Awaria
1 głos
Pewnego pochmurnego, ciemnego i smutnego dnia, szliśmy jak zwykle do szkoły. Pierwszą lekcją miał być polski. Usiadłam w ławce z Łukaszem, moim bratem bliźniakiem. On nie miał dziś nastroju do nauki.
Nudził się. Po chwili zaczął uprawiać „męską” zabawę w pstrykanie
linijką i strzelanie gumkami z Markiem. Też bratem bliźniakiem, ale od
Małgośki.
— Uspokój się! – szepnęłam do niego rozzłoszczona, bo nie
usłyszałam, z czego wszyscy się śmieją.
— Odpimpaj się, siora! – rzucił mi przez ramię. Już chciałam go
trzepnąć, gdy zgasły światła w sali.— Co się dzieje? – zdenerwowała
się nauczycielka.
— Natala, pójdźcie z Gośką zobaczyć, co się stało.
Wyszłyśmy na korytarz. Było tam już kilku nauczycieli. Zawzięcie
dyskutowali, czy to awaria czy głupi dowcip któregoś z uczniów.
— Chodź, poszukamy woźnej. Może coś wie. Może i wiedziała, tylko
nigdzie jej nie znalazłyśmy.
— Pewnie zeszła do piwnicy – usłyszałyśmy od sekretarki szkolnej.
Ruszyłyśmy do piwnicy. Szybko dotarłyśmy do ciasnego pomieszczenia, skąd
dochodziły odgłosy kłótni.
— Ale to nie pani Stasia! – szepnęła zdumiona Gośka.
— Przecież słyszę. To kto to? Idziemy zobaczyć?
— Yhm – usłyszałam w odpowiedzi.
— Mówiłem, że niebieski!
— Nie masz racji! Czerwony!
Zaciekawione podeszłyśmy bliżej.
— Ale tu nikogo nie ma – szepnęłam.
— To skąd głosy?
— Nie wiem. Może nam się tylko wydawało.
— Chodźmy tam. Stamtąd zobaczymy wszystko.
Ostrożnie i cichutko zrobiłyśmy jeszcze kilka kroków. Przed nami ukazał
się niesamowity widok: dwu kolorowych krasnali, niewiele większych niż mój
kciuk, wyrywało sobie pęczki kolorowych kabli.
— Dzień dobry – powiedziałam, jak przystało dobrze wychowanej osobie.
— Witam panów. Czy można w czymś pomóc? Zdumione krasnale odskoczyły w
popłochu od siebie. Obrzuciły nas zdziwionymi spojrzeniami, ale się
nie odezwały. Spróbowałam jeszcze raz.
— Co robicie w naszej piwnicy?
— A… a próbujemy zacerować.
— Bzdury! Zreperować.
— Zreprocerować kable.
— Tak, ale coś nam dzisiaj kiepsko idzie.
— To wszystko przez pana Władzia.
— Pana Tadzia!
— Nooo… Tak pochował narzędzia, takie porządki zrobił, że niczego nie
możemy znaleźć. – Rządzi się, jakby sam tu pracował!— wybuchnął
żalem jeden z krasnali.
— Nawet wszystkie latarki zniknęły! I musieliśmy przynieść tę
starusieńką latarenkę, której od wieków nikt nie używał.
— Ale co tutaj robicie? – dopytywałyśmy uparcie.
— My tu mieszkamy.
— I naprawimy ustkie wszysterki!
— I naprawiamy wszystkie usterki – tłumaczył kolegę krasnal. – Teraz
pomieszały nam się kolory i kable… I kłopot się zrobił.
— To spróbujcie niebieski z czerwonym! – wykrzyknęłyśmy obydwie.
— Najwyżej będzie wielkie bummm…
— Serio? Niebieski z czerwonym czy czerwony z niebieskim?
— Bez znaczenia!
Krasnalowie pochylili siwe głowy nad pęczkami kabli, jak przekupki nad
pęczkami kolorowych jarzyn na placu i zamilkli. Po chwili piwnica utonęła w
jaskrawym świetle.
— Dziękujemy, dziękujemy – uśmiechy zmarszczyły im twarze.
— Nie mówcie nikomu o nas. Przyrzeknijcie! – Przyrzekamy. Obiecałyśmy
i już biegłyśmy do klasy. Wszędzie lampy przeganiały smętny smutek
dzisiejszego ranka. Wpadłyśmy do klasy i zobaczyłyśmy mojego brata,
który stał mocno przestraszony z dzienniczkiem w ręku…
Komentarze 1 z 1
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.



Anna Wołosiak
30 Wrzesień 2008, 14:07
To samo tylko inaczej? Jedna rzecz wywołała mój uśmiech przy lekturze tego tekstu: nawiązania do "W Szpony Belfra".
Zastanawia mnie, jakie jest jego źródło - jakaś praca zorganizowana, zabawa?
Natomiast sam tekst poziom ma porównywalny z tamtym - czyli tak naprawdę trudno piać nad nim z zachwytu. 2, czyli niezłe.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu