Diabelska moc
Pewnego dnia, jakby za zmową sił piekielnych, stało się coś niezwykłego – runęły ze szczytów Tatr zwały śniegu. Sunęły w dół z ogromną mocą i czyniły po drodze wielkie szkody. Obejmowały w posiadanie strachu i śmierci wszystko, co napotkały. Świat gór nie widział jeszcze nigdy takiego zniszczenia. Ale to dopiero był początek. Tak się dzieje teraz każdego roku. Górale mówią, że to nieczyste moce, straszliwe czary i sprawki diabelskich rodów.
Zaczęło się to najpewniej wtedy, gdy w chałupie pewnego górala,
biednego jak mysz kościelna, urodziło się kolejne dziecko. Ale nikt się
tym nie cieszył, bo jak? Bieda była tu codziennym gościem, choć góral
rzeźbił i rzeźbił święte figurki ile sił w dłoniach i światła w
izbie. Sprzedawał, ale mało grosiwa z tego miał, a dzieci w domu i poza
domem wiele. Na dodatek dziecko urodziło się maleńkie, słabiuchne, matka
oddała za nie życie. Góral zajmował się nim jak mógł najlepiej.
Kołyskę postawił przy sobie, by móc ją stale kołysać. W izbie
zazwyczaj bywał sam, więc rozmawiał z malutką, jakby dorosłą była.
Mówił jej o wszystkim co wiedział, opowiadał historie o górach,
o zbójnikach, baśni bez liku prawił i piosenek śpiewał tyle. Zanim się
obejrzał, Danusia wyrosła na dorodną pannę. Wspaniałe włosy kręciły jej
się jak runo u owcy, a zielone oczy przypominały wiosenne hale. Lubiła, gdy
ojciec na jarmark szedł z figurkami, patrzeć sprzed chaty na granice,
szczególnie wtedy, gdy je mgła owijała. Często przyglądała się kozicom
sprytnie skaczącym po skalnych zboczach i ptakom szybującym ponad nimi.
Kiedyś zauważył ją jeden z synów Mefistofelesa, który
targował się z Twardowskim o duszę. Upodobało ją sobie czarcisko i za
wszelką cenę postanowiło zwabić na wysoką górę, gdzie w skalnej
głębinie diabla rodzina miała siedzibę. Nie dała dziewczyna skusić się
niczym biesowi, by pójść w tamtą stronę, więc musiał obmyślić inny
sposób.— Porwać! Tak, ale jak? – medytował.. Zauważył, że Danusia
wczesnym rankiem wychodzi do lasu. Postanowił ją obserwować.
— Ta… grzybki, ta… malinki panna zbiera. Dobre sobie! – medytował.
— Już dość nazbierałaś! – zdecydował któregoś razu, gdy
dziewczyna zapędziła się dalej niż zwykle.
— Będziesz moja! Dziś! – rozmawiał z nią bez słów. Zaczaił się
za skałą, narzucił pstry kubrak i porwał ją! Zarzucił wierzgający
ciężar na ramię i szus! Wielkimi skokami skierował się ku diablej
siedzibie.
Nikt nie widział zdarzenia prócz gór wysokich, kozic dzikich i ptaków
wolnych. W skalnej grocie przymilał się do porwanej, starając się zaskarbić
jej łaski. Im bardziej się starał, tym większy wstręt budził w góralce
— Bees moja! By kielo telo! – mówił. Co się do niej zbliżył, rzucała
w niego czym popadło: a to kawałkiem skały, to kierpcem ze stopy zdjętym, do
znów jakimś cudeńkiem, które jej podrzucał, gdy zasypiała zmęczona
rozpaczliwą walką. Na nic się zdały starania i zaloty, hej, na
nic…Dziewczyna nie dała się zbałamucić, nie straciła głowy dla wielkich
skarbów, którymi ją czart kusił, nie uległa obietnicom szczęścia
wielkiego… Jej szczęściem był stary ojciec w znoszonej kapocie
i zdartych kierpcach, i Staśko spod lasu, co tak pięknie na skrzypeczkach
gra przy owcach na hali. Stara diablica zauważyła, że ukochany syn
zmarkotniał, schudł i zmizerniał niezmiernie.
— Synuś mój, czego ci trzeba? Może zabawki nowej? Może łuny czerwonej od
ognia wielkiego byś chciał? Może łomotu skał spadających? Może krzyku
ludzkiego i płaczu nowego?
— Eeee, daj mi spokój… – mruknął diabli potomek.
— Eeee?… Tak się odzywasz do matki?! – huknął Mefistofel, który
zjawił się nie wiadomo kiedy i skąd. – Szacunku a diablej kultury nie
łaska? Gdzieś ty się chował, na Pana Piekieł?! U ludzi? Na kolana!
Przeproś panią matkę! – ostro potraktował syna.
- Wybacz matko jedyna – przepraszał młody diabeł.
— Zabawki mi się zachciało, dziewki od starego spod regli. Porwałem ją,
schowałem…
— I co? Beczeć tu będziesz? Babaś? – podniósł głos stary czart.
— I co z nią?
— Nie chce mnie znać! – rozbeczał się potomek Mefistofelesa. – Nic
nie chce!
— To ją potrzymaj trochę o głodzie albo nie! Ona z biedy, to po
gospodarsku ją traktuj. Panią wielką zrób, gospodarstwo daj; niech zna
diable serce, a jak nie, to się zobaczy… – doradzali rodzice.
Więc spróbował: chałupę postawił piękną, na Giewoncie, wysoko, by
nikt nie zobaczył. W niej dostatków naskładał wiele: skór, poduch,
spódnic, a korali tyle, że udźwignąć nie mogła. W zagrodzie zamknął
stado owiec świeżo w Liptowie ukradzionych. I nic. Serca jej nie odmienił.
Danka stale słyszała śpiew Staśkowych skrzypek, który wiatr jej z doliny
przynosił w tajemnicy. A stary góral? Hej martwił się i martwił, pytał a
szukał bez skutku swej jedynaczki, sechł ze zmartwienia i marniał. Staśko
zaś po górach wędrował, by choć ślad jakiś po szczęściu swoim
znaleźć. Zmordowany wielce któregoś razu przysnął wysoko na reglach.
Zbudziła go młoda kozica skubiąc mu zmierzwione włosy. Podniósł się,
rozejrzał i spostrzegł stado kozic na zboczu, które zamiast skubać mech,
zaglądało w szczelinę. – Haj, niech i ja popatrzę – zdecydował
i ruszył w tamtą stronę. Kozice uskoczyły, gdy pojawił się na stoku, a on
zauważył okrągłą szczelinę w skale.
Z niej dziwne światło i głosy dochodziły. Młody był
i zwinny, wbił więc ciupagę w ścianę i opuścił się do środka.
Zeskoczył na dno i zobaczył bogatą chatę, a przy niej Dankę o oczach
zielonych a smutnych tak, jak Morskie Oko w jesienną szarugę.
— Mojaś ty! – krzyknął, porwał ją za ręce i pociągnął za sobą.
Nim kto spostrzegł, byli na wierzchu. Staśko rozejrzał się i zobaczywszy
skalne odłamki, zaczął je spychać w szczelinę. Kozice popatrzyły na niego,
zaszurały cienkimi nóżkami i kazały im uciekać. Gdy zniknęli ze
stromizny, podreptały kopytkami, podreptały i spuściły sznur kamiennych
odłamków.
— Uciekamy— krzyknęli uciekinierzy, choć byli daleko. Hyc, hyc, skacząc
przez wielkie głazy umykali w dół, na halę. Tam się zatrzymali, odetchnęli
i usłyszeli straszny łomot – to kozice poruszyły kamienną lawinę,
która biegła grzbietem zbocza niszcząc wszystko, co napotkała na drodze.
Zasypała szczelinę, zasypała diabelską grotę, zasypała marzenia młodego
diabła o zielonookiej Dance, co diabłową panią zostać nie chciała.
I co dalej? Młodych w Liptowie pobłogosławił ksiądz, czego stary
ojciec nie doczekał. Staśko dla swej ukochanej na skrzypkach gra, ale cicho,
cichutko, by diabelskiej złości nie przebudzić. Te, zbudzone chcą się
uwolnić z pułapki, trzęsą górą, by skały odrzucić, lawiny pędzą od
szczytów, ale jeszcze im się to nie udało. Czy się kiedyś powiedzie?
Tego nawet najstarsi górale nie wiedzą.
Komentarze
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Twoja ocena wraz z komentarzem mogą być pierwsze. Nie żałuj sobie.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.


