Pan w Czarnym Garniturze
5 głosów
Pan w czarnym garniturze bardzo długo i bardzo grzecznie przepraszał pana
Kwarka za zaistniałą pomyłkę.
— Doprawdy – tłumaczył się – zupełnie nie wiem, jak mogło do tego
dojść, ale to się zdarza czasami, naprawdę. To wina systemu komputerowego.
Dopiero niedawno został wdrożony i jeszcze nie umie rozróżniać pewnych
sytuacji. Co człowiek to człowiek jednak, zgodzi się pan? Zaraz zobaczymy,
czy ten błąd jest możliwy do usunięcia. Pan rozumie, już nie
można wrócić
bo tego nie da się cofnąć, to przekracza nasze kompetencje, ale może uda
się umieścić pana w bardziej odpowiednim środowisku.
— Jestem pewien, że jakoś naprawicie ten
błąd – odparł pan Kwark – ale takie poczynania są doprawdy
niedopuszczalne.
— Biurokracja nie jest naszą mocną
stroną – pan w czarnym garniturze skłonił się lekko. – Jesteśmy
stworzeni do działania, jeśli można tak powiedzieć – i zaśmiał się
lekko i odchrząknął widząc surowe spojrzenie pana Kwarka.
— To niedopuszczalne! – wykrzyknął nagle
pan Kwark. – Gdzie można złożyć reklamację?
Czarny garnitur drgnął lekko.
— Obawiam się, że przez jakiś czas to nie
będzie możliwe. Jeszcze. Bo, to wie pan, dopiero jak Szef wróci… Tylko On
może to naprawdę dobrze rozsądzić.
— Aha, rozumiem. Więc co? Co mi pan
proponuje? Chyba nie będziemy tu tak siedzieć do końca świata?
Garnitur zaśmiał się nerwowo.
— Z pewnością. Ha, ha! Nie ma obawy, na
pewno nie…
II
Czy jestem zły? Pan Kwark bardzo często zadawał sobie to pytanie. Nawet
teraz, gdy tak pędził wąską drogą. Wiedział, że jedzie o wiele za
szybko. Padał ulewny deszcz, gdzieniegdzie z lasy wystawały mleczne kłaki
mgły. Ale spieszył się do domu i usprawiedliwiał się tym faktem.
Koncentrował wzrok na drodze i stale dociskał pedał gazu.
Gdyby jechał wolniej nikt by go teraz nie
przepraszał. Wrócił by do domu i tyle. Światła nie wyłowiły z zasłony
deszczu ostrego zakrętu. Z całym impetem wypadł z drogi między drzewa.
Samochód zakoziołkował, odbił się od dużego jesionu i runął na dach
miażdżąc samochód wraz z panem Kwarkiem. W lesie zapanowała cisza. Tylko
muzyka z cudem ocalałego radia sączyła się cicho.
III
– Naprawdę bardzo mi przykro, ale będzie pan musiał tu u nas chwilę
zabawić. Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko, panie – zajrzał w
formularz – Kwark.
— Zostać tu… Przecież to istne
piekło!
— Nie tego się pan spodziewał? A widzi
pan, dawniej, kiedy myśmy sami po wszystkim decydowali, nie było takich
pomyłek. Tylko stary się uparł na ten system. To usprawni wszystko,
powiedział, będziecie mieli więcej czasu na naprawdę potrzebną pracę, tak
powiedział. No i proszę! To już szósta pomyłka w tym roku.
— Więc zmieńcie to. Albo wyłączcie to
diabelstwo.
— Oj, tylko nie diabelstwo, panie Kwark. Zły
sprzęt to jeszcze nie powód, aby nas obrażać.
— Przepraszam – pan Kwark spuścił
oczy – wyrwało mi się…
— No ale nic nie szkodzi! – czarny
garnitur przyjaźnie poklepał pana Kwarka po plecach. – Nam też się
zdarza, wie pan…
— Tak, wiem. Ale czegoś nie rozumiem…
— Tak? – garnitur spojrzał czarnymi,
przyjaznymi oczyma.
— Jestem tylko zwykłym urzędasem, wiodę
spokojne życie. Musieliście coś o mnie wiedzieć, nie powinno mnie tu być
za takie postępowanie.
— Samobójstwo, panie Kwark, przekreśla
wszystko. Cokolwiek by pan nie zrobił. Niestety – czarny garnitur
rozłożył ręce. Zajaśniały nieskalanie białe mankiety i srebrne
spinki – na to nie ma rady. Prawo jest nieubłagane, pan przecież wie, pan
wierzący!
— Tak! Właśnie dlatego się tego nie
spodziewałem. Zupełnie.
— My też się nigdy tego nie spodziewamy,
panie Kwark. Może i jesteśmy diabelnie legalistyczni, ale nie bezduszni!
IV
Spodziewał się tego: biały korytarz, oślepiająca jasność. Poszedł
przed siebie jak dobrze znaną drogą, jakby przechodził na drugą stronę
tysiące razy. Gdy już przeszedł korytarz, znalazł się w obszernym holu
wyłożonym czarnym, lśniącym marmurem. Po drugiej stronie siedziała ładna
blondynka za mahoniowym biurkiem. Podszedł do niej.
— Dzień dobry! – uśmiechnęła się
słodko – Witamy. Zechce pan spocząć, nasz pracownik za chwilę pana
przyjmie.
Pan Kwark przez chwilę rozglądał się
niepewnie.
— Tam jest kanapa – wskazała
blondynka.
Pan Kwark usiadł. Nie tak to sobie wszystko
wyobrażał, marmury, sekretarki. I chłodno tu jakoś. No, pomyślał,
zobaczymy…
Blondynka przez chwilę grzebała w papierach,
potem wzięła kilka z nich i wyszła do pokoju za jej plecami. Wróciła
z mężczyzną w czarnym garniturze. Ten podszedł do pana Kwarka, podał
dłoń i zaprosił do siebie.
— Napije się pan czegoś? – zapytał, gdy
usiedli.
— Kawa? – spytał lekko wstrząśnięty
pan Kwark.
— Ależ oczywiście! – wcisnął guzik
i powiedział do mikrofonu – Pani Kasiu! Dwie kawki!
I rozsiadł się wygodnie. Spojrzał w
komputer.
— No tak… – mruknął i potarł
brodę. – Nie wygląda to dobrze. Trzeba jeszcze wypełnić
kwestionariusz.
Wyjął go z szuflady, z kieszeni wydobył
wieczne pióro. Nałożył okulary i spojrzał na kwestionariusz.
— Taa… – zamruczał – imię
i nazwisko?
— Tomasz Kwark.
— Zawód? Za życia oczywiście.
— Księgowy w…
— To nas nie interesuje – przerwał. –
Rodzina?
— Żona i dwoje dzieci.
— No i ostatnie… – spojrzał uważnie
znad okularów – dlaczego tak drastycznie, panie Kwark?
Pan Kwark zamrugał.
— Nie rozumiem…
— Miał pan przyzwoite życie, dobrze
płatną, spokojną i pewną pracę. Był pan dobrym człowiekiem. Dlaczego
samobójstwo?
— Co? Jakie samobójstwo? – pan Kwark
zbladł. – To był wypadek samochodowy! Nie popełniłem samobójstwa! Nie ma
mowy!
— Proszę się nie denerwować. To nie zmieni
niczego. Z moich akt wynika, że zabił się pan umyślnie wjeżdżając
samochodem w las.
— Las? – panu Kwarkowi drżały
dłonie. – Ja nie zauważyłem zakrętu… – wyjąkał powoli – nie
zabiłem się…
Mężczyzna popatrzył uważnie i zdjął
okulary. Ponownie nacisnął guzik i powiedział:
— Pani Kasiu, proszę o dokumentację zgonu,
pan Tomasz Kwark z dnia 24 listopada 2005 roku… i co z tą kawą?!
— Już niosę – zaskrzeczała w mikrofonie
pani Kasia.
Mężczyzna westchnął ciężko i opadł na
fotel.
— Zaraz się wszystko wyjaśni –
powiedział do pana Kwarka.
Pani Kasia zjawiła się niemal natychmiast.
Niosła tackę, na niej dwie kawy, cukierniczka i płyta CD. Mężczyzna
podziękował i włożył dysk do swojego komputera. Ustawił ekran tak, aby
i pan Kwark mógł widzieć co się na nim dzieje i odpalił play. Pojawił
się samochód pana Kwark. Mężczyzna zmienił kamerę. Pokazywała teraz twarz
pana Kwark. Pełną skupienia na drodze. Potem uderzenie i głowa pana kwark
została zgnieciona przez samochód. I już.
— To sprawa problematyczna – powiedział
mężczyzna – ale wydaje mi się, że faktycznie nie było to
samobójstwo.
— Nieszczęśliwy wypadek, ot co –
powiedział pan Kwark – i z tym jeszcze mogę się pogodzić, ale
samobójstwo?! To przekracza granice dobrego smaku.
— Istotnie – przyznał tamten – fatalna
pomyłka. Będę musiał pana serdecznie przeprosić… Może chodźmy w mnie
oficjalne miejsce. Proszę! – wskazał drzwi – bardzo proszę
ze mną!
V
Siedzieli na tarasie w jakiejś małej knajpce; bardzo przytulnej zresztą,
gdyby nie widok. Pan Kwark, ciągle oszołomiony, patrzył na olbrzymią bramę
i napis uczyniony jakby żywym ogniem WITAMY W PIEKLE! i mniejszymi pod spodem
„Reklamacji nie uwzględnia się nigdy”.
— Więc to jest piekło?
— Tak – oczy tamtego zaszły
rozmarzeniem – istne cudo. Mamy trochę problemów z techniką, ale ogólnie
cudo. Nie to co kiedyś, wie pan, te przestarzałe metody, śmierć z kosą w
czarnym habicie, kotły, smołą… To było dobre w średniowieczu. Teraz mamy
psychologów, speców od łamania osobowości, komputery…ech!
— Więc Dante…
— Dante! To był, proszę pana, nasz pierwszy
turysta. Sam Szef zezwolił, ale tylko z przewodnikiem i pod przysięgo, że
niczego nie powie. Ale potem, sam pan wie, no i jest u nas. Ale traktujemy go
dobrze, znaczy się, Szef tak kazał. Ja tam nie mam nic przeciwko… Dość tu
grzeszników. Dlatego chciałbym pana sprawę wyjaśnić, ale obawiam się, że
to może trochę potrwać…
Więc pan w czarnym garniturze długo i bardzo
grzecznie przepraszał pana Kwark za zaistniałą pomyłkę.
VI
– Mamy dla pana propozycję – powiedział pan w czarnym garniturze kilka
dni później. – Niestety nie możemy póki co pana wypuścić i przenieść
choćby do Czyśćca, ale możemy pana zapewnić, że z naszej strony nic panu
nie grozi.
— A kiedy Szef się zjawi? – spytał pan
Kwark.
— Noo, to kwestia kilku tysiącleci. Ale,
u nas zapewnimy panu wszelkie wygody. A nawet, jeśli pan się zgodzi,
znajdziemy pracę. Nawet w piekle ciężko o księgowych.
— Obracacie tu pieniędzmi?
— Och nie! – czarny garnitur zaśmiał
się dobrotliwie – chodzi o bilans dusz. Codziennie mamy niezły przychód,
kilka setek wychodzi do Czyśćca, wie pan… Oczywiście, pełne wynagrodzenie
i dostęp do wszelkich wygód. Wszelkich! – garnitur mrugnął znacząco
i uśmiechnął się rubasznie.
— A będę mógł to zwiedzić?
— Wstęp tylko dla pracowników – odparł
garnitur i znacząco uniósł palec. – To jak będzie z tą reklamacją?
— Jakoś się dogadamy panie Lucyferiusz –
odparł pan Kwark i uśmiechnął się przyjaźnie.
— Och! Dla znajomych Lucek, po prostu Lucek
panie Tomku! – i uścisnęli sobie dłonie.
Komentarze 5 z 5
Wróć do tytułu
Dodaj komentarz

Podoba mię się! Parę literówek ("w mnie" zamiast "w mniej", "z lasy" zamiast "z lasu"), parę przecinków - ot, jakieś drobne błędy, które pewnie znikłyby, gdyby jeszcze z raz Autor przeczytał ten tekst.
Jak dla mnie, zupełnie niepotrzebnie udziwnione imię "Lucyferiusz". I tak wiadomo o co chodzi, więc mógłby nazywać się, że tak powiem, normalnie. Trochę na siłę z tą końcówką "-iusz".
Natomiast ogółem tekst mi się bardzo podoba.
Ot, taki w moim guście, nic nie poradzę.

Opowiedź Tak, drogi Totoszu, wiem, że mało treściwe, bo to w zasadzie jedynie zarys, który pierwotnie miał być czymś większym, lecz nie starczyło czasu lub sił by go dokończyć
Droga Aniu, imię jest udziwnione na siłę, bo w założeniu miało być lekko nienormalne
Cieszę się bardzo, że się podobało! Jednak ja mogę o nim powiedzieć, że jest jedynie niezłe

ano czegoś tu brakuje i jak przyznał sam autor (zresztą dobrze, że przyznał bo na pewno bym to natychmiast uwzględnił) opowiadanie jest niedokończone, albo raczej nierozwinięte. Z tym imieniem Lucyferiusz to trochę przesada. A Ania jak zwykle ma to w zwyczaju czepia się to ortografii
albo raczej czeskich błędów.

Lucyferiusz i już! "imię jest udziwnione na siłę, bo w założeniu miało być lekko nienormalne". No tak, bo Lucyfer zupełnie normalne i nudne
- Domyślam się chodziło o uczłowieczenie postaci, rozdemonizowanie imienia - na co fabuła wskazuje. Według mnie dobra opowieść, którą można dalej dopracować (po to jest ten ołóweczek przy tytule, no i uwagi czytelników)
Dodaj komentarz
Zaloguj się lub zarejestruj. Dopiero wówczas możesz komentować.






Totosz Niekojawa
24 Wrzesień 2008, 16:36
Mało treściwe. Jest fabuła - niezgorsza. Brakuje tego, co powoduje zysk z odczytu. Warto popracować. Stałych czytelników wróżę.
Dodaj komentarz Odpowiedz Zgłoś adminowi Wróć do tytułu