Pan w Czarnym Garniturze

Adam Blank publikacja 23 Wrzesień 2008, 23:46 Poprawki 10 Listopad 2009, 06:50 Gatunek W blasku ognia, Z innej Strony Czytano 7458 razy
5 głosów

Pan w czarnym garniturze bardzo długo i bardzo grzecznie przepraszał pana Kwarka za zaistniałą pomyłkę.
— Doprawdy – tłumaczył się – zupełnie nie wiem, jak mogło do tego dojść, ale to się zdarza czasami, naprawdę. To wina systemu komputerowego. Dopiero niedawno został wdrożony i jeszcze nie umie rozróżniać pewnych sytuacji. Co człowiek to człowiek jednak, zgodzi się pan? Zaraz zobaczymy, czy ten błąd jest możliwy do usunięcia. Pan rozumie, już nie można wrócić

bo tego nie da się cofnąć, to przekracza nasze kompetencje, ale może uda się umieścić pana w bardziej odpowiednim środowisku.
— Jestem pewien, że jakoś naprawicie ten błąd – odparł pan Kwark – ale takie poczynania są doprawdy niedopuszczalne.
— Biurokracja nie jest naszą mocną stroną – pan w czarnym garniturze skłonił się lekko. – Jesteśmy stworzeni do działania, jeśli można tak powiedzieć – i zaśmiał się lekko i odchrząknął widząc surowe spojrzenie pana Kwarka.
— To niedopuszczalne! – wykrzyknął nagle pan Kwark. – Gdzie można złożyć reklamację?
Czarny garnitur drgnął lekko.
— Obawiam się, że przez jakiś czas to nie będzie możliwe. Jeszcze. Bo, to wie pan, dopiero jak Szef wróci… Tylko On może to naprawdę dobrze rozsądzić.
— Aha, rozumiem. Więc co? Co mi pan proponuje? Chyba nie będziemy tu tak siedzieć do końca świata?
Garnitur zaśmiał się nerwowo.
— Z pewnością. Ha, ha! Nie ma obawy, na pewno nie…

II

Czy jestem zły? Pan Kwark bardzo często zadawał sobie to pytanie. Nawet teraz, gdy tak pędził wąską drogą. Wiedział, że jedzie o wiele za szybko. Padał ulewny deszcz, gdzieniegdzie z lasy wystawały mleczne kłaki mgły. Ale spieszył się do domu i usprawiedliwiał się tym faktem. Koncentrował wzrok na drodze i stale dociskał pedał gazu.
Gdyby jechał wolniej nikt by go teraz nie przepraszał. Wrócił by do domu i tyle. Światła nie wyłowiły z zasłony deszczu ostrego zakrętu. Z całym impetem wypadł z drogi między drzewa. Samochód zakoziołkował, odbił się od dużego jesionu i runął na dach miażdżąc samochód wraz z panem Kwarkiem. W lesie zapanowała cisza. Tylko muzyka z cudem ocalałego radia sączyła się cicho.

III

– Naprawdę bardzo mi przykro, ale będzie pan musiał tu u nas chwilę zabawić. Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko, panie – zajrzał w formularz – Kwark.
— Zostać tu… Przecież to istne piekło!
— Nie tego się pan spodziewał? A widzi pan, dawniej, kiedy myśmy sami po wszystkim decydowali, nie było takich pomyłek. Tylko stary się uparł na ten system. To usprawni wszystko, powiedział, będziecie mieli więcej czasu na naprawdę potrzebną pracę, tak powiedział. No i proszę! To już szósta pomyłka w tym roku.
— Więc zmieńcie to. Albo wyłączcie to diabelstwo.
— Oj, tylko nie diabelstwo, panie Kwark. Zły sprzęt to jeszcze nie powód, aby nas obrażać.
— Przepraszam – pan Kwark spuścił oczy – wyrwało mi się…
— No ale nic nie szkodzi! – czarny garnitur przyjaźnie poklepał pana Kwarka po plecach. – Nam też się zdarza, wie pan…
— Tak, wiem. Ale czegoś nie rozumiem…
— Tak? – garnitur spojrzał czarnymi, przyjaznymi oczyma.
— Jestem tylko zwykłym urzędasem, wiodę spokojne życie. Musieliście coś o mnie wiedzieć, nie powinno mnie tu być za takie postępowanie.
— Samobójstwo, panie Kwark, przekreśla wszystko. Cokolwiek by pan nie zrobił. Niestety – czarny garnitur rozłożył ręce. Zajaśniały nieskalanie białe mankiety i srebrne spinki – na to nie ma rady. Prawo jest nieubłagane, pan przecież wie, pan wierzący!
— Tak! Właśnie dlatego się tego nie spodziewałem. Zupełnie.
— My też się nigdy tego nie spodziewamy, panie Kwark. Może i jesteśmy diabelnie legalistyczni, ale nie bezduszni!

IV

Spodziewał się tego: biały korytarz, oślepiająca jasność. Poszedł przed siebie jak dobrze znaną drogą, jakby przechodził na drugą stronę tysiące razy. Gdy już przeszedł korytarz, znalazł się w obszernym holu wyłożonym czarnym, lśniącym marmurem. Po drugiej stronie siedziała ładna blondynka za mahoniowym biurkiem. Podszedł do niej.
— Dzień dobry! – uśmiechnęła się słodko – Witamy. Zechce pan spocząć, nasz pracownik za chwilę pana przyjmie.
Pan Kwark przez chwilę rozglądał się niepewnie.
— Tam jest kanapa – wskazała blondynka.
Pan Kwark usiadł. Nie tak to sobie wszystko wyobrażał, marmury, sekretarki. I chłodno tu jakoś. No, pomyślał, zobaczymy…
Blondynka przez chwilę grzebała w papierach, potem wzięła kilka z nich i wyszła do pokoju za jej plecami. Wróciła z mężczyzną w czarnym garniturze. Ten podszedł do pana Kwarka, podał dłoń i zaprosił do siebie.
— Napije się pan czegoś? – zapytał, gdy usiedli.
— Kawa? – spytał lekko wstrząśnięty pan Kwark.
— Ależ oczywiście! – wcisnął guzik i powiedział do mikrofonu – Pani Kasiu! Dwie kawki!
I rozsiadł się wygodnie. Spojrzał w komputer.
— No tak… – mruknął i potarł brodę. – Nie wygląda to dobrze. Trzeba jeszcze wypełnić kwestionariusz.
Wyjął go z szuflady, z kieszeni wydobył wieczne pióro. Nałożył okulary i spojrzał na kwestionariusz.
— Taa… – zamruczał – imię i nazwisko?
— Tomasz Kwark.
— Zawód? Za życia oczywiście.
— Księgowy w…
— To nas nie interesuje – przerwał. – Rodzina?
— Żona i dwoje dzieci.
— No i ostatnie… – spojrzał uważnie znad okularów – dlaczego tak drastycznie, panie Kwark?
Pan Kwark zamrugał.
— Nie rozumiem…
— Miał pan przyzwoite życie, dobrze płatną, spokojną i pewną pracę. Był pan dobrym człowiekiem. Dlaczego samobójstwo?
— Co? Jakie samobójstwo? – pan Kwark zbladł. – To był wypadek samochodowy! Nie popełniłem samobójstwa! Nie ma mowy!
— Proszę się nie denerwować. To nie zmieni niczego. Z moich akt wynika, że zabił się pan umyślnie wjeżdżając samochodem w las.
— Las? – panu Kwarkowi drżały dłonie. – Ja nie zauważyłem zakrętu… – wyjąkał powoli – nie zabiłem się…
Mężczyzna popatrzył uważnie i zdjął okulary. Ponownie nacisnął guzik i powiedział:
— Pani Kasiu, proszę o dokumentację zgonu, pan Tomasz Kwark z dnia 24 listopada 2005 roku… i co z tą kawą?!
— Już niosę – zaskrzeczała w mikrofonie pani Kasia.
Mężczyzna westchnął ciężko i opadł na fotel.
— Zaraz się wszystko wyjaśni – powiedział do pana Kwarka.
Pani Kasia zjawiła się niemal natychmiast. Niosła tackę, na niej dwie kawy, cukierniczka i płyta CD. Mężczyzna podziękował i włożył dysk do swojego komputera. Ustawił ekran tak, aby i pan Kwark mógł widzieć co się na nim dzieje i odpalił play. Pojawił się samochód pana Kwark. Mężczyzna zmienił kamerę. Pokazywała teraz twarz pana Kwark. Pełną skupienia na drodze. Potem uderzenie i głowa pana kwark została zgnieciona przez samochód. I już.
— To sprawa problematyczna – powiedział mężczyzna – ale wydaje mi się, że faktycznie nie było to samobójstwo.
— Nieszczęśliwy wypadek, ot co – powiedział pan Kwark – i z tym jeszcze mogę się pogodzić, ale samobójstwo?! To przekracza granice dobrego smaku.
— Istotnie – przyznał tamten – fatalna pomyłka. Będę musiał pana serdecznie przeprosić… Może chodźmy w mnie oficjalne miejsce. Proszę! – wskazał drzwi – bardzo proszę ze mną!

V

Siedzieli na tarasie w jakiejś małej knajpce; bardzo przytulnej zresztą, gdyby nie widok. Pan Kwark, ciągle oszołomiony, patrzył na olbrzymią bramę i napis uczyniony jakby żywym ogniem WITAMY W PIEKLE! i mniejszymi pod spodem „Reklamacji nie uwzględnia się nigdy”.
— Więc to jest piekło?
— Tak – oczy tamtego zaszły rozmarzeniem – istne cudo. Mamy trochę problemów z techniką, ale ogólnie cudo. Nie to co kiedyś, wie pan, te przestarzałe metody, śmierć z kosą w czarnym habicie, kotły, smołą… To było dobre w średniowieczu. Teraz mamy psychologów, speców od łamania osobowości, komputery…ech!
— Więc Dante…
— Dante! To był, proszę pana, nasz pierwszy turysta. Sam Szef zezwolił, ale tylko z przewodnikiem i pod przysięgo, że niczego nie powie. Ale potem, sam pan wie, no i jest u nas. Ale traktujemy go dobrze, znaczy się, Szef tak kazał. Ja tam nie mam nic przeciwko… Dość tu grzeszników. Dlatego chciałbym pana sprawę wyjaśnić, ale obawiam się, że to może trochę potrwać…
Więc pan w czarnym garniturze długo i bardzo grzecznie przepraszał pana Kwark za zaistniałą pomyłkę.

VI

– Mamy dla pana propozycję – powiedział pan w czarnym garniturze kilka dni później. – Niestety nie możemy póki co pana wypuścić i przenieść choćby do Czyśćca, ale możemy pana zapewnić, że z naszej strony nic panu nie grozi.
— A kiedy Szef się zjawi? – spytał pan Kwark.
— Noo, to kwestia kilku tysiącleci. Ale, u nas zapewnimy panu wszelkie wygody. A nawet, jeśli pan się zgodzi, znajdziemy pracę. Nawet w piekle ciężko o księgowych.
— Obracacie tu pieniędzmi?
— Och nie! – czarny garnitur zaśmiał się dobrotliwie – chodzi o bilans dusz. Codziennie mamy niezły przychód, kilka setek wychodzi do Czyśćca, wie pan… Oczywiście, pełne wynagrodzenie i dostęp do wszelkich wygód. Wszelkich! – garnitur mrugnął znacząco i uśmiechnął się rubasznie.
— A będę mógł to zwiedzić?
— Wstęp tylko dla pracowników – odparł garnitur i znacząco uniósł palec. – To jak będzie z tą reklamacją?
— Jakoś się dogadamy panie Lucyferiusz – odparł pan Kwark i uśmiechnął się przyjaźnie.
— Och! Dla znajomych Lucek, po prostu Lucek panie Tomku! – i uścisnęli sobie dłonie.

Komentarze 5 z 5 RSS - Prenumeruj komentarze Wróć do tytułu Dodaj komentarz

Totosz Niekojawa
24 Wrzesień 2008, 16:36

Mało treściwe. Jest fabuła - niezgorsza. Brakuje tego, co powoduje zysk z odczytu. Warto popracować. Stałych czytelników wróżę.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Anna Wołosiak
26 Wrzesień 2008, 09:23

Podoba mię się! Parę literówek ("w mnie" zamiast "w mniej", "z lasy" zamiast "z lasu"), parę przecinków - ot, jakieś drobne błędy, które pewnie znikłyby, gdyby jeszcze z raz Autor przeczytał ten tekst. :) 
 
Jak dla mnie, zupełnie niepotrzebnie udziwnione imię "Lucyferiusz". I tak wiadomo o co chodzi, więc mógłby nazywać się, że tak powiem, normalnie. Trochę na siłę z tą końcówką "-iusz". 
 
Natomiast ogółem tekst mi się bardzo podoba. :) Ot, taki w moim guście, nic nie poradzę. ;)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Adam Blank
29 Wrzesień 2008, 15:50

Opowiedź Tak, drogi Totoszu, wiem, że mało treściwe, bo to w zasadzie jedynie zarys, który pierwotnie miał być czymś większym, lecz nie starczyło czasu lub sił by go dokończyć :)  
Droga Aniu, imię jest udziwnione na siłę, bo w założeniu miało być lekko nienormalne :) Cieszę się bardzo, że się podobało! Jednak ja mogę o nim powiedzieć, że jest jedynie niezłe :)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Maciej Domagalski
03 Październik 2008, 02:14

ano czegoś tu brakuje i jak przyznał sam autor (zresztą dobrze, że przyznał bo na pewno bym to natychmiast uwzględnił) opowiadanie jest niedokończone, albo raczej nierozwinięte. Z tym imieniem Lucyferiusz to trochę przesada. A Ania jak zwykle ma to w zwyczaju czepia się to ortografii :) albo raczej czeskich błędów.

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Bartosz Kowa
03 Październik 2008, 05:00

Lucyferiusz i już! "imię jest udziwnione na siłę, bo w założeniu miało być lekko nienormalne". No tak, bo Lucyfer zupełnie normalne i nudne ;) - Domyślam się chodziło o uczłowieczenie postaci, rozdemonizowanie imienia - na co fabuła wskazuje. Według mnie dobra opowieść, którą można dalej dopracować (po to jest ten ołóweczek przy tytule, no i uwagi czytelników)

Dodaj komentarz Odpowiedz Wróć do tytułu

Dodaj komentarz

Wyświetl okienko na komentarz.

Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.

Pobierz wersję PDF

Źle czytać z monitora? - drukuj pobrane nowele PDF. Zaglądaj do ulubionej treści on-line, może być poprawiana lub rozwijana.

Do góry
Nowa czytelnia - zgłoś uwagi