Zaczarowany las
Gdzieś, kiedyś, któraś królewna, może Dora, wybrała się na spacer za zamkowe mury. Spacerowała i spacerowała, rozmyślała o nowych sukienkach, o deserze niespodziance, o przyjaciółkach księżniczkach, z którymi miała niedługo spotkać się na dorocznym balu dobroczynnym. Wydawała go od lat jej matka – królowa Sara. Dziś coś kierowało ją w stronę lasu. Szła tam, jakby nogi niosły ją wbrew woli. W którejś chwili usłyszała dziwny szum.
Najpierw sądziła, że to kamienna ścieżka wydaje te dźwięki, ale nie!
Stanęła i nadsłuchiwała. Pomyślała, że źle zrobiła idąc tutaj sama.
O tym lesie krążyło przecież tyle strasznych opowieści… Powiedziała
matce, królowej Sarze, że idzie na spacer na polankę, a jednak coś
doprowadziło ją tutaj. Szła i szła, coraz dalej i dalej. Teraz dziwny szum
słyszała coraz wyraźniej. Patrzyła wokół, ale nic nie widziała. Wreszcie
podniosła głowę w górę i zobaczyła niezwykłe ptaki na ogromnym
drzewie. To one wydawały dziwne dźwięki.
— Co to może być? – zdziwiła się i podeszła, by im się przyjrzeć.
Wtedy zaskrzeczały metalicznym, rozkazującymi głosami: Zjedz to! Wypij to!
Przejęta nie wiedziała, czy mówią do niej, czy do kogoś innego, ale
zdumiało ją, że rozumie ich język.
— Zjedz! – krzyczały nieprzyjemnie sztucznymi głosami. Zleciały
z drzewa. Zobaczyła, że przyniosły jej w dziobach złotawe okruchy
i srebrno-złoty płyn w dziwnych dzbanuszkach. Znów coś niezwykłego
zmusiło ją do rzeczy, których nie chciała robić – zjadła i wypiła,
jak nakazywały ptaki. Stanęła, zamarła. Poczuła się dziwnie –
rozbolała ją głowa, zaczęła swędzieć skóra, oczy nabrały czerwonego
blasku. Włosy, z pięknych, długich i złocistych zmieniły się w czarne,
twarde, krótkie. W krótkiej stała się zła. Ptaki przyniosły jej teraz
różdżkę, którą mogła spełniać wszystkie życzenia. Wszystkie, pod
warunkiem, że były złe, że szkodziły innym.
Wróciła cicho do zamku. Chciała się ukryć przed wszystkimi, by
wypróbować swą moc. Nieoczekiwanie do komnaty weszła królowa Sara. Zdumiona
wyglądem córki chciała zapytać co się stało. Nie zdążyła – zaledwie
otwarła usta, zamieniła się w żabę. Rozbawiona księżniczka patrzyła na
s dzieło i śmiała się jak szalona. Gdy zmęczył ją śmiech, złapała
żabę za tylne łapki i wyrzuciła przez okno. Królowa-żaba, szczęśliwie
wylądowała na stercie skoszonej trawy. Wydostawszy się z niej, zaczęła
skakać po zamku i rechotać o odmienionej córce.
Dora teraz wiedziała, co może sprawić różdżka. Zaczęła snuć plany, jak
pozbyć się tych, których przestała lubić. Zeszło jej tak do wieczora. W
końcu poczuwszy głód, wybrała się do kuchni. Tam, niezadowolona
z kucharza, wylała na niego deser-niespodziankę i zamieniła w królika.
Niezdarną służącą uczyniła myszą, a starego, ulubionego pokojowca wielkim
kotem, który od razu rzucił się w pogoń za nią.
Wieść o sprawkach księżniczki rozniosła się lotem błyskawicy.
— Co robić? Co robić? – zastanawiali się dworzanie, słudzy zamkowi
i poddani. Nikt nie wiedział, jak się zachować: Każdy człowiek był
zagrożony zamianą w zwierzę. W tej sytuacji nikt nie odważył się z nią
spotkać. Czy to oznacza upadek Królestwa?! Strach padł na poddanych.
Z każdym dniem działo się coraz gorzej, nikt nie potrafił powstrzymać
zła. Już niewielu dworzan, radców i ministrów pozostało w ludzkiej
postaci, a czas działał przeciwko wszystkim. Kto mógł i zdążył, uciekał
z zamku, gdzie pieprz rośnie. Wtedy sędziwa niania-piastunka przypomniała
sobie staruszka-pustelnika, który mieszkał w skalnej pieczarze na wysokiej
górze. – On poradzi, on mądry! – krzyczeli uradowani ludzie na zamkowym
dziedzińcu.
I poszli gromadą na ową górę, ale niewielu na nią dotarło. Wytrwali
zastali pustelnika rozmawiającego z ogromnymi orłami. – Ojcze, ratuj!
Ratuj lud biedny!… i opowiadali jeden przez drugiego, co się zdarzyło w
zamku. Kiwał siwą głową staruszek, gładził chudą dłonią długą,
srebrną brodę, patrzył na orły i w końcu przemówił:
— Wiele lat temu dałem nadwornemu medykowi pewną miksturę z niezwykłych
ziół. Moc ma tak niezwyczajną, że tylko w najtrudniejszych chorobach można
jej użyć. Trzeba przemyć nią oczy księżniczki; to ją wyleczy ze złej
choroby żelaznych ptaków.
— Ale medyk w pająka zamienion! – rozległ się rozpaczliwy krzyk jednego
z przybyszów.
— Przecież nadworny medyk w swojej komnacie wszystkie mikstury trzyma! To
i owa niezwykła tam musi być!
— Znajdziemy ją.
— Tak, uratujemy wszystkich.
— Kto to zrobi? Kto będzie taki odważny? – zadawali sobie o cichu
pytanie, po cichu, bo głośno nikt nie miał odwagi tego zrobić.
— Ja! Ja przemyję oczy księżniczki Dory! – zaproponował książę
z sąsiedniego królestwa, który przybył
z wizytą. Gdy ujrzał, co się stało, nie uciekł do siebie tylko przybył
do pustelnika.
Teraz gromadą pełną nadziei wracali do zamku. Każdy starał się
uniknąć spotkania
z księżniczką. Przemykali cichaczem do komnat, zamykali drzwi na siedem
spustów i pilnie nadsłuchiwali, czy słychać krzyki królewny. Wreszcie
nadciągnął zmrok. Księżyc, zmęczony patrzeniem na zło, które tutaj się
działo, wzeszedł dziś chudziutki i blady. Noc stawała się coraz głębsza.
Książę Rupert zdecydował: Teraz albo nigdy! – i cichuteńko opuścił
komnatę. Ruszył nasłuchując dźwięków, ale nic się nie działo. Widać
zmęczenie i oczekiwanie na cud odczuli wszyscy. Zdecydowanym krokiem wszedł
do komnat nadwornego medyka, ale nie był sam! Na półce z flaszami,
flaszeczkami i słoiczkami pełnymi skarbów siedział wielki, kosmaty pająk.
— Czy to ty, medycze? – zapytał. Pająk niezgrabnie poruszył odwłokiem.
— Która flasza może uratować biedną Dorę? Pomożesz mi? – zapytał
z nadzieją w głosie.
Pająk objął cieniutkimi łapkami zieloną, smukłą buteleczkę. Rupert
zrozumiał. Zdjął ją ostrożnie
z półki, schował do rękawa. Poprawiwszy strój ruszył w stronę drzwi.
Pająk za nim. Stanęli przed drzwiami księżniczki. Czekali. Gdy nabrali
pewności, że zasnęła, weszli do jej komnaty. Rupert cichuteńko podszedł do
łóżka. I? I nic! Spała na brzuchu!
— Medyku, pomóż – zwrócił się do pająka. Ten wdrapał się na
łóżko i podreptał w stronę twarzy śpiącej. Połaskotał ją w policzek
raz, potem drugi, aż w końcu się odwróciła. Książę wyjął buteleczkę,
uwolnił ją z korka, ostrożnie przechylił nad twarzą Dory i pokropił jej
oczy. Zerwała się w jednej, ale nie była zła!
Wszystko szczęśliwie minęło. Stała się normalną dziewczyną.
Po długich medytacjach, wspólnym radzeniu, znaleźli z pustelnikiem sposób,
jak odczarować królową-matkę i kucharza, bez pracy którego wszyscy odczuli
głód, pokojówkę, medyka i wszystkich, którzy zmienili postać. Gdy życie
rodziny królewskiej, zamku i poddanych wróciło do normy, wszyscy odpoczęli
i nabrali ochoty do życia, młodzi bohaterowie pobrali się, założyli
rodzinę, a królowa-matka cieszyła się najpierw balem dobroczynnym, na
którym Rupert poprosił królową o rękę Dory, sporo później zaś wnukami,
a najbardziej dobrym zdrowiem, które wszystkim mieszkańcom zamku dopisywało
przez długie lata.
Komentarze
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz
Twoja ocena wraz z komentarzem mogą być pierwsze. Nie żałuj sobie.
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.


