ognie na mogiłach, rozstawiają jadło i napoje i przywołują dusze zmarłych. Te posilają się i odchodzą wdzięczne. Nad morzem, gdzie jantar nabywam, tako samo robią, chociaż to inny lud całkowicie i inną ma mowę. Tedy wierz mi przyjacielu, kraje wasze znam trochę i pomocy bym ci nie obiecywał, gdybym nie wiedział, czego tu trza. Tak sobie tedy miarkuję – powiedział – że jak je ugościmy czym mocnym, to może przestaną się dokuczać. A zatem trzeba nam tu nanieść drewna na duże ognisko.
Zabrali się raźno do pracy i po południu wcale pokaźny stos był gotowy.
— A teraz chodźmy odwiedzić Popiela! – Zaproponował Samo.
Gdy stanęli przed chatą, Bolebor przystanął.
— Ja dalej nie idę! Moja noga nie przestanie tego progu!
Samo położył mu dłoń na ramieniu, po czym rzekł spokojnie acz stanowczo:
— Kiedy się z nim pojednasz? Zali chyba nie, kiedy odejdzie? Honorowyś po prawdzie ale i uparty czasami jako wół. A z rodzicielem trza się pojednać. Jemu lżej będzie i tobie. Zobaczysz! A zmiarkuj, że może kiedyś i ty się z Popielem poróżnisz. I co wtedy? Też się upierał będziesz, jako i on?
Bolebor wahał się jeszcze przez chwilę, nerwowo chodząc tam i z powrotem. W końcu jednak wszedł do środka. Za nim Samo. Siostra, gdy ujrzała brata w chacie, pobladła i usiadła na drewnianej skrzyni. Wzięła Popiela na ręce i przytuliła mocno do piersi.
— Nie trap się. – Rzekł do niej cicho Bolebor spoglądając z ukosa w kierunku barłogu, gdzie spoczywał ojciec. – Ja po zgodzie. Co z nim?
— Przez słabość dawno się już nie rusza – odparła ze łzami w oczach.
Podszedł do posłania i przyklęknął. Spojrzeli sobie w oczy, ale żaden nie był w stanie wyrzec słowa. Stary z braku sił, a syn ze wzruszenia, którego zresztą nie miał ochoty okazywać. Poprawił więc tylko przykrycie, końcem palca musnął ojcowej dłoni, po czym wyszedł. Samo podszedł do kobiety i wyciągnął dłonie, aby wziąć malca.
— Przynieś trochę wody dobra kobieto. – nakazał.
Gdy Ludmiła podała mu dzban, pokropił czoło chłopca wodą i wyszeptał coś w niezrozumiałym dla kobiety języku oddając jej dziecko z powrotem. Gdy wyszedł z chaty, wziął Bolebora pod ramię i ruszyli w kierunku lasu.
— A widzisz, że można inaczej, lepiej?



Komentarze 2 z 2 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Anna Wołosiak
22 Listopad 2008, 12:47

Długie, ale warto przeczytać Potknięć ciut było, naturalnie, ale czytało się przyjemnie. Po tytule spodziewałam się, że cały tekst będzie o wiedźmie, a tu zaskoczenie: głównym bohaterem jest w sumie ktoś inny. :) 
No i cały czas nie wiem, czy Samo to TEN od Państwa Samona. :) 
Wciągnęło mnie i nie było za bardzo przewidywalne - podobało mi się. :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Bartosz Kowa
16 Listopad 2009, 06:36

Dobry film ...Polski No! Proza na poziomie literata. Fabuła jak z bardzo dobrego filmu, ale tu uwaga - polskiego filmu. Co by nie było, nieźle. Nie wiem czy warto tu wymieniać czego brakowało, powiem tylko, że długość tekstu potęgowała te braki. Osobiście nie lubię czytać, stąd tekst musi być naprawdę dobry by wzbudzić mój podziw gdy długi. Ten nie wzbudził, ale czuć potencjał. Jakby przysiąść i poszperać w materiałach... . A może dostaliśmy tu tylko jakiś tekstowy odpad bardzo dobrego autora, co? Do innych autorów, za Anną - warto przeczytać.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Ty też opowiadaj! Publikuj i zarządzaj tekstami. Przeczytaj przewodnik i prezentuj się, rozwijaj dzięki uwagom czytelników. Zostań bajarzem.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi